O języku bez patosu

Lubię się wymądrzać, uraczyć rodzinę ciekawym faktem przy obiedzie, elokwencją zrobić imponujące wrażenie na imprezie, w dwugłos wyrecytować z mamą kawałek wiersza. Do tego śmieszą mnie przede wszystkim paradoksalne słowne żarty. Każda z tych codziennych, małych przyjemności ma wspólny mianownik – język. Pełni on w moim życiu nie tylko rolę rozrywkową, zawdzięczam mu mnóstwo innych rzeczy.

| Fot. pixabay.com

  „Ja też jestem z Litwy!”

Jako Polce urodzonej na Litwie nieprzewidziany był dla mnie inny scenariusz niż ten, w którym znam (przynajmniej) trzy dodatkowe języki oprócz ojczystego. Uznaję to za swój przywilej. Fascynuje mnie myśl, że do opisania różnych stanów emocjonalnych mam możliwość wykorzystania tak dużego zakresu pojęć. To, czego nie wyrażę w jednym języku (bo takiego słowa po prostu w słowniku nie ma), bez wahania wypowiem w innym, a wśród wilniuków każdy świetnie mnie zrozumie.

W taki nieoczywisty sposób znajomość tych różnych języków (polskiego, rosyjskiego, litewskiego, angielskiego) zaspokaja potrzebę przynależności (trzecia(!) potrzeba w piramidzie Maslowa) do konkretnej społeczności, bo przecież „nikt nie zrozumie Polaka z Wileńszczyzny tak, jak Polak z Wileńszczyzny”. Będąc w Polsce, miałam przyjemność rozmawiać z dziewczyną, która do pewnego momentu nie była świadoma, że jesteśmy z jednego kraju.

– Bo wiesz, my na Litwie mamy tak, że…

– Czekaj, czekaj. Ja też jestem z Litwy!

– Ach, tak? – wyraźnie uradowana, ku mojemu zaskoczeniu nagle zmieniła akcent na bardzo dobrze mi znany. Nasz. Wileński.

„Z roku na rok będzie coraz mniej słów i coraz węższy zakres świadomości”

Mój znajomy, spytany, jakie widzi korzyści w dwujęzyczności, odparł, że „większy wybór kontentu (treści – od aut.) na YouTubie”. Odpowiedź była rzucona pół żartem, pół serio, ale znajomość więcej niż jednego języka rzeczywiście poszerza możliwości poznawcze, nie zamyka nas w obrębie jednego kraju jako źródła wiedzy. Większy zasób słów to szerszy zakres pojęć, lepsze rozumienie świata, bardziej rozwinięta świadomość. To, w jakim stopniu bogactwo językowe ma wpływ na postrzeganie rzeczywistości, uświadomiłam sobie podczas lektury „Rok 1984” G. Orwella. Powieściowe państwo wprowadza nowomowę – zubaża język do tego stopnia, w której nie jest już możliwa „myślozbrodnia”. Obywatel nie podda już niczego w wątpliwość, ponieważ jego słownictwo nie umożliwi mu tego procesu.

Lubię czytać dystopie. Pokazują, z jakich czynników składa się „nowy, wspaniały świat”. Mam wrażenie, że nie doceniamy w tym wszystkim roli języka. Słowa dają sprawczość – są najkorzystniejszym narzędziem, które daje nam możliwość wyrażania sceptycyzmu, sprzeciwu, rozumienia, uwzględniania kilku kierunków myślenia… A to wszystko osobiście odbieram jako niezbędne składniki wolności. Kiedy dzieliłam się tymi przemyśleniami z kolegą, on stwierdził, że zna to z autopsji: „Nad fenomenem hipokryzji zacząłem się zastanawiać dopiero w momencie, kiedy pojęcie hipokryzji poznałem”.

Czytaj więcej: Polacy są doceniani przez Departament Mniejszości Narodowych

A co na to naukowcy?

Naukowe autorytety też mają coś do powiedzenia w sprawie języka. Socjolog Jerzy Szacki (jak i mnóstwo innych antropologów, kulturoznawców, językoznawców) uznaje, że do podstawowych czynników określających ludzką tożsamość należy właśnie język. Jest zarówno sposobem wyrażania zespołowej tożsamości, jak i wyróżnienia się spośród innych wspólnot posługujących się innymi językami (kwestia zaspokojenia potrzeby przynależności). A badania nad dwujęzycznością uwidoczniły szereg zalet bilingwizmu. Wg badaczki E. Bialystok osoby dwujęzyczne umiejętnie spostrzegają te same rzeczy z dwóch różnych punktów widzenia oraz swobodnie „przełączają się” między tymi pojęciami. Z kolei zespół naukowców Davida Marsha zwrócił uwagę na takie zagadnienia, jak: umiejętność rozwiązywania problemów – dzieci dwujęzyczne sprawniej analizują złożone informacje; zdolności metajęzykowe – umiejętniej odczytują prawdziwy cel komunikacji nadawcy ukryty w wypowiedzi „pomiędzy wierszami”; a osoby starsze, dzięki znajomości języków, starzeją się umysłowo od dwóch do czterech lat później. Podsumowując, mózg znacząco zyskuje na nauce języków.

Przyjemność – nie obowiązek

Pisząc o języku, trudno jest nie popaść w pompatyczność. Zwykle temat ten traktowany jest jako podniosły. Być może właśnie to w nim tak odstrasza. Ale da się go oswoić. Ja to robię np. poprzez zastanawianie się, które słowa dla mnie „brzmią fajnie”, które lubię bardziej niż inne (mimoza brzmi świetnie!) albo poprzez wyobrażanie sobie dosłownie związków frazeologicznych (źródło naszego smutku rzeczywiście, dosłownie, leży nam na sercu). Bo kiedy język staje się przyjemnością – nie obowiązkiem, wcale mnie nikt nie musi do niego namawiać. 


Paulina Pieszko