Husarz to rycerz, a nie najemny żołnierz

Radosław Szleszyński: W każdym kraju jest chyba grupa pasjonatów, także takich, którzy szczególnie pielęgnują pamięć o konkretnej epoce. Do takich należy właśnie nasza, całkiem niemała grupa rekonstruktorów XVII w.
| Fot. FB

Wbrew temu, co mówiła komuna w PRL, nie byli to panowie feudalni, którzy tylko przejadali zyski. Szlachcic musiał bronić ojczyzny – zapewnia Radosław Szleszyński, pasjonat historii, uczestnik licznych rekonstrukcji oraz autor albumów o polskiej husarii.


Jest Pan autorem wystawy „Husaria”, zrealizowanej w 2020 r. w ramach obchodów Roku Stanisława Żółkiewskiego, a w tym roku uzupełnionej o materiały na temat Jana Karola Chodkiewicza i bitwy pod Chocimiem, której 400. rocznicę właśnie obchodzimy. Jaką husarię chciał Pan przedstawić odbiorcom?

Wspólnie z dr. Radosławem Sikorą chcieliśmy pokazać husarię z okresu połowy XVII w., a więc największych zwycięstw w polskiej historii, bitew pod Cecorą, Kłuszynem czy Kircholmem. Ja przygotowałem ikonografię, a dr Sikora stworzył opisy. Wystawa składa się z 30 wydruków, których podstawą są wykonane przeze mnie zdjęcia (żeby je zrobić, jeździłem po dużej części Europy, bo oryginały obrazów są bardzo rozproszone) i grafiki pozyskane z różnych instytucji. Naszą prezentację uzupełnia także pokaz uzbrojenia i wyposażenia koni husarskich, co bardzo ożywia i czyni wystawę atrakcyjniejszą dla odbiorców.

Nie jest Pan historykiem, ale historii poświęca Pan bardzo dużą część swojego życia. Skąd tego rodzaju zainteresowanie?

W każdym kraju jest chyba grupa pasjonatów, także takich, którzy szczególnie pielęgnują pamięć o konkretnej epoce. Do takich należy właśnie nasza, całkiem niemała grupa rekonstruktorów XVII w. Fascynujemy się właśnie tą epoką, gdyż po prostu czujemy potrzebę przypominania o tym okresie, który nie był darzony dostateczną uwagą w czasach komunistycznych jako okres władzy feudalnej. My chcemy pokazać, że ten obraz nie jest prawdziwy, że to wielonarodowe państwo, które wspólne tworzyły Polska i Litwa, ma wspaniałe tradycje, także na polach walk. W polskiej kulturze pamiętamy głównie o powstaniach, które zakończyły się klęskami, a my chcemy przypominać o tym, że Rzeczpospolita Obojga Narodów była silnym państwem, które promieniowało swoją kulturą na ościenne państwa i liczyło się na arenie międzynarodowej. Lubimy epokę zwycięstw, barok, sarmatyzm.

Czytaj więcej: Ułani i rekonstrukcja: między mitem a rzeczywistością

Rekonstrukcja historyczna to bardzo droga pasja, zwłaszcza gdy mowa o husarii…

Pieniądze to nie wszystko. Taka pasja jest kosztowna przede wszystkim ze względu na poświęcany czas. Oczywiście, gdy ktoś chce odtwarzać wygląd husarii nie tylko pod względem stroju, ale także np. ujeżdżania konia, to taka pasja zaczyna być kosztowna również pod względem finansowym. Ale niemało na swoje pasje wydają choćby płetwonurkowie czy wędkarze. My rozkładamy nasze wydatki na lata. Kupujemy poszczególne elementy ubioru, uzbrojenia stopniowo. Nie jest to jednorazowy wydatek.

Co taki husarz musiał ze sobą mieć, by stanąć do walki?

To bardzo obszerny temat. Pierwsze, co musimy sobie powiedzieć, to to, że husarz był rycerzem, a nie żołnierzem najemnym. To był człowiek, który posiadał majątek, należał do stanu szlacheckiego i w ramach swojego obowiązku stawiał się do walki. Wbrew temu, co mówiła komuna w PRL, nie byli to panowie feudalni, którzy tylko przejadali zyski. Szlachcic musiał bronić ojczyzny, musiał ze swojego majątku, w zależności od jego wielkości, wystawić jednego czy też dwóch konnych. Musiał zatroszczyć się o ekwipunek dla nich, a w przypadku husarii był on bardzo drogi. Dlatego właśnie w husarii służyli bogatsi. Drobna szlachta, jak opisuje Henryk Sienkiewicz, służyła w lekkiej jeździe, bo nie było ich stać na husarski ekwipunek, gdyż żołd nie pokrywał kosztów pocztu husarskiego. Zaciąg polegał wówczas na wystawieniu listu przypowiedniego dla rotmistrza, który sam dobierał sobie towarzyszy. W czasie wojny taki towarzysz husarski otrzymywał list na zaciąg, gdzie był wyznaczony punkt zborny, i we własnym zakresie musiał zebrać poczet. Chorągiew husarska, którą znamy z obrazów, to sami żołnierze, ale za tym wojskiem szło ogromne zaplecze. Poczet husarski składał się z husarza, dwóch pocztowych, którzy towarzyszyli mu w walce, a także 10–15 chłopów. Poza tym obejmował kilka rumaków bojowych, wozów ciągnących prowiant na kilka miesięcy, broń.

I tu właśnie pojawia się „koń z rzędem”, znany z przysłowia.

Dokładnie. Także dzisiaj jest to określenie czegoś bardzo kosztownego. Koń husarski był specjalnie hodowany, trenowany i bogato oporządzony. Mógł kosztować kilkadziesiąt razy więcej, niż wynosił kwartalny żołd, a towarzysz musiał mieć co najmniej trzy takie konie. Oczywiście kosztowne było także uzbrojenie. Od czasów Stefana Batorego husarz musiał mieć na sobie zbroję. Poza tym uzbrojenie obejmowało kopię, szablę, koncerz, czyli rodzaj długiego, wąskiego miecza do zadawania ran kłutych oraz parę pistoletów przy siodle. Oprócz tego była jeszcze oczywiście broń znajdująca się w taborach.

A husarskie skrzydła i skóry lamparcie?

Wynika to trochę z korzeni husarii, która kształtowała się w czasie walk z Turkami. To właśnie oni używali skór dzikich zwierząt, podobnie jak skrzydeł, które również przyszły ze Wschodu. Chodziło o aspekt psychologiczny, ale też praktyczny. Oczywiście skrzydła, których używała husaria w walce, bardzo różniły się od tych, jakie przechowały się w naszej tradycji. Najbardziej znane wyobrażenia husarii dotyczą okresu późniejszego i przedstawiają husarię pogrzebową z połowy XVIII w., która nie brała udziału w walce. Ten obraz przekazali nasi malarze z okresu romantyzmu, a potem utrwaliła je polska kinematografia. Prawdziwe husarskie skrzydło było pojedyncze i nie przeszkadzało w walce, wręcz przeciwnie, miało swoje znaczenie. Była to drewniana deseczka z piórami drapieżnych ptaków, przymocowana do łęku tylnego siodła po lewej stronie. Innym rozwiązaniem było niskie skrzydło mocowane do zbroi lub zasuszone skrzydła drapieżników. Możemy zobaczyć je na ikonografii, która powstała w okresie wielkich bitew – takie obrazy przedstawiamy na naszej wystawie. Choć husaria była bardzo bogato udekorowanym wojskiem, nie było tam elementów, które nie miały znaczenia. Przy kopiach husarze mieli np. długie na trzy metry, jedwabne proporce, które nazywano kitajkami. Powiewały na wietrze, robiły wrażenie, gdy przeciwnik widział wojsko z pionowo ustawionymi, sześciometrowymi kopiami i proporcami, ale przede wszystkim miały za zadanie płoszyć konie przeciwnika.

Czytaj więcej: Klucze do Wilna dla Napoleona Bonapartego

Husaria była najdroższą formacją wojskową swoich czasów. Zdarzało się, że takie wojny pochłaniały nawet majątki magnackie. Za imponujące zwycięstwo w Inflantach Jan Karol Chodkiewicz musiał zapłacić także z własnych środków.

W XVII w. w wojnach brały udział zarówno wojska królewskie, jak i prywatne – i takie właśnie prywatne wojsko wystawiał Chodkiewicz. Opłacał je ze swojej szkatuły, co wynikało ze świadomości obowiązku wobec ojczyzny. To więc nie tylko przykład genialnego wodza, lecz także pewnego etosu, jaki reprezentował. Ówczesna szlachta głęboko zdawała sobie sprawę z obowiązków, jakie na niej ciążą. Miała też świadomość sytuacji międzynarodowej. Wiedziała, jak jest rządzone państwo Habsburgów, jak sprawowane są rządy w Szwecji czy w Moskwie. Broniła nie tylko ziemi, ale także swojego sposobu życia i wyznawanych wartości. A szlachcic ryzykował wówczas nie tylko swoje pieniądze, lecz także życie. Ten etos później zagubiono, ale tym bardziej warto przypominać o czasach, gdy kształtował on społeczeństwo Rzeczypospolitej.

Na czym polegała tajemnica skuteczności tego wojska?

Przede wszystkim było to wojsko doskonale wyszkolone. Tak jak mówiłem, nie byli to żołnierze, ale rycerze, w których rodzinach tradycje walki były obecne od pokoleń. Była to kultura wojowników, którzy od dziecka byli związani z orężem, z koniem. Posługiwanie się kopią husarską sprawiało ogromny problem wśród wojsk, które próbowały kopiować nasze rozwiązania. A próbowano to robić. Husarię próbowano tworzyć w Moskwie, ale nie udało się to, gdyż była to zbyt wymagająca formacja. Nie bez znaczenia były również aspekty psychologiczne. Husarze walczyli z własnej woli, chłopi czy opłacani żołnierze nie mogli się z nimi równać. Doskonale rozumieli to dowódcy. Czasem zdarzało się, że zupełnie rezygnowano z walki, gdy pojawiała się konieczność stawienia czoła husarii. Warto zauważyć, że husaria nie jest jedynie specyfiką Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Przyszła do nas z Węgier i Serbii, ale to w Polsce i na Litwie najpełniej się rozwinęła. Wynika to z historii Węgier w tym okresie. Węgierskie chorągwie husarskie znajdowały się w wojsku Habsburgów. Pod Byczyną w 1588 r. starli się polscy i węgierscy husarze i polska husaria pokazała wówczas ogromną przewagę. Zwycięstwo było tak wielkie, że do niewoli dostał się także syn cesarski, co było rzadkością.


Wystawa „Husaria” została zaprezentowana podczas VIII Zjazdu Federacji Polskich Mediów na Wschodzie, odbywającego się 21 września w Warszawie. Została ona przygotowana przez Fundację „Pomoc Polakom na Wschodzie” w 2020 r. w związku z realizacją projektu „Powstanie kiedyś z kości naszych mściciel – inicjatywa upamiętniająca 400. rocznicę śmierci hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego, w ramach obchodów Roku Stanisława Żółkiewskiego”, a w tym roku uzupełniona o materiały na temat Jana Karola Chodkiewicza i bitwy pod Chocimiem, w związku z 400. Rocznicą wydarzenia.

Aranżację oraz oprawę graficzną wystawy przygotował Radosław Szleszyński, zaś opisy są autorstwa dr. Radosława Sikory – historyka, publicysty specjalizującego się w historii nowożytnej i dziejach wojskowości.

Na ekspozycję składają się prace fotograficzne udostępnione w formie 29 drukowanych plansz na drewnianych sztalugach. Z bogatej kolekcji ikonografii opowiadającej o husarii i wojsku polskim wybrano te, które pasują do epoki hetmanów Żółkiewskiego i Chodkiewicza oraz wyobrażeń wojska z tego okresu.


Fot. Pipotr Jezierski, Olga Alehno


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 40(115) 02-08/10/2021