Ballada o Jureczku. Najmłodszy partyzant wileńskiej AK

| Fot. Marian Paluszkiewicz

Jesień jest czasem zadumy, kiedy też często sięgamy do literatury wojennej. Wrzesień zawsze wiąże się z kolejną rocznicą wybuchu II wojny światowej. Obchodzone są państwowe uroczystości, odwiedzane groby i pomniki poległych. Dużo się mówi o bohaterskich żołnierzach i bitwach. Stosunkowo niewiele mówi się o walczącej młodzieży i dzieciach. Jako 10-latek do wileńskiej AK wstąpił Jerzy Widejko ps. „Jureczek”.

Znane są liczne przypadki dobrowolnego udziału dzieci w walce zbrojnej podczas II wojny światowej. Polska bowiem nie zdążyła nacieszyć się wolnością, kiedy z trudem odzyskana niepodległość została jej ponownie odebrana w 1939 r. Wówczas w gotowości bojowej została postawiona część ruchów młodzieżowych, głównie harcerskich i skautowskich. Małoletni podejmujący świadomą, ale i emocjonalną decyzję o czynnej walce z bronią w ręku wywodzili się najczęściej z domów kładących duży nacisk na wychowanie w duchu honoru i miłości do ojczyzny. Tak powstały m.in. Szare Szeregi. Organizacja dzieliła się według wieku i zadań na trzy grupy. Najmłodsi, 12–14-latkowie, tworzyli „Zawiszę”, kształcili się na tajnych kompletach i pełnili służby pomocnicze. 15–17-latkowie należeli do Bojowych Szkół, zajmujących się przede wszystkim małym sabotażem. Pełnoletni tworzyli Grupy Szturmowe, biorąc udział w walkach z bronią w ręku.

Jak przyznaje Agnieszka Cubała, autorka książki „Warszawskie dzieci ’44”, która przyjrzała się Powstaniu Warszawskiemu widzianemu oczami dzieci, w powstaniu według historyków wzięło udział 1100–1200 dzieci. Wielu młodych chłopców wstępowało do oddziałów partyzanckich.

Jerzy Widejko ps. „Jureczek” opisał we wspomnieniach swoją historię osieroconego chłopca, który wstąpił w szeregi wileńskiej Armii Krajowej, mając niespełna 11 lat. Urodził się w Polsce, w Warszawie, lecz dzieciństwo i młodość spędził na Wileńszczyźnie. W czasie wojny, po śmierci rodziców, znalazł się u rodziny na Wileńszczyźnie, po czym znów powrócił do Polski. Zdobył wykształcenie, pracował jako nauczyciel historii. Od lat mieszka w Nowym Targu, ale uwielbia Krynicę, do której często przyjeżdża. Latem na deptaku, zimą zaś w Pijalni Głównej rozstawia niewielki stoliczek, a na nim książkę własnego autorstwa pt. „Najmłodszy partyzant Wileńszczyzny”, będącą zapisem jego życia jako „dziecka pułku”. I chętnie opowiada o swoim życiu.

I ja, będąc w Krynicy, dałam się urzec jego opowieści. Przybliżył mi i innym młodym dzieje wojenne, opowiadał o swojej młodości w lasach Wileńszczyzny. Miałam też okazję z nim porozmawiać. Bohaterstwo jego i żołnierzy polskich na Kresach było porywające.

Urodził się Pan w Polsce, a rodzice pochodzą z Wileńszczyzny.

Rodzice pochodzili z okolic Dziewieniszek, ze wsi Podwarańce. Żyło im się jednak ciężko i postanowili wyjechać do pracy do Polski. Było to w latach 20. Wyjechali wówczas do pracy w Warszawie. Ojciec pracował w budownictwie, a mama zajmowała się krawiectwem. I ja się tam właśnie urodziłem, w Warszawie w 1933 r. Tuż przed wybuchem wojny wróciłem z mamą, tatą i młodszym bratem Maciejem na wschód, w rodzinne strony rodziców. Wracaliśmy na Wileńszczyznę różnymi środkami transportu, prywatnymi pojazdami, koleją, ale i pieszo. Przy pomocy krewnych rodzice wybudowali drewniany domek na wydzielonej parceli, na skraju wsi Podwarańce. Z tego okresu zostały mi w pamięci stada wilków, które gromadziły się na skraju lasu i wyły niemiłosiernie. Mieszkańcy wiosek palili ogniska przed domami, aby je odstraszać. Chłopi białoruscy i litewscy (bo okoliczne wioski zamieszkiwała ludność polska, litewska i białoruska) byli zabobonni i z tego wycia wilków przepowiadali nieuchronną wojnę lub nadejście jakiegoś wielkiego nieszczęścia. I rzeczywiście, tak się stało.

1 września 1939 r. gruchnęła wieść o wybuchu wojny niemiecko-polskiej. Mój ojciec został zmobilizowany do armii polskiej i więcej go nie widzieliśmy. Jak się później dowiedzieliśmy, zginął zaraz na początku wojny. Zaczęły się naprawdę nerwowe czasy. Do pobliskich, ale i naszej wsi zaczęli przyjeżdżać żołnierze motocykliści i wypytywali kobiety, starców i dzieci o osoby wałęsające się po okolicy. Trwało to do 17 września 1939 r. Po 17 września pojawiły się pierwsze sowieckie czołgi, a za nimi piechota z dużymi czerwonymi gwiazdami na spiczastych czapkach. Ludność z trwogą przyglądała się obcej armii. Wkrótce zorganizowano władzę sowiecką w poszczególnych wsiach i miasteczkach. Dokonano spisu ludności i inwentarza. Zaczęły się dziać rzeczy niepokojące. Podstępnie zamordowano księdza z Dziewieniszek. Większość rolników zaliczono do tzw. kułaków i obłożono ogromnymi podatkami. Jak nie mogli zapłacić, szli pod sąd wojskowy i byli deportowani w głąb Rosji jako wrogowie sowieckiej władzy. Wywozili w pierwszej kolejności leśniczych, sołtysów, właścicieli ziemskich, oficerów wojskowych i ich rodziny, nie wyłączając dzieci i starców.

Pamiętam osobiście wywózkę rodziny Wasilewskich. Powodem zsyłki było to, że ukradkiem w życie zasiali trochę tytoniu. Na stację do Bieniakoń pojechał Zygmunt Kuklis i udało mu się wykupić narzeczoną – ona później wysyłała paczki żywnościowe dla swojej rodziny. Na stacji kolejowej w Bieniakoniach ładowano ludzi do bydlęcych wagonów, by potem o głodzie i chłodzie wieźć ich na drugą stronę Uralu. To były straszne czasy.

I tak przyszedł czerwiec 1941 r. Któregoś dnia, bawiąc się na pastwisku z chłopakami, zobaczyłem, jak samolot strzela do uciekających przez zboże i las żołnierzy sowieckich. Mieszkańcy wsi odetchnęli z ulgą i nawet z pewnym uczuciem radości przeżywali początek wojny niemiecko-sowieckiej, która, wydawało się, odsunęła zmorę deportacji. W czerwcu 1941 r. przystąpiłem również do Pierwszej Komunii Świętej. Wówczas idąc z mamą do kościoła oddalonego od naszej wsi o 5 km, do Dziewieniszek, widziałem na własne oczy wojsko niemieckie posuwające się na wschód. Żołnierze niemieccy byli dobrze uzbrojeni, ubrani i odżywieni i czyści. Czuli się pewnie i liczyli na błyskawiczne zwycięstwo.

Czytaj więcej: Likwidacja oddziału „Kmicica”: zbrodnia nad jeziorem Narocz

10-летни Jurek Widejko oraz Gracjan Fróg ps. „Szczerbiec” (1911–1951), dowódca 3. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej
| Fot. FB

Zapanowała okupacyjna bieda na Wileńszczyźnie, coraz częściej zaczęli się pojawiać żandarmi niemieccy i policjanci litewscy. Upominali chłopów o terminowe odstawianie kontyngentów i poszukiwali bimbrowni. Mógłbym opowiadać dziesiątki takich historii, które zresztą są opisane w mojej książce.

Tak więc ojciec z wojny nie wrócił, prawdopodobnie dostał się do sowieckiej niewoli i cały trud wychowania i wykarmienia dwóch dorastających synów spoczął na mamie.

Niestety, mama umarła z powodu chorób i wycieńczenia w 1942 r. I wówczas nie było wyjścia, ktoś musiał się nami zająć. Brat poszedł na wychowanie do jednej ciotki, ja do drugiej. Ta moja ciotka była dobra, ale jej mąż, wujek Subocz, bardzo źle mnie traktował. Musiałem ciężko pracować, a miałem wtedy 9 lat, byłem ciągle głodny, bity. Kiedy miałem 11 lat, któregoś razu zjawiła się polska partyzantka. Zobaczyli dzieciaka, obdartego, chudego, zabiedzonego, ale dobrze mówiącego po polsku. Chyba im się mnie szkoda zrobiło. Zapytali wuja, czy mogę z nimi iść. Myślę, że wujowi było to na rękę, chciał się mnie zwyczajnie pozbyć z domu. A ja o niczym innym nie myślałem, tylko by iść z nimi.

Można się zgodzić z tym, że wojenne dzieci dorastały szybciej – to była kwestia surowszego wychowania, przeżyć i tego, że dawniejsze dzieci musiały ciężko pracować, pomagać rodzinie, często stawali się za nią odpowiedzialni. Niemniej to takie niemal nieprawdopodobne, że żołnierze zdecydowali się wziąć dziecko na tułaczkę wojenną, narażając je na niebezpieczeństwo, a nawet śmierć.

Bo to było tak. Na początku stycznia 1944 r. wujek udał się do wsi Paszki, gdzie był sklep z produktami żywnościowymi i alkoholem (alkohol i śledzie wydawali na kartki). Wujek długo nie wracał i ciotka, sądząc, że jest pijany, wysłała mnie, abym go znalazł i przyprowadził. Kiedy zbliżałem się do wsi, nagle zza węgła jednej z chałup wyskoczył mężczyzna i czystym polskim powiedział: „Stój, kto idzie?”. Odpowiedziałem, że idę szukać wuja. Okazało się, że był on zatrzymany z paroma innymi. Taki był zwyczaj, że nasi partyzanci zatrzymywali chwilowo przybyłych do wsi, aby nie było zdrady. Po odejściu oddziału z miejsca stacjonowania zwalniali zatrzymanych chłopów. Wszedłem wtedy z tym partyzantem i wskazałem wuja, a on zapytał, skąd tak dobrze mówię po polsku, skoro mieszkam wśród Litwinów i Białorusinów. Wówczas powiedziałem, że jestem Polakiem, urodziłem się w Warszawie i jestem sierotą.

Ten partyzant, Marian Korejwo, zaprowadził mnie do dowódcy 3. Brygady, kpt. Gracjana Froga, opowiedział o mojej sytuacji i że grozi mi wynarodowienie. „Szczerbiec” (bo taki miał pseudonim) obszedł mnie wkoło, zastanowił się i powiedział, że mnie przyjmie tymczasowo, by mnie później oddać jakiejś polskiej rodzinie. I zapytał wuja, czy oddałby mnie. Decyzją dowódcy zostałem przydzielony do taborów pod opiekę rusznikarza. Sporadycznie, gdy było trzeba, pomagałem w łączności. Czasem byłem… zwiadowcą. Dawali mi koszyk i po cywilnemu szedłem do wsi, aby rozejrzeć się i zdobyć informacje o rozmieszczeniu wroga. Nikt nie podejrzewał, że chudy dzieciak może być w AK.

I stało się, że został Pan w partyzantce jako „Jureczek”, bo taki miał pan pseudonim. Był pan w 3. Brygadzie siedem miesięcy. Widział wiele, poznał też bohaterskich towarzyszy broni, którzy za wolność oddali życie.

Tak, chciałbym przypomnieć tutaj jeszcze jednego młodocianego partyzanta w naszej grupie. Był to chłopak ok. 15 lat, miał pseudonim „Michałko”. Zginął w czasie walko o Wilno od kuli niemieckiej.

Czytaj więcej: 76 lat temu Armia Krajowa odbiła Ejszyszki

Jerzy Widejko mimo sędziwego wieku jest wciąż aktywny. Jeździ po Polsce, Litwie (na zdjęciu na obchodach 76. rocznicy operacji „Ostra Brama”), Łotwie, Ukrainie, był we Francji
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Jako dziecko uczestniczył Pan w działaniach w tamach operacji „Ostra Brama”, stanowiącej część akcji „Burza”, mającej na celu wyzwolenie Wilna spod okupacji niemieckiej.

Akcja ta zakładała samodzielne wyzwolenie przez Armię Krajową okupowanych ziem polskich, jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Rozpoczęła się w nocy z 6 na 7 lipca 1944 r. Kiedy pisałem swoje wspomnienia, to opierałem się też na informacjach historycznych: rząd londyński wydał rozkaz Komendzie Głównej AK w kraju, żeby wkraczającą Armię Czerwoną traktować jak sojusznika Anglii, Francji i USA, naszych aliantów. Mimo liczebnej i militarnej przewagi Niemów Polakom udało się wyzwolić znaczną część Wilna. Do 13 lipca, we współdziałaniu z wojskami sowieckimi, miasto zostało wyzwolone. Na Górze Zamkowej żołnierze AK wywiesili biało-czerwoną flagę. Jednak wkrótce sowieccy żołnierze zastąpili ją czerwonym sztandarem.

Szczerbcowa brygada była najsilniejszą, najlepiej uzbrojoną i zorganizowaną jednostką Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej. W operacji „Ostra Brama”, od 7 do 13 lipca 1944 r., atakowaliśmy Wilno od strony wschodniej, Kolonii Wileńskiej, czyli obraliśmy sobie za cel te najcięższe niemieckie fortyfikacje. 3. Brygada poniosła tam duże straty.

Przypomnę tylko losy „Szczerbca”, dowódcy. Na odprawie oficerów AK 17 lipca 1944 r. został aresztowany przez NKWD, a następnie osadzony w więzieniu na Łukiszkach w Wilnie. Później przewieziono go do Związku Sowieckiego, gdzie przebywał od 11 września 1944 r. „Szczerbcowi” udało się zbiec z łagrów w marcu 1946 r. Sądzę, że gdyby nie uciekł i został w łagrze, paradoksalnie miałby większe szanse na przeżycie. Dotarł przez Wilno do Łodzi i tam 10 lipca 1948 r. został aresztowany przez UB pod fałszywym zarzutem działalności konspiracyjnej. Skazano go na śmierć i 11 maja 1951 r., zamordowano w więzieniu mokotowskim.

Dla nas akcja „Burza” zakończyła się tym, że ostatecznie zostaliśmy rozbrojeni przez oddziały NKWD. Zdradzili nas Sowieci, zostaliśmy osadzeni w obozie przejściowym w Miednikach Królewskich. Potem byłem przesłuchiwany w siedzibie NKWD w Turgielach – straszyli mnie, psychicznie torturowali, ale nie bili dzieciaka. Starszych kolegów maltretowali, wielu potem wywieźli na Syberię. Mnie nie.

Ja po dwóch tygodniach zostałem zwolniony i od razu trafiłem do oddziału Samoobrony Wileńskiej Czesława „Komara” Stankiewicza – jako zwiadowca i łącznik, uczestniczyłem też w kilku bitwach z Sowietami. W październiku 1944 r. braliśmy udział w zdobyciu wsi Rudniki. Walczyliśmy w bitwie w styczniu 1945 r. w Puszczy Rudnickiej. Po zdradzieckim schwytaniu „Komara” przez specjalną jednostkę NKWD, udającą własowców, zamordowano ponad 20 partyzantów z naszego oddziału.

Wtedy zostałem zatrzymany i osadzony w obozie w Wilnie przy ul. Zamkowej, następnie przewieziono mnie do domu dziecka. Podłe to było miejsce, ale może bym i tam wytrzymał, tylko że chciano mnie wywieźć wraz z innymi polskimi dziećmi w głąb ZSRS. Szczęśliwie zbiegłem do zaprzyjaźnionej rodziny, pani Konstancji Kisiel, a później w ramach tzw. repatriacji wyjechałem do Polski, podległej wówczas całkowicie Moskwie.


Jerzy Widejko (ur. 12 czerwca 1933 r. w Warszawie) przez lata pracował m.in. jako nauczyciel. Mimo sędziwego wieku jest wciąż aktywny. Będąc na emeryturze, nawiązuje liczne kontakty z wieloma ludźmi i instytucjami, w tym ze szkołami, które potem odwiedza i wygłasza w nich prelekcje historyczne. Jeździ po Polsce, Litwie (był m.in. na obchodach 76. rocznicy operacji „Ostra Brama”), Łotwie, Ukrainie, był we Francji. Jest żywą lekcją historii. Spotkania z młodymi ludźmi dają mu dużo satysfakcji i sił. Zainteresowanie jego wojennymi opowieściami to największa nagroda dla byłego partyzanta AK, o którym powstał film dokumentalny w reżyserii Dariusza Walusiaka „Ballada o Jureczku”.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 37(106) 11-17/09/2021