Jarosław Tomczyk: Gorączka wyborcza w Armenii była bardzo wysoka?
Wojciech Górecki: O tym, jak przebiegały wybory, nie bardzo mogę mówić, ponieważ jestem członkiem misji obserwacyjnej OBWE, a prawo komentowania wyborów zastrzeżone jest dla misji i wypowiadać się na ten temat może jej szef. Ja mogę mówić o sytuacji politycznej i o tym, co może wyniknąć z wyniku głosowania. Ogólnie mogę powiedzieć, że Erywań funkcjonuje normalnie, jest spokojnie, nie czuje się jakiegoś szczególnego napięcia.
Oficjalne wyniki wyborów, które odbyły się 7 czerwca, obwieszczają o wygranej ugrupowania Umowa Społeczna rządzącego premiera Nikola Paszyniana.
I to wygranej z solidną przewagą, dającą dość stabilną większość bezwzględną w parlamencie. W przełożeniu na mandaty Umowa Społeczna ma ich ponad 50 proc., tym samym jej lider Nikol Paszynian ma mandat społeczny, by kontynuować swoją politykę. Nie ma natomiast większości konstytucyjnej, która pozwalałaby samodzielnie zmienić konstytucję. Na trzy ugrupowania opozycyjne, upraszczając – prorosyjskie, głosowało prawie tyle samo ludzi, ile na Umowę Społeczną. To pokazuje nam, jak duża jest polaryzacja ormiańskiego społeczeństwa.
Można w tej sytuacji spodziewać się podważania wyników?
Lider ugrupowania Silna Armenia, które uzyskało drugie miejsce, rosyjsko-ormiański oligarcha Samwel Karapetjan, który w wyborach nie mógł startować, bo oprócz armeńskiego ma też inne obywatelstwa, powiedział, że dla niego wybory się nie skończyły, a wyniki nie są ostateczne. Wydaje mi się jednak, że opozycja nie ma takiego potencjału, by doprowadzić do zmian przez ulicę, choć oczywiście może wyprowadzić na nią ludzi. Sądzę, że jakichś protestów można się spodziewać, ale nie wróżę im powodzenia. Paszynian cieszy się sporą popularnością, kontroluje struktury państwowe, więc nie sądzę, by ewentualne próby kontestacji wyniku wyborów, o ile się pojawią, były skuteczne.
Kim są wyborcy Paszyniana? W jakich grupach społecznych uzyskał największe poparcie?
Moje wrażenie jest takie, że wielkomiejska inteligencja jest raczej przeciwko Paszynianowi, natomiast wielu jej przedstawicieli głosuje na niego na zasadzie „mniejszego zła”, uważając, że nie ma żadnej sensownej alternatywy dla tego, co on proponuje. Mają różne zastrzeżenia, ale oddają na niego głos lub nie idą na wybory. Podobnie zachowuje się erywańska młodzież. Natomiast ci, którzy faktycznie go popierają, to prowincja, ludzie starsi, mniej wykształceni, dlatego że on się nad tą prowincja faktycznie pochyla. Nagle okazało się, że można robić coś, co było zaniedbane przez całe dekady. Przez ostatnie pięć lat jest boom budowlany, buduje się dużo dróg, wznosi poza stolicą szkoły, przedszkola w dobrym standardzie. To przekonuje.
Paszynian niesie z sobą radykalnie inne spojrzenie na Armenię od tego, które obowiązywało w tym kraju praktycznie od rozpadu ZSRS.
Paszynian pozycjonuje się jako osoba, która zwalcza rządzący Armenią przez wiele lat tzw. układ karabaski, choć on już osiem lat nie rządzi, bo został przez niego odsunięty od władzy w roku 2018. Uwagę zwracam jednak na coś innego. Człowiek, za którego rządów Armenia przegrała dwie wojny i zanotowała straty terytorialne – z zastrzeżeniem, że formalnie nie uznawała Górskiego Karabachu, ale faktycznie uważała go za część swojego terytorium – wygrywa kolejne wybory! Coś, co pogrążyłoby każdego innego polityka, Paszynian przekuwa w swój sukces. Oczywiście Górski Karabach blokował rozwój Armenii, ale jednak jego utrata była wielką traumą.
Z drugiej strony jest świadomość, że sytuacja, która istniała przez 30 lat, związana z wojną z Azerbejdżanem o Górski Karabach, była dla Armenii niekorzystna. Państwo znalazło się poza wszelkimi regionalnymi projektami infrastrukturalnymi, nie korzystało z rozwoju gospodarczego regionu. Choćby z tego, że Azerbejdżan ma ropę i musi ją eksportować, co robi przez Gruzję, a mógłby przez Armenię. Paszynian miał pomysł, jak to zakończyć, ma całościową wizję Armenii. Uważa, że patriotyzm ormiański powinien się skupić na państwie, a nie na mitach narodowych. Ten układ karabaski cały czas się źle kojarzy, choć tzw. Blok Armenia Roberta Koczarjana wszedł do parlamentu, acz nie z jakąś znaczącą liczbą głosów.
Czyli społeczeństwo zaakceptowało politykę „realnej Armenii”?
Paszynianowi udało się do swojej polityki przekonać na tyle dużo ludzi, że pewnie wygrał wybory. Mówiąc o „realnej Armenii”, Paszynian głosi, że jej historia musi być napisana na nowo, bo dotąd pisano ją z perspektywy imperialnej, rosyjskiej. Choć tego określenia nie używa, taki jest sens jego przekazu. Podmiotem patriotyzmu i historii Armenii powinno być państwo ormiańskie. Wizja, którą proponuje, prowadzi do pokoju, co zapewnia ludziom stabilność. To jest taki trochę dekolonizacyjny projekt.

O czym świadczy wysoka, prawie 60-procentowa frekwencja wyborcza?
Że wszyscy uznali, iż były to bardzo ważne wybory i trzeba było pójść do urn. W porównaniu do wyborów sprzed pięciu lat frekwencja była znacząco wyższa. A dodać należy, że jeszcze wyższa była frekwencja realna. To nie znaczy, że oficjalne dane kłamią. Sytuacja jest jednak taka, że znaczny procent osób figurujących na listach wyborczych de facto przebywa za granicą i w wyborach nie brał udziału. Tak jest zawsze, z każdymi ormiańskimi wyborami. Spośród osób mieszkających w Armenii odsetek głosujących był nawet na poziomie 70 proc., co dowodzi poziomu mobilizacji.
Wyniki wyborów w Armenii odczytywane są jako kolejna porażka Rosji po niedawnych wyborach w Mołdawii i na Węgrzech.
Pobrzmiewa mi w tym pytaniu tendencja do czarno-białego widzenia świata. Paszynian prozachodni, opozycja prorosyjska. To upraszczający stereotyp. Paszynian nie zrywa kontaktów z Rosją i rosyjskimi formatami integracyjnymi, bo Armenia nie może sobie na to pozwolić. Ma na swoim terytorium rosyjską bazę wojskową, duża część gospodarki Armenii uzależniona jest od Rosji.
Jednak to, co Rosja prezentowała w ostatnich tygodniach, czyli wprowadzanie sankcji na armeńskie produkty, straszenie różnymi rzeczami w razie kontynuowania prozachodniego kursu, nie zadziałało. Ludzie się nie wystraszyli, nie zostali w domach, nie poszli głosować przeciwko Paszynianowi, bo nie uwierzyli, że on doprowadzi do jakiejś katastrofy. W tym sensie możemy powiedzieć o rosyjskiej porażce i to jest zimny prysznic na głowy kremlowskich propagandystów, którzy uważali, że Armenię można, mówiąc kolokwialnie, „wciągnąć nosem”.
Ale to nie jest czarno-biały obraz. Ta gra cały czas się toczy, mecz trwa i Rosja wcale nie została zepchnięta do narożnika. Europa jest daleko. Armenia będzie współpracować z Rosją. Oczywiście Zachód, Unię Europejską byłoby stać na to, by Armenię wziąć na swoje utrzymanie, ale nie ma na razie takich pomysłów ani konieczności. Nie możemy za nikogo decydować.
Wariant ukraiński, którym też pobrzmiewało w rosyjskiej retoryce propagandowej, jest pańskim zdaniem możliwy?
Nie, trudno mi to sobie wyobrazić, nie widzę dla niego przestrzeni. Po pierwsze, Rosja nie ma aż tylu aktywów, możliwości, by taki scenariusz uruchomiła. Po drugie, Armenia pośród licznych złych stron swojego położenia geograficznego ma jedną dobrą – z Rosją nie graniczy. Ale Rosja oczywiście jest w Armenii obecna i cały czas by chciała, żeby np. energetyka atomowa pozostała pod jej parasolem, o co toczy się duża gra.
Jest jeszcze parę innych projektów, które w najbliższych latach będą przedmiotem bardzo poważnej gry, ale to są zbyt szczegółowe sprawy, żeby teraz w nie wchodzić. Rosja może oczywiście na sto sposobów prezentować swoje niezadowolenie, ale musi się liczyć z realiami. Raczej to będzie z jej strony taka mieszanka pogróżek z obietnicami.
Na ile realne są europejskie aspiracje Armenii?
Nikol Paszynian powiedział wprost, że do 2028 r. nastąpi liberalizacja wizowa dla obywateli Armenii. Zakładam, że ma to oparcie w słowach, które usłyszał od europejskich partnerów, bo Ormianie nie stanowią jakiegoś zagrożenia emigracyjnego. Unia wysyła kolejne misje do Armenii. Sytuacja w Gruzji nie rozwija się po jej myśli, więc UE tym bardziej potrzebuje sukcesu w tym regionie i Armenia jest do tego idealna. Nie ma w niej rozdźwięków między Europą a Stanami Zjednoczonymi, grają do jednej bramki.
Przed wyborami pojawił się w Armenii sekretarz stanu USA Marco Rubio, wcześniej wiceprezydent J.D. Vance. Te wybory były w ogóle bardzo specyficzne, bo gracze międzynarodowi zaangażowani w Armenię – z jednej strony Zachód, z drugiej Rosja – bardzo wyraźnie określili swoich kandydatów, mocno i spektakularnie ich wspierali. Czy za tym pójdzie dalsze wsparcie Zachodu? Myślę, że tak.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen mówiła, że Unia rozważy kompensację za straty wynikające z rosyjskich sankcji, jak np. z zakazu eksportu owoców, warzyw czy wody mineralnej, która zdaniem rosyjskiej propagandy podobno zawiera straszne świństwa. Takie deklaracje polityków tej rangi dowodzą dużej gotowości, choć nie będzie tak, że Unia weźmie jakąś odpowiedzialność za Armenię, która jest daleko i nie ma wspólnej granicy. Ormianie muszą sami kalkulować, czy i na ile w te relacje wejdą. Perspektywę akcesyjną uważam za bardzo odległą.
Jak Pan wspomniał, w sprawy Armenii mocno zaangażowali się też Amerykanie.
Prezydent Donald Trump doprowadził w sierpniu ub.r. do porozumienia azerbejdżańsko-armeńskiego. Porozumienie pokojowe zostało parafowane w Waszyngtonie, jest jeszcze dalekie do podpisania, ale akurat ten konflikt prezydent USA zakończył naprawdę. W tej chwili mamy faktyczny pokój między oboma krajami i za to Trumpowi należą się duże brawa, bo przez wiele wcześniejszych lat nie udało się to nikomu.
Nie umniejszając zasług amerykańskiego przywódcy – chyba obu stronom zależało na zakończeniu tej wojny?
Tak, ale potrzebny był impuls, który to sprawi, jakaś wizja. Jakkolwiek i Baku, i Erywań podkreślały, że rozmowy muszą być dwustronne i jako takiego pośrednika nie potrzeba, to jednak mediator, który doprowadził do spotkania u siebie i przy którym parafowano porozumienie, był potrzebny. Okazał się nim Donald Trump, obie strony się do tego odwołują, chcą pokoju i trzeba się tego trzymać, bo to jest perspektywiczne.
Czego w swoim kraju oczekują od Paszyniana Ormianie?
Nie będę odkrywczy: pokoju, stabilizacji i bezpieczeństwa. Armenia ma dobra koniunkturę, PKB rośnie, na co wpływ ma też fakt, że w Armenii znalazło się dużo Rosjan uciekających przed poborem. Po pandemii kraj poszedł do przodu, jest pomoc Zachodu, i Paszynian to sensownie wykorzystuje, bo to polityk pragmatyczny. Robi to, czego od niego oczekuje społeczeństwo, i nie ma potrzeby uciekać się do jakichś spektakularnych rzeczy.
Wojciech Górecki
Główny specjalista w Zespole Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie. W przeszłości członek zarządu Fundacji Solidarności Międzynarodowej oraz dyplomata – I sekretarz, a następnie radca w Ambasadzie RP w Baku. Był także ekspertem w misji UE, badającej okoliczności wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. Nadto ceniony reporter, analityk i historyk specjalizujący się w tematyce Kaukazu i Azji Centralnej. Autor książek, m.in.: „Planeta Kaukaz”, „Toast za przodków”, „Abchazja”. Członek misji obserwacyjnej OBWE w trakcie wyborów parlamentarnych w Armenii 7 czerwca br.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 23 (65) 13-19/06/2026




