U progu nowych wyzwań

| Fot. archiwum Joanny Moro

Dużo marzę! Bo jeśli czegoś się pragnie, to w końcu się spełni! – wyznaje Joanna Moro, jedna z najbliższych Wileńszczyźnie polskich aktorek, Dziewczyna „Kuriera Wileńskiego” – Miss Polka Litwy 2000.

W Polsce podkreśla się jej polsko-litewskie korzenie. Jest aktorką filmową i teatralną, ale też piosenkarką i prezenterką telewizyjną. Dzięki serialowi o Annie German, w którym zagrała główną rolę, stała się rozpoznawalna i rozchwytywana. Grała w wielu filmach i spektaklach teatralnych. Niespodziewany kryzys wywołany przez pandemię koronawirusa, który niczym tsunami przetoczył się przez światową gospodarkę, wiele zmienił, również w branży filmowej i teatralnej. Z powodu kolejnych lockdownów i wprowadzanych ograniczeń swej pracy nie mogli wykonywać aktorzy. Ucierpiał polski show-biznes. Niektóre gwiazdy z uwagi na brak pracy zdecydowały się przebranżowić.


Co Ty, Joasiu, robiłaś w tym najgorszym czasie podczas pełnej izolacji i zamknięcia w domach, gdy nie byłaś na filmowych planach, gdy nie grałaś na deskach teatru? Koronawirus, jak donosiły media, przerwał wiele produkcji: serialowych, filmowych, teatralnych.

Na początku pandemii urodziłam córeczkę. Już miałam ustalony powrót do teatru. Trzy tygodnie po narodzinach miałam zagrać dwa spektakle w teatrze Capitol w Warszawie. Nie zdecydowałam się jednak – zagrała koleżanka. Zakochałam się bezgranicznie w mojej słodkiej kruszynce i nie byłam w stanie rozstawać się z nią na tyle godzin. Później zamknięto teatry i wszystkie projekty. Brałam udział w castingach, ale pandemia wszystko anulowała. Z jednej strony to był szok i strach, bo to było moje główne źródło utrzymania. Z drugiej – to był też najspokojniejszy czas z rodziną i tylko dla rodziny. Nie było żadnych rozpraszaczy, gości, wyjazdów, kawiarni, sklepów. Czas tylko dla nas. Chodziliśmy na spacery, dużo rozmawialiśmy ze sobą, bo przecież dzieci również nie chodziły do szkoły. Żyliśmy bez stresu, który często paraliżuje nas, gdy dochodzą zawodowe obowiązki. Tak więc wspominam ten czas dobrze. Jestem przyzwyczajona do różnych zmian, bo mój świat już nieraz wywrócił się do góry nogami. W końcu z każdym dzieckiem coś się zmienia w życiu, nowe projekty też wywracają dotychczasowy porządek życia. Weszłam też w social media i teraz jestem tam bardzo aktywna. Pokazuję kulisy mojego życia zawodowego i prywatnego – @joannamoro.ofFicial – na Instragramie.

Początek twojej kariery to skok na głęboką wodę. Dostałaś główną rolę w trudnym serialu biograficznym. Potem był drugi, o włoskiej primabalerinie. Praca wymagała wyjazdów, sceny kręcone były w wielu miejscach, również za granicą. A ty w tym czasie zaszłaś w ciążę. I urodziłaś jednego, po krótkim czasie drugiego synka. Jak dałaś radę?

Nie będę ukrywać, jest to dramat dla matki… Dlatego bardzo się cieszę, że było mi dane z córeczką być cały czas i bezstresowo ją wychowywać. Pracuję teraz zdecydowanie mniej niż w czasie, kiedy urodziłam synów. Przy większości projektów nikt nawet nie zauważył, że zajmowałam się dziećmi.

Jak twój mąż, który nie jest z branży, „znosi” twoją pracę, częstą nieobecność w domu, późne powroty. Jak radził sobie jako tato? Dom to też codzienność i przyziemne, ale istotne problemy. Wiem, że pomocna okazała się twoja mama, która zawiesiła pracę w Wilnie i przyjechała pomóc.

Tak, zdecydowanie cały ciężar opieki nad dziećmi przejęła moja rodzina, a w większości mąż i mama. Dziś drugi synek Jeremi babcię traktuje jak najbliższą sobie osobę. Ma z nią niebywałą więź. Jestem im wdzięczna za to, bo mogłam całkowicie oddać się pracy. I prawdą jest, że w domu byłam rzadko, bywało, że nie było mnie nawet trzy tygodnie.

Czytaj więcej: Joanna Moro: „Im człowiek jest bardziej zajęty, tym więcej może zrobić”

| Fot. Marian Paluszkiewicz

Zdecydowałaś się jeszcze na trzecie dziecko. Urodziłaś śliczną córeczkę Ewę. Czy chciałaś mieć więcej dzieci, gdy planowałaś rodzinę?

Nie nigdy nie planowałam, że w ogóle będę mieć dzieci, ale dziś wiem, że to najlepsze, co mogło mnie w życiu spotkać. Macierzyństwo przewrotnie wiele mi dało i wiele mnie nauczyło, choć tak naprawdę raczej ograniczało – przecież cenię teraz każdą chwilę ciszy i spokoju, chwilę dla siebie na swój rozwój. Mam naprawdę dużo mniej czasu na pracę, ale praca w domu z dziećmi daje mi więcej satysfakcji i harmonii niż jakiekolwiek inne wyzwanie.

Trzecia ciąża przypadła na okres pandemii. Czy w swoim trzecim macierzyństwie uwzględniłaś to, że możesz wreszcie bez pośpiechu – który towarzyszy twojej pracy – być mamą „domową”, zająć się domem i dzieckiem?

Tak, w ciąży zwolniłam, żyłam dla siebie, jak to się mówi, poprzez to, że chciałam, aby dziecko, które nosiłam w łonie, jak najlepiej się rozwijało. Choć pamiętam, że jeszcze w ósmym miesiącu ciąży grałam spektakle i w teatrze Capitol, i w Och-Teatrze w Warszawie.

Po urodzeniu dzieci zachowałaś świetną figurę. Zachwycasz wyglądem. Czy dużo nad tym pracujesz?

Dziękuję! Trudno to nazwać pracą. To jest dla mnie przyjemność. Lubię swoje ciało i staram się o nie w naturalny sposób dbać. Przede wszystkim słucham swojego organizmu i wiem, kiedy potrzeba mu relaksu, a kiedy wysiłku. Jestem zdecydowanie z tych aktywnych osób, których raczej nie zobaczy się na plaży, na leżaczku.

Czy podczas przymusowej izolacji robiłaś coś po raz pierwszy w życiu?

Musiałam sama pierwszy raz posprzątać generalnie całe mieszkanie i taras po zimie. Zawsze robiła to nasza pomoc domowa, którą mamy raz w tygodniu do pomocy przy cięższych pracach. A w czasie izolacji zostaliśmy sami.

Mieszkasz w Warszawie już parę ładnych lat. To miasto pulsujące, tłoczne. Życie w ciągłym pośpiechu i pędzie. Zamieszkują ją ludzie z różnych regionów Polski i z zagranicy, bo tu można rozwinąć skrzydła. Tu tętni życie biznesowe i kulturalne. Jak się żyje wilniance w takim miejscu?

| Fot. archiwum Joanny Moro

Bardzo dobrze, jak w piosence „Warszawa da się lubić”. Lubię ten pośpiech i jej rytm. Warszawa ładuje mi energię. Najlepiej jednak czuję się w tej zielonej i spokojnej dzielnicy Warszawy, czyli na Żoliborzu, gdzie mieszkam od siedmiu lat. Ten spokój i zieleń przypomina mi trochę Wilno.

Wiem, że grywasz w teatrze, a właściwie w teatrach u Krystyny Jandy. Małe podmioty teatralne były i nadal są w znacznie cięższej sytuacji niż duże sceny. Teatry w ogóle miały bardzo trudno podczas lockdownów – teatru nie jest tak łatwo zamknąć jak muzeum. Na pewno jako aktorzy związani z miejscem, ze spektaklem, z dyrektorem teatru przeżywaliście mocno ten czas zamknięcia.

Tak, to prawda, kameralne teatry nie miały łatwo. Teatr to też ludzie w nim pracujący: aktorzy, twórcy, pracownicy administracyjni, technicy, pracownicy obsługi. Zamknięcie teatru to były prywatne dramaty ludzi. Ja, grając w teatrach prywatnych, byłam zatrudniona tylko do konkretnych spektakli. Nie było spektakli, nie było wynagrodzenia. Teatry dostały dotacje, ale my, aktorzy, już nie. To był na pewno trudny czas dla wielu branż. Część osób się przebranżowiła. Ja zaczęłam występować więcej w programach TV i zarabiać w social mediach, tworząc tam ciekawy kontent dla swoich obserwatorów (followersów).

Czy masz jakieś propozycje angażu w filmie, serialu? A może wznowienie programu czy serialu czeka na uruchomienie produkcji?

Od stycznia jeżdżę na plan zdjęciowy do Wrocławia. Gram tam w serialu „Pierwsza miłość”. Uwielbiam tę pracę. Mamy tam superspołeczność i niesamowity klimat. Oprócz tego gram koncerty z moimi muzykami i często nagrywam w domu self-tape’y do nowych projektów. Na razie na brak obowiązków nie narzekam.

Która rola filmowa czy teatralna była dla ciebie najważniejsza, do której masz wyjątkowy sentyment?

| Fot. archiwum Joanny Moro

Najważniejsza i najpiękniejsza jak na razie to rola Anny German. To wspomnienia na całe życie, przyjaźnie też. Do dzisiaj przyjaźnię się z Szymonem Sędrowskim, który grał męża Anny German, cenię sobie przyjaźń z Marią Poroszyną, która zagrała moją filmową matkę. Scenarzysta i reżyser Waldemar Krzystek bardzo dobrze to wszystko ujęli w słowa i obrazy.

Którego z reżyserów, polskich czy zagranicznych, najbardziej cenisz?

Krystyna Janda jest dla mnie wielką reżyserką, wspaniałą aktorką, ale też kobietą, matką, działaczką społeczną, którą bardzo sobie cenię. Spotkanie z nią było dla mnie bardzo rozwijające. Późniejsze prace przy spektaklach u niej wniosły wiele w moje życie zawodowe. Z reżyserów bardzo lubię Pedra Almodóvara – za innowacyjność, odwagę, przełamywanie tabu, kreatywność, wrażliwość. Z litewskich reżyserów teatralnych lubię Rimasa Tuminasa i Anzelikę Cholinę, która robi przepiękne taneczne spektakle. Byłam nawet w Moskwie na przedstawieniach tandemu Tuminas–Cholina. Z polskich reżyserów cenię Polańskiego, Holland, Szumowską, z rosyjskich lubię Andrieja Zwiagincewa i Iwana Wyrypajewa, który pracuje też w Polsce. A w ogóle to marzę o tym, żeby zagrać u Wojtka Smarzowskiego.

Czytaj więcej: Lubię się zaszyć w Wilnie

Zapewne podczas kręcenia filmu czy prób w teatrze przeżyłaś coś, co pozostanie z tobą do końca życia. Coś wyjątkowo zabawnego czy odwrotnie, przerażającego…

Podczas kręcenia serialu „Anna German. Tajemnica białego anioła” wiele było takich sytuacji, których nie zapomnę do końca życia. Choćby to, że musiałam być w prawdziwym gipsie. Było dla mnie niesamowite i niekomfortowe, kiedy byłam cała, od stóp do głowy, zagipsowana, zważywszy, że w życiu nic nie złamałam i nigdy nie byłam unieruchomiona. Te sceny były dla mnie wyzwaniem. Zapamiętam też, jak było przeraźliwie zimno i wszystkie kosmetyki zamarzły, musieliśmy suszarkami najpierw z rana je rozgrzewać, żeby można było w ogóle się pomalować. Pamiętam też na Krymie pierwsze sceny w serialu „Anna German”, jak się stresowałam, że spotkam się z takimi wielkimi aktorami, jak Marat Baszarow czy Jekaterina Wasiljewa. Granie z nimi było ogromną przyjemnością – wielcy aktorzy, a tacy skromni i normalni. Pamiętam wiele sytuacji krytycznych na planach zdjęciowych, kiedy straciłam głos, a miałam śpiewać. Pamiętam, że musiałam jeździć do takiego ukraińskiego magika, który moje struny głosowe naprawiał jakimiś olejkami, jakimiś ziołami. Pewnego razu poszłam do siłowni w Kijowie, takiej na świeżym powietrzu, z mosiężnymi przyrządami, i strasznie sobie zbiłam nogę. Potem kuśtykając, mobilizowałam siły do gry na planie. Było naprawdę trudno, bo ta noga okropnie bolała.

W teatrze też zdarzały się niesamowite rzeczy, np. graliśmy spektakl w Och-Teatrze, lekcje stepowania, a po każdej scenie jest taki blekaut – schodzi się po ciemku. I akurat Kasia Żak schodziła i walnęła po prostu mnie w skroń. Dostałam takiego siniaka, że jeszcze cały miesiąc chodziłam z ogromnym sinym plackiem, a wszyscy się śmiali, że mój mąż mnie bije. A to proszę, zdarzyło się na scenie. Mój zawód jest nieprzewidywalny. I za to go kocham.

Trwa sezon ogórkowy. Tak się mówi o czasie posuchy w życiu kulturalnym miast, gdy nieczynne są teatry, sale koncertowe, kabarety itp. Artyści rozjeżdżają się na urlopy. Ty ze swoją liczną rodziną zjechałaś na Litwę, do Połągi. Ciągnie cię tutaj? Jak spędzasz czas z rodziną?

Co roku jestem na Litwie. Tu jest moja rodzina, a więc mój dom. Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Uwielbiam wileńską Starówkę, Zarzecze, nową, tworzącą się dzielnicę Paupys. Kocham moje Wołokumpie, Wilię, w której się kapię (całorocznie), lasy, łąki. Bez tego nie byłoby mnie. To jest moje powietrze, mój tlen, moje życie. Jestem wilnianką i na zawsze nią pozostanę.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 32(91) 07-13/08/2021