Romuald Ławrynowicz: „Człowiek przychodzi na świat z misją”

| Fot. Marian Paluszkiewicz

Poezja i film w moim życiu rozpoczęły się od teatru w Gimnazjum im. Jana Pawła II – wspomina Romuald Ławrynowicz, poeta, reżyser filmowy i reklamowy, a ostatnio także aktor.


W jaki sposób w twoim życiu pojawiła się reżyseria?

Wszystko zaczęło się od teatru w Gimnazjum im. Jana Pawła II. W szkole mieliśmy nauczycielkę od teatru, panią Danutę Hołubowską. Pewnego razu wystawiliśmy spektakl na podstawie wierszy Andrzeja Bursy. Zetknięcie się z wierszami Bursy było dla mnie objawieniem. Zrozumiałem, że poezja nie obowiązkowo musi być piękna i romantyczna, tylko może być jakaś taka absurdalna, pokazująca pewne uwikłania psychologiczne autora. Zobaczyłem, że wiersze mogą być swoistą formą terapii psychologicznej. Zrozumiałem, że wiersze mogą szokować. Z pewnością to wynikało z takiego buntu młodzieńczego. Właśnie po tym spektaklu zacząłem pisać wiersze.

A kiedy pojawiła się kamera w twoim życiu?

Przed kamerą był jeszcze aparat Zenit. Nigdy za bardzo nie umiałem rysować. Zresztą nadal nie umiem. Natomiast przy pomocy aparatu fotograficznego bardzo łatwo można było wizualizować swoje myśli i pomysły. Poza tym z pomocą fotografii można w sposób fragmentaryczny interpretować świat, co mi bardzo się spodobało. Trudno powiedzieć, dlaczego zacząłem to robić. Mnie się wydaje, to jest w ogóle tajemnica, dlaczego człowieka ciągnie do tej lub innej formy sztuki. Że na świat człowiek przychodzi z jakąś misją lub powołaniem. To jest trochę takie mistyczne.

Czytaj więcej: Bez Wileńszczyzny nie zrozumiemy własnej kultury

Przed kilkunastu laty miałeś możliwość zrobienia filmu…

Może lepiej zacząć od tego, że po szkole próbowałem dostać się na reżyserię do Litewskiej Akademii Teatru i Muzyki oraz na fotografię na Akademię Sztuk Pięknych, ale mi się nie udało. Wówczas wstąpiłem na filologię angielską na Uniwersytecie Wileńskim. Chodziło o to, żeby nie iść do wojska. Jednak równolegle z grupą moich przyjaciół: Jankiem Drawnelem, Bartoszem Połońskim, Jurkiem Stankiewiczem czy Ryszardem Tomiałojciem, cały czas coś robiliśmy coś w sztuce. Wszyscy pisaliśmy wiersze, wszyscy robiliśmy zdjęcia. Mieliśmy taką potrzebę. Nie tylko imprezowaliśmy. Zrobiliśmy nawet wspólną wystawę w Galerii „Znad Wilii” pt. „BNB”, czyli „Bo nic nie będzie”. Później pojawił się taki festiwal Axx dla młodych filmowców. Pierwszy etap festiwalu polegał na stworzeniu 10-minutowego filmu. Napisaliśmy scenariusz filmu „Bausmė” (Kara), który o dziwo został zakwalifikowany do produkcji. Otrzymaliśmy możliwość zrobienia filmu, bo festiwal dawał podstawowe finansowanie na realizację. Chociaż dla mnie sam scenariusz wydawał się słaby pod względem dramaturgicznym. Zrobiliśmy film. Zakwalifikowałem się do drugiego etapu, kiedy musiałem zrobić już 20-minutowy film. Jednak na tym etapie nie bardzo miałem pomysł na film i zostałem producentem, a reżyserem i scenarzystą został Bartek Połoński. Tak powstał obraz „Vilniaus pasaka” (Bajka wileńska), w którym została opowiedziana historia dwóch osieroconych braci. Kiedy wreszcie skończyłem anglistykę, to wówczas nieoczekiwanie dostałem się na reżyserię do Szkoły Filmowej w Łodzi. Co ciekawe, pomógł w tym mój film „Bausmė”.

Jak było w Łodzi?

Szczerze mówiąc, na pierwszym roku jakoś się pogubiłem. Mieliśmy zajęcia z filmu dokumentalnego. To był dla mnie problem, bo wcześniej nigdy nie pracowałem z zwykłymi ludźmi. Na zaliczenie musiałem zrobić etiudę dokumentalną. I to nie mógł być reportaż publicystyczny, tylko takie całkowite zanurzenie się w życie bohatera. To było bardzo trudne. Nie mogłem znaleźć bohatera, aż mi moja wykładowczyni zaproponowała pewnego takiego łódzkiego pijaczka. Ale on był w ogóle dla mnie nieciekawy. Musiałem go jednak filmować, bo nie miałem wyjścia. Goniły terminy. Zrobiłem etiudę, ale komisja oceniła, że dla mnie bohater jest nieciekawy, i otrzymałem nie ocenę, tylko zwykłe zaliczenie. Co prawda to pozwoliło mi przejść na drugi rok. W tym samym czasie rozpoczął się trzeci etap Axx, zrobiłem na konkurs pełnometrażowy film „Kutenimai” (Łaskotki). Tutaj też scenariusz pisałem trochę na siłę, bez jakiegoś rzetelnego pomysłu. Zrobiłem film. Miałem naprawdę wspaniałych aktorów, to byli Jan Drawnel oraz Olga Generałowa. Jednak Olga nie była zadowolona z pierwszej wersji montażu i dlatego premiera opóźniła się na rok. To był przełomowy moment w moim życiu. Robiłem też pewne etiudy fabularne na filmówce, ale zobaczyłem, że robię je, ponieważ muszę robić, a nie dlatego, że chcę. Może to mój charakter. Kiedy stykam się z jakimiś problemami, które mnie przerastają, zaczynam się wycofywać. Teraz, kiedy patrzę na moich kolegów z roku w filmówce, to rozumiem, że oni też tworzyli nieudane próby, ale się nie poddali. Zrezygnowałem z dalszego studiowania w Łodzi.

Co zacząłeś robić?

To, co umiem, zająłem się montażem i filmowaniem różnego rodzaju zleceń. Filmowałem nawet kilka razy wesela.

Z tego, co wiem, montowałeś też filmy dokumentalne z innym reżyserem.

W zasadzie to zmontowałem jeden film dokumentalny Juozasa Javaitisa „Česlovo Milošo amžius” (Wiek Czesława Miłosza). Poznałem też producentkę Teresę Rożanowską, z którą teraz współpracuję. To jest superproducentka, która nie chce wykorzystywać, tylko pomóc. Co nie zawsze się zdarza.

Jednak w świecie filmowym zostałeś. Kręcisz reklamy.

Z reklamą jestem związany jeszcze od czasów studiów na Uniwersytecie Wileńskim, którymi byłem bardzo znudzony. Trafiłem do kilku większych agencji reklamowych. Odpowiadałem za pomysły, byłem ich kreatorem. To była bardzo twórcza praca. Bardzo mi się podobała. Teraz kręcę filmy reklamowe, co prawda nie jest to pierwsza liga. W moim przypadku to właśnie klient ma ostateczne słowo. Tak więc za dużo pokazywania swego „ja” nie ma, niemniej uważam, że to dobra szkoła, właśnie pod kątem rzemiosła reżyserskiego. To jest bardzo dobre doświadczenie. Na danym etapie mi to odpowiada. Tak realizuję koncepcje innych. Niestety, na razie nie mam do powiedzenia niczego własnego, dlatego chyba nie udało się z kinem. Bo w kinie można coś robić, jeśli faktycznie coś masz do powiedzenia innym. Poza tym bardzo lubię proces filmowania, kiedy jesteś na planie, pracujesz z aktorami.

To co chcesz robić w przyszłości?

Ostatnio realizuję się jako aktor.

Jesteś zadowolony?

Tak, to jest super. Dla człowieka, który nie ma własnego przekazu, bycie aktorem jest super. Kiedy jeszcze studiowałem w Łodzi, to również grałem w etiudach swoich kolegów. Oczywiście, bardzo często dostaję rolę z racji swego wyglądu. Wiesz, taki charyzmatyczny grubasek.

Czytaj więcej: U progu nowych wyzwań

Czy to Ci nie przeszkadza, że reżyserzy wykorzystują najczęściej twoje walory fizyczne?

Nie. Oczywiście są aktorzy, którzy mogą zagrać cokolwiek. Ale 50 proc. rynku aktorskiego, a może nawet więcej, to właśnie role przydzielane ze względu na walory fizyczne. To są takie charyzmatyczne typy, które faktycznie nie muszą nic grać przed kamerą, a tylko być sobą. Zresztą ja sam, kiedy dobieram aktorów, to korzystam z tej metody. Najczęściej gram role komediowe. Poważną rolę miałem tylko w filmie „Lošėjas” (Gracz) Ignasa Jonynasa. Tak naprawdę dla mnie nieważne, czy jest to film komediowy, czy dramatyczny. Jeśli udaje mi się pokazać jakąś prawdę życiową, to już jest dobrze.

Co jeszcze robisz?

Wiesz, bardzo cenię sobie rolę tłumacza podczas spektakli. Na przykład pracowałem z Oskarasem Koršunovasem, kiedy wystawiał spektakl w Warszawie. Współpracowałem też z Krystianem Lupą w Wilnie. Tłumaczyłem na próbach i to było bardzo wartościowe doświadczenie. Też niby jesteś tylko wykonawcą, a nie twórcą. Jednak masz wtedy okazję zobaczenia, jak pracuje geniusz. Tłumacząc jego słowa, jesteś jakby w jego głowie. Można powiedzieć: zaczynasz rozumieć, jak on myśli, jak on tworzy.

Wiem, że ostatnio też zająłeś się muzyką.

Faktycznie od zawsze bawiłem muzyką. Zawsze próbowałem coś robić na komputerze. Teraz na Spotify występuję pod pseudonimem Romeo Love. Poza tym jestem nie tylko współreżyserem spektaklu „POP-EZJA”, ale też kompozytorem, całą muzykę zrobiłem na komputerze.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 39(112) 25/09/-01/10/2021