Wilno stało się centrum zagadnień dotyczących Wschodu

Jako Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego robimy bardzo dużo, by dostęp do rozszerzonej i uczciwej informacji o Wschodzie był jak najszerzej dostępny – mówi prof. Jan Malicki, dyrektor Studium, którego przedstawicielstwem jest Stacja Wileńska SEW, współorganizator cyklu wykładów „Kolokwia Warszawsko-Wileńskie”.

prof. Jan Malicki
| Fot. Marian Paluszkiewicz

W styczniu br. ogłosił Pan formalne otwarcie Stacji Wileńskiej Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Dlaczego Wilno i dlaczego teraz?

W sensie prawnym powołałem tę stację w grudniu 2020 r. To dla nas ważna data, bo obchodziliśmy wówczas 30-lecie Studium. Ale w owym roku przypadło też 90-lecie przedwojennego Instytutu Wschodniego w Wilnie (dokładnie: Instytutu Naukowo-Badawczego Europy Wschodniej). Ten instytut ma dla nas ogromne znaczenie, można powiedzieć wręcz, że jest swego rodzaju filarem ideowym. W połowie stycznia 2022 r. ogłosiliśmy oficjalnie powstanie tego wileńskiego przedstawicielstwa Studium w czasie pierwszego spotkania z cyklu „Kolokwia Warszawsko-Wileńskie”. Oczywiście, nie jest to wielkie przedstawicielstwo, z jakąś potężną siedzibą, ale ważna jest dla nas symbolika Wilna. W tej chwili najważniejszym zadaniem Stacji będzie zajmowanie się organizowanymi raz w miesiącu debatami, w ramach kolokwiów, później być może przyjdzie czas na jakieś publikacje. Koordynatorem Stacji będzie doc. dr Andrzej Pukszto, który ze Studium jest związany od wielu lat, poczynając od chwili, gdy został jednym z absolwentów Wschodniej Szkoły Letniej UW.

Wilno jest teraz miastem wyjątkowo ważnym dla Europy Wschodniej i Studium nie tylko ze względu na sentymentalno-historyczne czynniki.

Tak. Wilno stało się teraz centrum zagadnień białoruskich w Europie. To przecież miasto, gdzie urzęduje ambasador Stanów Zjednoczonych (którego nie wpuszczono na Białoruś), wiele czasu spędza tu ambasador francuski (który zaczął urzędowanie na Białorusi, ale odmówił złożenia listów uwierzytelniających na ręce osoby, której cały świat demokratyczny nie uznaje za legalnego prezydenta), a także bardzo często bywa tu ambasador Polski (który z kolei, podobnie jak litewski, został z Białorusi usunięty). Właśnie dlatego przenieśliśmy tu naszą doroczną konferencję poświęconą dziejom Polaków na Białorusi, która wcześniej od wielu lat odbywała się w Grodnie. Myślę jednak, że akurat to jest do przyjęcia, bo czy Grodno, czy Wilno, przecież jest to ta sama historyczna Wileńszczyzna, która w sztuczny sposób została podzielona przez Związek Sowiecki między republiki białoruską i litewską.

Wspomniana przez Pana konferencja związana z 90-leciem powstania Instytutu Wschodniego w Wilnie odbywała się w dawnej siedzibie instytutu, czyli w Bibliotece Wróblewskich. Czy jest szansa, by łączność nowo powstałej Stacji z historią wyrażała się też poprzez jakiegoś rodzaju obecność w tym miejscu?

Mamy nadzieję, że miejsce, gdzie przed wojną pracowały tak wielkie osoby, jak: Stanisław Swianiewicz, Wiktor Sukiennicki, Seweryn Wysłołuch i oczywiście prezes i założyciel Stefan Ehrenkreutz, będzie dla nas w jakiejś nawet małej skali dostępne. A dodam, że w instytucie pracowało także dwóch litewskich badaczy: Franciszek Ancewicz (Pranas Ancevičius), politolog, asystent prof. Sukiennickiego, oraz Kazimierz Łuksza (Kazimieras Lukša), ekonomista, asystent prof. Swianiewicza. Jak już mówiłem, nie myślimy o wielkiej siedzibie i rozbudowanej infrastrukturze, ale bardzo byśmy chcieli pod względem miejsca symbolicznie związać się właśnie z Biblioteką Wróblewskich, nawiązując w ten sposób do wspaniałej historii przedwojennej wileńskiej sowietologii. Jeśli chodzi o większe wydarzenia, bardzo się cieszę ze współpracy z Pałacem Wielkich Książąt Litewskich, gdzie będą odbywać się dyskusje w ramach „Kolokwiów Warszawsko-Wileńskich”.

Czytaj więcej: Rafał Dzięciołowski: „Józef Mackiewicz powinien wrócić do Wilna”

Jakie ma Pan plany wobec Stacji Wileńskiej?

Stacja Wileńska ma za zadanie sprowadzanie do Wilna wielkich postaci intelektualnych nie tylko z Polski, lecz także z całej Europy i Ameryki. Doskonale rozumiem, że w Wilnie już wcześniej gościli znakomici polscy profesorowie i kolejni nie zrobiliby wielkiego wrażenia. Jednakowoż sprowadzenie w ramach kolokwiów osoby takiej rangi, jak prof. Richard Butterwick-Pawlikowski z University College London, co stało się w styczniu, to wielkie wydarzenie, które – mam nadzieję – zostawi ślad w życiu intelektualnym Wilna.

Czy naukowcy na Zachodzie interesują się sprawami Europy Środkowo-Wschodniej? Czy tematyka związana z naszą historią jest popularna?

Nie powiedziałbym, że jest popularna, ale jest obecna. Wskazałbym takie dwa czynniki, które mają na to wpływ. Pierwszy – na niektórych uniwersytetach stale istnieją ważne specjalistyczne seminaria, na których profesorowie kształcą młodych ludzi – i zwykle znajduje się wśród nich ktoś, kto chce się w tej tematyce rozwijać, podejmuje wysiłek, by nauczyć się jednego czy dwóch naszych rzadkich języków, i zostaje specjalistą od naszego regionu. Dotyczy to bardziej Stanów Zjednoczonych niż Europy, ale i w Europie są ciekawe miejsca, jak instytut prof. Roberta Frosta z Uniwersytetu Aberdeen w Wielkiej Brytanii. Jest to możliwe dlatego, że sam Robert Frost jest wybitnym specjalistą od XVI w., od unii lubelskiej, i udało mu się stworzyć zespół ludzi, którzy interesują się dziejami Rzeczypospolitej. Tak jak w czasie styczniowych kolokwiów zauważył prof. Butterwick-Pawlikowski, na Zachodzie być może kończy się epoka jedynie „kopania” I Rzeczypospolitej z powodu roli szlachty, której postępowanie doprowadziło państwo do upadku. Zaczyna się natomiast pewnego rodzaju naukowa moda na mówienie o Rzeczypospolitej jako o państwie, które wyprzedziło inne kraje europejskie w tworzeniu państw wolnościowych, ze społeczeństwem obywatelskim, które ma rozbudowane prawa polityczne itd.

Drugi czynnik, który powoduje zainteresowanie naszym regionem, jest polityczny. W tym wymiarze możemy powiedzieć – choć zabrzmi to zabawnie – że Putin nam pomaga: powoduje zainteresowanie regionem, a równocześnie sam staje się coraz poważniejszym zagrożeniem. Świat Zachodu w większości darzy sympatią tych, którzy bronią się przed agresją, a nie tych, którzy atakują i są agresorami. Wynika z tego – w sensie negatywnym – zainteresowanie rosyjskim imperializmem, a w sensie pozytywnym – sąsiadami Moskwy, którzy są zagrożeni jej agresywną polityką.

Wydaje się, że w pewnym sensie tę sympatię dla słabych i potrzebujących pomocy w ostatnich miesiącach próbował wykorzystać reżim białoruski, wywołując kryzys migracyjny na granicach Polski i Litwy.

Tak. To pewnego rodzaju kwadratura koła, bo przeciwnik umiejętnie wykorzystuje naturalną chęć człowieka do zrobienia czegoś przyzwoitego, do zachowania się godnie i przyzwoicie, do udzielenia pomocy. Najpierw ułatwiono przyjazd biednym ludziom, którzy ze zrozumiałych przyczyn chcą lepszego życia; potem rzucono ich na granicę; a w końcu epatowano zdjęciami dzieci, by poruszyć sumienia ludzi. W Polsce spowodowało to niemały rozgardiasz polityczno-moralny, ale wydaje mi się jednak, że Łukaszenka, a w szerszym wymiarze Kreml, nie osiągnęli zamierzonego rezultatu, czyli generalnego kryzysu i zachwiania wiary w państwo i działanie struktur samego państwa. To bez wątpienia była bardzo niebezpieczna sytuacja, bo w takich momentach uruchamiana jest zwykle agentura tajna, a także – nie chciałbym nikogo obrazić, ale to jest znany powszechnie termin z historii sowietologii – nie brakuje tzw. szlachetnych idiotów. Niestety, tacy subiektywnie szlachetni ludzie (niezależnie od tego, jak szlachetni oraz jak bardzo w swoich dziedzinach kompetentni) w takich sytuacjach zupełnie nie rozumieją sytuacji, nie są w stanie przyjąć, że jest to cyniczna gra naszych przeciwników, a jej celem nie jest humanitarna pomoc dla biednych ludzi, lecz niszczenie i osłabianie Polski i Litwy za pomoc udzielaną białoruskiej opozycji.

Drugim ważnym celem było doprowadzenie do podjęcia przez przedstawicieli Unii Europejskiej rozmów z Łukaszenką. To było superważne, ponieważ takie podjęcie pertraktacji oznaczałoby uznanie go za legalnego prezydenta. Możemy się cieszyć, że ostatecznie to się nie udało, jednak warto zauważyć, że w tym samym czasie podobny cel osiągnął Putin, który zmusił Zachód do rozmów ze sobą, znowu – jako głową światowego mocarstwa, choć już nim faktycznie nie jest. Stany Zjednoczone, prawdziwe supermocarstwo, zostały zmuszone do rozmów z dyktatorem na równych zasadach w sprawie urządzania tego kawałka świata. Mam wielką nadzieję, że między Rooseveltem a Bidenem (pomimo całej krytyki, jaka często słusznie na tego ostatniego spada) jest na tyle wielka różnica, że nie ma już mowy o strefach wpływów czy podejmowaniu decyzji o losach państw za ich plecami.

Czytaj więcej: Wilno stało się kolebką polskiego romantyzmu

Kryzys migracyjny czy wydarzenia wokół Ukrainy to także wielki sprawdzian dla Unii Europejskiej. Czy jest szansa, że wyzwania, z jakimi dzisiaj Europa musi się zmierzyć, wpłyną na większą skuteczność unijnych instytucji?

Niestety, nie będzie to łatwe. Wynika to ze struktury Unii Europejskiej i sprzecznych interesów wewnątrz Unii. Unia nie może działać szybko czy sprawnie, bo składa się z 27 różnych państw. A ponadto na tym polegają równocześnie zalety i wady systemu demokracji. Tak działa ten system, Putin doskonale to wie i to wykorzystywał, wykorzystuje i będzie wykorzystywał.

Chyba od dawna polityka zagraniczna nie dotykała aż tak bardzo zwykłych obywateli jak obecnie. Zderzamy się z jej skutkami, płacąc rachunki, robiąc zakupy, dotyka nas także w wymiarze moralnym, o czym mówiliśmy już w kontekście kryzysu migracyjnego. Czy jest szansa, by społeczeństwo było dostatecznie poinformowane, tak by ja najmniej było wspomnianych „szlachetnych idiotów”?

W tym wymiarze jestem pesymistą. Jako Studium Europy Wschodniej UW robimy bardzo dużo, by dostęp do rozszerzonej i uczciwej informacji o Wschodzie był jak najszerzej dostępny. Prowadzimy badania, robimy raporty naszej Grupy Analitycznej „Białoruś w regionie”, udostępniamy je bezpłatnie na naszej stronie, tłumaczymy na angielski i publikujemy. Ale więcej nie możemy zrobić. Wiele zależy od zainteresowania mediów, one mogą wpłynąć na większe upowszechnienie naszych publikacji i wielu innych publikacji, z innych ośrodków. Ale mam świadomość, że to wymaga od odbiorców czasu i wysiłku, a niewiele osób dzisiaj na to stać.

Jak – wobec wyzwań, o których rozmawiamy – można ocenić kondycję współczesnej demokracji? Czy wytrzyma ona konfrontacje z coraz bardziej widocznymi tendencjami autorytarnymi czy wręcz totalitarnymi?

Patrząc w przyszłość, warto korzystać z doświadczeń przeszłości. Przykład wielu stuleci działania demokracji brytyjskiej czy amerykańskiej pokazuje, że demokracja się broni, jest w stanie przetrwać największe kryzysy. Niepokoić może natomiast doświadczenie ostatnich lat, które pokazuje, że niemal cały świat arabski demokrację zdecydowanie odrzucił. Czy jednak wynika to z braków demokracji? Może raczej jest to skutek pewnych amerykańskich błędów, próby narzucania siłą rozwiązań demokratycznych typu amerykańskiego, bez uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Patrząc dziś na cały świat, trzeba uczciwie skonstatować, że liberalna demokracja jest w odwrocie. Trzyma się dobrze w swoich historycznych ostępach, Europie i Ameryce, ale znacznie trudniej radzi sobie w obszarach, gdzie demokratyczne tradycje nie mają oparcia w historii narodowej.

Ale mamy też pozytywne sygnały. Polska i Litwa obroniły się przed sztucznie wywołanym kryzysem migracyjnym. To z cała pewnością nie jest koniec tej próby, ale nie udało się wywołać niekontrolowanego wewnętrznego kryzysu w naszych państwach. Ja osobiście nie jestem zwolennikiem stawiania murów, zwłaszcza muru oddzielającego Białoruś od Polski, podobnie od Litwy czy ogólnie od naszego regionu – jeśli już taki mur ma być, to wolałbym, by był budowany na Berezynie, a Białoruś znalazłaby się w strefie europejskiej. Rozumiem jednak, że w tej konkretnej sytuacji nie było innego wyjścia.

Na koniec warto powiedzieć też coś pozytywnego o działaniu Unii Europejskiej – pamiętajmy, że w dużej mierze to właśnie dzięki reakcji Unii udało się zatrzymać potok emigrantów na Białoruś, a potem na nasze granice.

Mówiąc o ścieraniu się demokracji z autorytaryzmem, nie możemy nie zauważyć też determinacji samych Białorusinów, którzy chcą odzyskać swoją ojczyznę z rąk osoby uważanej przez cały świat demokracji za uzurpatora i wprowadzić tam demokratyczne rządy. Jestem pewny, że w końcu ją odzyskają.

Czytaj więcej: Piotr Jezierski: Próbowałem wczuć się w Wilno


Najbliższe spotkanie z cyklu „Kolokwia Warszawsko-Wileńskie” odbędzie się w Pałacu Wielkich Książąt Litewskich 15 lutego o godz. 17. Wykład „Nie do zwyciężenia! Zarys literatury polskiej” wygłosi prof. Brigitte Gautier (Uniwersytet w Lille). Na wydarzenie obowiązuje rejestracja – informacje na stronie Pałacu Wielkich Książąt Litewskich.
W kolejnych miesiącach, w ramach cyklu spotkań organizowanych przez Stację Wileńską Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, Wilno odwiedzą m.in.: John Micgiel (Columbia University/Studium Europy Wschodniej UW) z wykładem „Dyplomatyczna rozgrywka między Putinem a Bidenem” oraz Mykoła Riabczuk (Instytut Studiów Politycznych i Etnicznych NANU, Kijów) z wykładem „Europa Wschodnia 30 lat po komunizmie: rozbieżne trajektorie”.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 6(18) 12-18/02/2022