Polacy z mołdawskiej Glodeni

Miasto Glodeni położone jest w północno-zachodniej części Mołdawii, w odległości ok. 170 km od stolicy Kiszyniowa. Glodeni jest miastem rejonowym, w skład którego wchodzi 19 gmin z 35 wioskami. Jedną z nich jest Styrcza z dużym odsetkiem osób polskiego pochodzenia. Jest to jedno z największych skupisk Polonii w Mołdawii.

Czytaj również...

Glodeni to rejon rolniczy, a największym jego bogactwem są czarnoziemy. W roku 2017, w ramach projektu „Routes to the Roots” (Droga do korzeni), opracowano nową trasę turystyczną „Śladami Polaków w Mołdawii”, która zaznajomi turystów z zabytkami związanymi z Polską, historią Polaków w Besarabii oraz z życiem współczesnym polskich wspólnot.

Zajęcia z młodzieżą w Centrum Kultury
| Fot. Leszek Wątróbski

„Styrczańskie Dzwoneczki”

Do Glodeni zawiózł mnie Stanisław Gurski, obecny kustosz Muzeum Historyczno-Etnograficznego wsi Styrcza, którego matka Lilia Górska (to samo nazwisko, ale pisane raz przez „u” raz przez „ó”) jest przewodniczącą polonijnego Stowarzyszenia „Styrczańskie Dzwoneczki” w Glodeni i szefową zespołu o tej samej nazwie.

— Pierwszy występ „Styrczańskich Dzwoneczków” — opowiada mi pani przewodnicząca — miał miejsce w roku 2000 w czasie spotkania „Polskiej Wiosny w Mołdawii”. Organizowaliśmy ją w moim prywatnym domu. Były cztery pary. Dziś jest ich już dwadzieścia, w wieku od 5 do 20 lat. Tańczymy: Poloneza, Mazura, Oberka i Trojaka. Mamy też w naszym repertuarze tańce żywieckie, kujawskie, krakowskie i mołdawskie. Mamy trochę różnych strojów, trochę nam ich brakuje. Chusty były naszymi pierwszymi strojami. Sami też szyliśmy swoje pierwsze stroje. Cztery lata temu napisaliśmy projekt i dostaliśmy maszyny do szycia. Pierwsze nasze stroje robiliśmy ze zdjęć. Mamy natomiast zawsze problem z butami. W tutejszym domu kultury prowadzimy polską klasę, w której po polsku, dzieci uczą się polskich tańców i piosenek. Dzięki bogu mamy teraz swojego nauczyciela z Polski — Sławomira Olszewskiego z Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą (ORPE). Robimy tu różne imprezy. Obchodzimy polskie tradycyjne święta, takie jak np. Dzień Niepodległości oraz kościelne — np. Boże Narodzenie i Wielkanoc. Urządzamy również dzień babci i dziadka. Staramy się podtrzymywać wszystkie zwyczaje i tradycje polskie.

Jak dodaje Lilia Górska, w Glodeni najwięcej jest małżeństw mieszanych: polsko-mołdawskich i polsko-ukraińskich. Zauważa, że małżeństw czysto polskich jest niewiele.

— Są też ludzie, którzy mają polskie korzenie sięgające kilku pokoleń wstecz, choć nie mają udokumentowanej polskości w swoich paszportach. Ich dokumenty świadczące o polskim pochodzeniu zostały w dawnych miejscach zamieszkania: Kamieńcu Podolskim czy Chocimiu, skąd większość naszych rodaków się wywodzi. Tamtejsze archiwa zostały przetrzebione m.in. przez uciekających Niemców. Zachowała się natomiast świadomość i wiedza, że ich dziadkowie Polacy przybyli tu z wspomnianych miejscowości w Ukrainie. Na zajęcia przychodzą też dzieci, którym podoba się polska kultura i polski język. Występujemy tu, w Mołdawii, w festiwalach mniejszości narodowych, ale nie tylko. Byliśmy też w Polsce. W naszej sali znajdują się medale i dyplomy, które przywieźliśmy z tych występów. W tym roku mieliśmy dużo koncertów w Mołdawii — mówi pani przewodnicząca.

Styrczańskie Dzwoneczki (Glodeni)
| Fot. Leszek Wątróbski

 „Tu jest wielokulturowość”

Pan Sławomir Olszewskibył moim kolejnym rozmówcą.Prowadzi tam zajęcia w tygodniu: dwa razy z dorosłymi i trzy razy z 46 dziećmi i dwa razy w pobliskiej Styrczy.

— W Glodeni uczę już drugi rok — opowiada. — Pochodzę z Podlasia. W Polsce uczyłem historii. Byłem też dwukrotnie dyrektorem szkoły. Przeszedłem na wcześniejszą emeryturę. I wtedy zgłosiłem się do ORPEGu i zacząłem wyjeżdżać na Wschód. Zacząłem od Białorusi, gdzie uczyłem w Grodnie i Lidzie — w Związku Polaków u Andżeliki Borys. Tutejsze dzieci, w porównaniu do tych na Białorusi,są bardziej podobne do polskich, są bardziej rozbisurmanione. Na Białorusi były bardziej zdyscyplinowane. Potem uczyłem w Ukrainie w okolicach Czerniowiec. Wyjechałem stamtąd, kiedy zaczęła się wojna. Tu mieszkają Mołdawianie, Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie, Turcy, Bułgarzy i oczywiście Polacy. Tu jest wielokulturowość. Ludzie są tu bardzo otwarci i serdeczni. Podam przykład. Jeśli nie będzie miał pan, gdzie przenocować, to ktoś z ulicy pana zaprosi. Podobnie wyglądało to na Białorusi. Prowadzę zajęcia w tutejszym domu kultury. Tu także wszyscy są sobie bardzo życzliwi.

Sławomir Olszewski pochodzi z Podlasia, gdzie praktycznie spotykamy się z wielokulturowością na co dzień.

— U nas w prawie całej Polsce przeważa jednak jedna kultura i jedna religia. Tak było przynajmniej w łomżyńskim, skąd pochodzę, gdzie dominowało wyznanie rzymsko-katolickie i język polski. Uważam, że to był model trochę zubożały, niepasujący zupełnie do Mołdawii. Tak samo było z językiem. Znałem tylko jeden język. Na Podlasiu już tego nie ma. Tam przecież, obok katolików, żyją też prawosławni czy muzułmanie. A obok Polaków także Białorusini, Litwini, Tatarzy oraz inni. Tak jest np. w Białymstoku. Ważna jest dla mnie, jako nauczyciela z kraju, aby Polska nadal wspierała naszą mniejszość narodową w Mołdawii i jej pomagała. A dla tutejszej Polonii, aby częściej odwiedzała ojczysty kraj swych rodziców i dziadków. I uczyła się ich języka ojczystego. Ważna jest również pomoc materialna, bo Mołdawia jest krajem małym i będącym na dorobku. Są wprawdzie organizowane wakacyjne wyjazdy do Polski. Ale kogo z tutejszych rodaków stać na zapłacenie 200 euro, przy miesięcznych podobnych albo jeszcze mniejszych zarobkach? Prawdą jest, że cały pobyt w Polsce jest opłacony i dzieci nie muszą za nic dodatkowo płacić. Te 200 euro to cena dojazdu do granicy Polski i powrotu z niej do domu w Mołdawii. Kwota ta jest dla wielu barierą nie do pokonania. A kiedy rodzina ma dwoje dzieci? Nie to, że oni nie chcą, ale oni naprawdę nie mogą. Emerytura wynosi tu często mniej niż 100 euro — reasumuje mój rozmówca.

Czytaj więcej: O wieloletniej działalności Stowarzyszenia Kultury Polskiej „Dom Polski” w Bielcach

Rozmawiał Leszek Wątróbski

Afisze

Więcej od autora

Reportaż z regionu Chewi, spod góry Kazbek, niedaleko Stepancmindy: Strażnik Kazbeku

W Gruzji mówi się, że Bóg, rozdzielając ziemię między narody, zostawił sobie najpiękniejszy skrawek – ten u stóp Kaukazu. Kiedy jednak Gruzini spóźnili się na podział, bo biesiadowali, wznosząc toasty na Jego cześć, Pan tak się wzruszył ich szczerością, że oddał im to, co zachował dla siebie. Patrząc na sylwetkę klasztoru Cminda Sameba, zawieszoną między ziemią a niebem, trudno nie odnieść wrażenia, że ta legenda ma w sobie ziarno prawdy.

Polsko-litewskie spotkanie młodzieży z Myśliborza i Oran

W dniach 25-31 maja 2026 r. w Myśliborzu realizowany był polsko-litewski projekt młodzieżowy „O dwóch takich, co mieli marzenie — polsko-litewski dialog na skrzydłach historii”. W przedsięwzięciu uczestniczyło 24 młodych ludzi wraz z opiekunami. Byli to uczniowie z Zespołu Szkół i Placówek Oświatowych im. Steponasa Dariusa i Stasysa Girenasa w Myśliborzu oraz młodzież z Gimnazjum w Oranach na Litwie. Projekt został dofinansowany przez Polsko-Litewski Fundusz Wymiany Młodzieży.