Niewiadoma-Phinney i Swoboda: sukcesy z lekkim niedosytem

Pierwsza dekada sierpnia w polskim sporcie zakończyła się spektakularnymi osiągnięciami, choć Katarzyna Niewiadoma-Phinney i Ewa Swoboda mogą mówić o lekkim niedosycie.

Czytaj również...

Ekscytujący wyścig Tour de France Femmes

W zakończonym w niedzielę Tour de France Femmes, najbardziej prestiżowym wyścigu kolarskim kobiet, wielki sukces osiągnęła najlepsza polska kolarka szosowa Katarzyna Niewiadoma-Phinney. Polska zawodniczka przegrała po ekscytującej i niewolnej od kontrowersji walce tylko z Holenderką Demi Vollering. Tegoroczne zawody rozegrały się na trzech ostatnich etapach.

Reprezentująca niemiecką grupę zawodową Canyon-SRAM Niewiadoma-Phinney wygrała siódmy etap i objęła prowadzenie w tourze, wyprzedzając swą największą rywalkę w klasyfikacji generalnej o 15 sek. Na następnym etapie Holenderka zrewanżowała się i jako pierwsza minęła końcową linię, a jej przewaga w „generalce” przed ostatnim etapem wynosiła zaledwie 8 sekund. Po tym etapie zarzucono ekipie Holenderki niesportowe zachowanie poprzez celowe zablokowanie Polki przy barierkach przez francuską zawodniczkę Celię Gery podczas podjazdu w decydującym momencie wyścigu. Na nic zdały się protesty, o ostatecznym wyniku miał zadecydować dziewiąty, finałowy etap. Na nim klasę pokazała Vollering, wygrywając etap i cały wyścig z ostateczną przewagą w klasyfikacji generalnej 1’18” nad Katarzyną Niewiadomą-Phinney.

Bardzo dobre, siódme miejsce zajęła Dominika Włodarczyk (UAE Team ADQ), pozostałe Polki uplasowały się na dalszych pozycjach: Karolina Perekitko zajęła 39. miejsce, Malwina Mul była 54. a Agnieszka Skalniak-Sójka 55. Do zawodów zgłoszono 207 kolarek, wyścig ukończyło 116.

Zabrakło Litwy

W tym roku na liście startowej zabrakło zawodniczek litewskich, co jest efektem ogólnie niższego poziomu kolarstwa szosowego na Litwie. Warto jednak pamiętać o wielkich tradycjach w tym sporcie: Edita Pučinskaitė była czterokrotną medalistką mistrzostw świata i mistrzynią z roku 1999, a Rasa Polikevičiūtė, także z czterema medalami, wygrała kobiecy czempionat w 2001 r.

Zawsze na podium z największą rywalką

Rozgrywany w tym roku po raz piąty Tour de France Femmes jest odpowiednikiem męskiego Tour de France. Przez wiele lat szukano formatu wyścigu, który prestiżem mógłby dorównać legendarnej Wielkiej Pętli (w tym roku rozgrywanej po raz 113.). Wydaje się, że format, który obowiązuje od pięciu lat, już się utrzyma, być może zwiększy się liczba etapów (teraz jest 9, u mężczyzn 21). Na pewno jednak, jak dotychczas, tour kobiecy jest pojedynkiem dwóch wielkich kolarek: Polki i Holenderki, które jako jedyne od początku stają na końcowym podium: Niewiadoma-Phinney wygrała w 2024, trzy razy była trzecia i teraz druga; Vollering wygrała także w 2023 i trzykrotnie była druga.

„Mieć taką przeciwniczkę jak Demi to coś niepowtarzalnego. To ona mnie motywuje, aby być silniejszą. Wiem, że tour jest skończony, ale czuję, że chcę już zaprosić mojego trenera i porozmawiać o tym, co musimy zmienić albo nad czym musimy popracować” — z uśmiechem powiedziała do kamery na mecie finałowego etapu polska kolarka. Piękna wypowiedź, w której jest wszystko: uznanie dla rywalki, skromność i chęć podjęcia dalszej walki. Powinniśmy mieć jeszcze wiele pociechy ze startów naszej kolarki.

O równości w sporcie

Przy okazji Tour de France warto zasygnalizować temat wynagrodzeń w sportach zawodowych kobiet i mężczyzn. Demi Vollering uzyskała za zwycięstwo 50 tys. euro (Polka 25 tys.), a Słoweniec Tadej Pogacar, zwycięzca męskiego wyścigu w tym roku, 500 tys. euro + sporo bonusów. To zaskakujące rozbieżności, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę tendencje równościowe w tym względzie. Przykładowo w tenisie zawodniczki i zawodnicy otrzymują te same wynagrodzenia! Ktoś może podnieść argument długości wyścigu: panowie jadą 21 etapów, panie 9, ale przecież w turniejach tenisowego Wielkiego Szlema panowie grają do trzech wygranych setów a panie do dwóch. Czy kolarki rozpoczną kampanię równościową podobną do tej, jaką z sukcesem zakończyły tenisistki?

Polska i Litwa na europejskim czempionacie

W poniedziałek w angielskim Birmingham rozpoczęły się 20. Mistrzostwa Europy w lekkoatletyce z udziałem reprezentacji Polski i Litwy.

Polska ekipa liczy 74 osoby (41 kobiet i 33 mężczyzn) — tylko w Rzymie w 2024 r. było więcej (96). Odmłodzona, polska reprezentacja liczy na lepszy wynik niż właśnie w Rzymie, gdzie biało-czerwone i biało-czerwoni sięgnęli zaledwie po sześć krążków (po 2 złote, srebrne i brązowe). Zaledwie, bo gdy porównamy to z zawodami z 2022 r. w Monachium (14 medali, 3-6-5) czy Berlinem z 2018 r. (7-4-1) wygląda to blado i nieprzypadkowo mówi się coraz głośniej o pogłębiającym się kryzysie polskiej królowej sportu, jak określa się lekkoatletykę. Czy liczna, ale bardzo odmłodzona ekipa przełamie kryzys?

Eksperci oceniają szanse medalowe polskiej ekipy na 6-8 medali. Największe mają panie: sprinterka Ewa Swoboda, płotkarka Pia Skrzyszowska i mistrzyni Europy z Rzymu na 400 m Natalia Bukowiecka. Po cichu mówi się o medalowych aspiracjach Anity Włodarczyk, ale na razie nadzieje ostudził jej występ w kwalifikacjach. Trzykrotna mistrzyni olimpijska wprawdzie dostała się do 12-osobowego finału, ale z 11. miejsca i ze słabym rezultatem 68,70, co nawet przy najlepszym jej tegorocznym rzucie (75,01 16 lipca w Madrycie) wygląda niepokojąco. Wśród panów najwięcej szans daje się Pawłowi Fajdkowi, pięciokrotnemu mistrzowi świata w rzucie młotem, który wraca do formy (dość szczęśliwie, ale wszedł do finału) i płotkarzom na 110 m: Jakubowi Szymańskiemu i rutynowanemu Damianowi Czykierowi. Może jeszcze któraś ze sztafet, może sprinter Damian Kopeć. Oczywiście, jak zwykle, liczymy na to, co najpiękniejsze w sporcie, czyli niespodzianki.

Reprezentacja Litwy liczy 19 osób (9 mężczyzn i 10 kobiet). Największe szanse na powiększenie dotychczasowego dorobku medalowego (11 krążków, 3-3-5) mają przede wszystkim dyskobole z rekordzistą świata Mykolasem Alekną (75,56) na czele, który wygrał wtorkowe eliminacje (67,74) i będzie faworytem czwartkowego finału, w którym będą mu towarzyszyć rodacy: rutynowany Andrius Gudžius (62,54 i 9. miejsce w kwalifikacjach) oraz brat Martynas (10., 62.29).

Jak na razie litewscy lekkoatleci nie zachwycają: Dovilė Kilty (20. miejsce w kwalifikacjach, 13.56) i Diana Zaiganova (27., 12,67) nie weszły do finału w trójskoku, a Simas Bertašius wprawdzie zajął dopiero 17. miejsce w finale na 5 tys. m (13:36:22), ale przez kilka okrążeń prowadził stawkę, dzięki czemu zaistniał w relacji komentatorów telewizyjnych.

Medalowe otwarcie Swobody i lekkie niedosyty

Już w pierwszym dniu reprezentacja Polski powiększyła swój dorobek medalowy na mistrzostwach Europy w lekkoatletyce (dotychczas: 186 krążków, 59-60-67, szóste miejsce w klasyfikacji wszech czasów). 29-letnia Ewa Swoboda powtórzyła sukces z poprzednich mistrzostw kontynentu w Rzymie i zdobyła srebrny medal z czasem 11:04, ulegając tylko Brytyjce Amy Hunt (11:00). Polka wyszła najszybciej z bloków i do ok. 80. metra prowadziła, ale na ostatnich metrach wyprzedziła ją reprezentantka gospodarzy.

To oczywiście wielki sukces, ale nie tylko zawodniczka, ale i kibice odczuwają lekki niedosyt, podobnie jak w przypadku drugiej lokaty Katarzyny Niewiadomej-Phinney w Tour de France. W przypadku sprinterki możemy mówić o większym niedosycie, bo to przecież najszybsza Europejka na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu, a sprinterki europejskie przegrywają z reprezentantkami wielu krajów pozaeuropejskich, więc liczono, że najszybsza Polka przypieczętuje swój status mistrzostwem kontynentu. W wyścigu dookoła Francji startują wszystkie najlepsze zawodniczki na świecie i drugie miejsce to bezdyskusyjny sukces, ale przecież było tak blisko zwycięstwa! Gratulujemy wspaniałym polskim sportsmenkom i życzymy pokonania niedosytu w następnych startach.

Odrodzenie Igi Świątek?

W nocy z niedzieli na poniedziałek najlepsza polska tenisistka wygrała ćwierćfinałowy pojedynek prestiżowego turnieju w Toronto, zaliczanego do ekskluzywnej grupy „tysięczników” (najważniejsze turnieje po Wielkim Szlemie). Polka, rozstawiona w tym turnieju z numer 7., zagrała świetny mecz i gładko pokonała Rosjankę Dianę Sznajder (15) 6:2, 6:1. To dopiero drugi półfinał Raszynianki w tym roku i, co ciekawe, ponownie zagra w nim z Eleną Switoliną (9) z Ukrainy, ale forma daje nadzieję na trwałe odrodzenie i zwycięstwo z zawsze niewygodną, rutynowaną zawodniczką. Mecz zostanie rozegrany w środę o 22 czasu litewskiego.

Afisze

Więcej od autora