Rozmowa o rosyjskiej propagandzie: „Kontynuacja sowieckiej narracji o wyzwoleniu”

Rosja cały czas próbuje narzucić narrację, że Ukraina po Majdanie lub kraje bałtyckie to kraje szowinistyczne
| Fot. UNIWERSYTET ŁÓDZKI

Rosja próbuje narzucić społeczności międzynarodowej wizję, jakoby Sowieci nigdy nie byli agresorami – mówi Tomasz Lachowski, doktor nauk prawnych, adiunkt w Katedrze Prawa Międzynarodowego i Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Łódzkim oraz redaktor naczelny serwisu internetowego Obserwator Międzynarodowy.


17 września 1939 r. ZSRS zaatakował Polskę, która od kilku tygodni walczyła z Niemcami. Tymczasem dziś w Rosji mamy do czynienia z rewizjonistyczną polityką historyczną. Na przykład twierdzi się, że to Polska odpowiada za wybuch II wojny światowej. Mówi się o tym, że to Polska, a nie Związek Sowiecki, była sojusznikiem Hitlera, jako przykład podając zajęcie Zaolzia. W jakim celu to jest robione?

Warto zacząć od tego, że w Rosji od upadku ZSRS nigdy nie było jednoznacznego osądzenia i potępienia działań totalitarnych Związku Sowieckiego. Na początku lat 90. dokonano pewnych kroków w tym kierunku, ale żadnych rozwiązań prawnych nie przyjęto z zakresu dekomunizacji czy lustracji. Dzięki temu przez cały czas mógł się rozwijać mit Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Już w 1995 r. przyjęto Ustawę o uwiecznieniu zwycięstwa narodu sowieckiego w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Ta ustawa stanowi osnowę polityki historycznej Rosji.

Co więcej, w roku ubiegłym dokonano nowelizacji Konstytucji Federacji Rosyjskiej i wprowadzono poprawkę, która stanowi, że „Federacja Rosyjska czci pamięć obrońców Ojczyzny, zapewnia ochronę prawdy historycznej. Umniejszanie znaczenia wielkiego wysiłku narodowego przy obronie ojczyzny jest niedopuszczalne”, a w tym roku dodano do ww. ustawy sankcję za utożsamianie działań władz ZSRS z działaniami nazistowskich Niemiec. Innymi słowy, jest to próba powiedzenia, że Związek Sowiecki nie był agresorem w 1939 r., tylko ofiarą działań III Rzeszy w roku 1941, kiedy 22 czerwca wojska niemieckie przekroczyły granicę i rozpoczęła się wojna byłych sojuszników.

Te działania dezinformacyjne skierowane przeciwko Polsce, jak choćby kwestia Zaolzia (Rosja próbuje argumentować, że Polska wraz z III Rzeszą dokonały rozbioru Czechosłowacji, co stanowić miało prawdziwy początek II wojny światowej), są elementem szerszej polityki rosyjskiej rehabilitującej działania sowieckie i wzmacniającej mit Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Ponadto Rosja próbuje narzucić społeczności międzynarodowej wizję, że Sowieci nigdy nie byli agresorami, tylko tymi, którzy pokonali nazizm.

Czytaj więcej: Zaginięcia ludzi – realny i dynamiczny problem zarówno na Litwie, jak i w Unii Europejskiej

To jak Rosja traktuje 17 września?

Mamy do czynienia z kontynuacją sowieckiej propagandy, która twierdziła, że po agresji hitlerowskich Niemiec państwo polskie przestało istnieć. Co nie jest prawdą, zwłaszcza w kontekście prawa międzynarodowego. Polska istniała, chociaż była pod częściową okupacją. Propaganda jednak twierdziła, że jeśli państwo upadło, to gnębieni przez „polskich panów” Ukraińcy i Białorusini zostali wyzwoleni przez Armię Czerwoną. Teraz również unika się tego, że ZSRS zaatakował Polskę. Według Kremla 17 września 1939 r. to nie była agresja, a wręcz przeciwnie, wyzwolenie narodów wschodniosłowiańskich.

Bezpośrednią konsekwencją 17 września był mord w Katyniu. Federacja Rosyjska jest spadkobierczynią ZSRS. Trzeba jednak pamiętać, że Michaił Gorbaczow w imieniu Związku Sowieckiego przyznał się do tej zbrodni. W jaki sposób to się teraz tłumaczy?

Faktycznie, na fali „pieriestrojki” i „głasnosti” o tych zbrodniach zaczęto mówić. Mamy do czynienia z pewnym paradoksem, bo dzięki polityce Gorbaczowa szybciej zaczęto o tym mówić w Rosji niż w samej Polsce, bo jeszcze do 1989 r. w Polsce ścigano za prawdę o Katyniu. Dzisiaj w Rosji sprawa katyńska jest traktowana jako zbrodnia stalinowska. Chociaż też po cichu od tego się odchodzi.

Był taki moment polityczny, kiedy Rosja była gotowa uznać mord w Katyniu za zbrodnię wojenną. Decyzja sprzed kilkunastu lat – z września 2004 r. – o umorzeniu prowadzonego na terytorium Federacji Rosyjskiej postępowania w sprawie zbrodni katyńskiej pokazuje, że dla Rosji to jest zwykłe przestępstwo, które się przedawniło (a nie zbrodnia międzynarodowa, jaką jest zbrodnia wojenna, która nie ulega przedawnieniu). Na zasadzie, że nawet jeśli ktoś tę zbrodnię popełnił, to już nie można za nią nikogo ścigać, karać ani sądzić. To dziś wątek spychany na margines i otwarcia na dialog z Polską w tej sprawie nie ma.

W swojej pracy analitycznej i naukowej dużo miejsca poświęca Pan Ukrainie. Jak na Ukrainie jest traktowany atak ZSRS w 1939 r.?

Bardzo dobre pytanie. Po Majdanie na Ukrainie, w 2015 r., przyjęto pakiet ustaw dekomunizacyjnych. W jednej z ustaw umocowano normatywnie odejście od narracji Wielkiej Wojny Ojczyźnianej na rzecz II wojny światowej. Ukraina oficjalnie przyjęła, że II wojna światowa rozpoczęła się 1 września 1939 r. atakiem Niemiec na Polskę, a Ukraińcy jako obywatele II RP brali udział w tej wojnie.

1 września br. widziałem materiał filmowy stworzony przez Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej, który obala mit sowiecko-rosyjski, że wyzwolono zachodnią Ukrainę spod jarzma „polskich panów”. Mówi się wprost, że II wojna zaczęła się od ataku Niemiec i późniejszego ataku ZSRS. To mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. O ile 1 września, jako początek wojny, od kilku lat jest stałym elementem ukraińskiej polityki zagranicznej, o tyle chyba po raz pierwszy zetknąłem się z takim sformułowaniem, że Sowieci dokonali agresji na Polskę i jednocześnie to nie było wyzwoleniem zachodniej Ukrainy, tylko kolejne zniewolenie przez Sowietów. Pod tym względem Ukraina coraz bardziej zbliża się do oceny historii, jaka panuje w Polsce i w innych krajach naszego regionu.

Czytaj więcej: Wolność religijna prawem człowieka

Ta propagandowa narracja Rosji jest skierowana na rynek wewnętrzny czy zewnętrzny?

I tak, i tak. Na wewnętrzny użytek jest potrzebna do wzmocnienia koncepcji „ruskawa mira”, czyli jednoczenia ludzi czujących związek z Moskwą (lub inaczej: wobec których Rosja rości sobie pewne historyczne prawa), tj. osób rosyjskojęzycznych i/lub prawosławnych. To jest też wzmacnianie poczucia siły władz na Kremlu, co wydaje się istotne chociażby w odniesieniu do działań władz rosyjskich względem Aleksieja Nawalnego – żeby Rosjanie nie szukali alternatywnego źródła władzy.

Jednocześnie rosyjska polityka historyczna jest skierowana na zewnątrz, przede wszystkim do społeczeństw zachodnich. Myślę w tym miejscu o tzw. starym Zachodzie, którego społeczeństwo niekoniecznie zna historię tej części Europy i wyłapuje niuanse historyczne, które my naturalnie wyczuwamy. Tę narrację – że Sowieci nie zaatakowali, nie okupowali Polski, krajów bałtyckich i nie byli agresorami względem Finlandii, a tylko ochronili Europę przed nazizmem – im łatwiej narzucić, ponieważ nie mieli doświadczenia totalitaryzmu komunistycznego.

Czy te działania na zewnątrz odnoszą sukces?

Należałoby przeprowadzić poważne badania socjologiczne w tym kierunku. Czy społeczeństwa zachodnie faktycznie kierują się tymi propagandowymi hasłami? Wydaje się, że to jest taka stała próba rozbijania jedności Zachodu jako całości, ale też naszej części Europy, która przeciwstawia się temu poprzez różne inicjatywy, jak: Trójmorze, Trójkąt Lubelski czy, od niedawna, Platforma Krymska. Rosja cały czas próbuje narzucić narrację, że Ukraina po Majdanie lub kraje bałtyckie są to kraje szowinistyczne, wręcz neonazistowskie, które dyskryminują mniejszości narodowe. Z racji braku styczności z komunizmem niektóre wrzutki propagandowe, powiedzmy o „neonazistowskiej Ukrainie”, w społeczeństwach zachodnich spotykają się z pewnym zrozumieniem. Przykładem jest referendum sprzed kilku lat w Niderlandach, kiedy Holendrzy zagłosowali przeciwko stowarzyszeniu Ukrainy z Unią Europejską. To był jeden z elementów rozbijania jedności Zachodu oraz narzucania sowiecko-rosyjskiej propagandy.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 37(106) 11-17/09/2021