Koniec ery strachu i dyktatu urzędnika

Ostateczny wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego Litwy (LVAT), który uznał litewsko-polskie tablice dekoracyjne w Orzełówce i Bieliszkach za całkowicie legalne, to nie tylko porażka Państwowej Inspekcji Językowej. To przede wszystkim symboliczny koniec ery, w której urzędnicy państwowi próbowali dekretami i karami wymazywać wielokulturową historię regionu.

Czytaj również...

Przez lata nad Samorządami Rejonów Solecznickiego i Wileńskiego wisiało widmo kar i nakazów demontażu tablic informacyjnych w języku polskim. Szef Państwowej Inspekcji Językowej (VKI) Audrius Valotka traktował walkę z językiem mniejszości narodowej jak osobistą krucjatę, posuwając się w mediach do skandalicznych i obraźliwych porównań.

Przez lata Państwowa Inspekcja Językowa z uporem godnym lepszej sprawy ścigała lokalne władze za to, że na prywatnej i samorządowej ziemi pojawiły się estetyczne litewsko-polskie tablice informacyjne. Sąd wydał wyrok jednoznaczny i niepodlegający zaskarżeniu: te napisy to dekoracja i element lokalnej tożsamości, a nie zamach na język państwowy. Społeczność polska wygrała batalię o godność i prawo do pamięci.

Ta sądowa batalia obnażyła jednak coś znacznie głębszego – urzędnicze zacietrzewienie i mentalność, które dawno powinny odejść do lamusa.

Urzędniczy szowinizm

Na czele tej „językowej inkwizycji” od lat stoi Audrius Valotka. Szef instytucji, która z założenia powinna dbać o kulturę języka litewskiego, wielokrotnie udowadniał, że bliżej mu do politycznego radykała niż do merytorycznego urzędnika. Polacy z Wileńszczyzny doskonale pamiętają jego skandaliczne wypowiedzi, w których porównywał podwileńskie wioski do „strefy okupacyjnej” w Donbasie.

Wybitni litewscy intelektualiści i historycy, patrząc na te działania, nie szczędzili ostrych słów, wprost zarzucając szefowi inspekcji tępogłowe, anachroniczne podejście do historii i współczesności.

Valotka przegrał w sądzie, a koszty jego prywatnych ideologicznych wojen po raz kolejny poniosą litewscy podatnicy. Warto głośno mówić o liczbach. Absurdalny upór szefa VKI, który ścigał samorządy za tablice informacyjne w Solecznikach oraz dekoracyjne napisy w Bieliszkach i Orzełówce, zakończył się dla jego instytucji totalną klęską. Sąd najwyższej instancji nie tylko uznał nakazy Valotki za bezprawne, ale nakazał inspekcji zwrot ponad 12 tys. euro samych kosztów procesowych na rzecz Samorządu Rejonu Wileńskiego.

Zamiast konstruktywnej pracy zmarnowano setki godzin pracy sędziów i urzędników. W maju 2025 r. Valotka – ku oburzeniu organizacji praw człowieka – utrzymał się na stanowisku. Już wiosną 2026 r. zbierał kolejne upomnienia dyscyplinarne z Ministerstwa Kultury, ale nadal pozostaje na stanowisku. Skoro urzędnik państwowy systematycznie wykazuje się ignorancją wobec prawa, które sam ma obowiązek znać i interpretować, naturalnie rodzi się pytanie: czy to nie najwyższy czas, aby spakował manatki?

Ponadpartyjna odwaga Duchniewicza

W tym całym sporze na szczególne uznanie zasługuje postawa mera rejonu wileńskiego Roberta Duchniewicza. Jako polityk wywodzący się z litewskiej partii socjaldemokratycznej (LDSP), a nie z partii stricte mniejszościowej, udowodnił, że przynależność partyjna nie musi być barierą w obronie własnych mieszkańców.

Duchniewicz nie przestraszył się nacisków z różnych stron. Pokazał, że można być lojalnym obywatelem Litwy, a jednocześnie dumnym reprezentantem swojej lokalnej, w dużej mierze polskiej społeczności. Mer podał przykład, jak powinien zachowywać się nowoczesny europejski samorządowiec, dla którego dobro mieszkańców i prawda historyczna stoją wyżej niż biurokratyczne fobie urzędników ze stolicy.

wyrok-2026-09-12-2-PORTAL
W całym sporze na szczególne uznanie zasługuje postawa mera rejonu wileńskiego Roberta Duchniewicza | Fot. Marian Paluszkiewicz

Architekci sukcesu

Podczas gdy temat dwujęzycznych tablic od dekad służył politykom obu stron do budowania kapitału wyborczego i wywoływania jałowych wojen ideologicznych, ostateczny przełom przyniósł nie polityczny kompromis, lecz czysto bezstronny profesjonalizm prawniczy. Kluczem do sukcesu okazała się strategia procesowa przygotowana przez ekspertów z renomowanej kancelarii adwokackiej COBALT, którzy do niezwykle emocjonalnego sporu podeszli w sposób chłodny, merytoryczny i stricte profesjonalny.

Za tym historycznym rozstrzygnięciem stoi zespół wybitnych litewskich prawników:

• Prof. dr Rimantas Simaitis, partner w kancelarii COBALT i szef grupy ds. rozwiązywania sporów. Jako uznany autorytet prawny i wykładowca uniwersytecki wniósł do sprawy najwyższy poziom rygoru akademickiego i procesowego, odzierając spór z politycznych emocji na rzecz twardej wykładni prawa.
• Dr Milda Markevičiutė, partnerka stowarzyszona w COBALT, ekspertka w zakresie sporów konstytucyjnych i administracyjnych. To ona była kluczowym architektem linii obrony, która skutecznie połączyła litewskie prawo administracyjne z unijnymi zasadami niedyskryminacji i swobody przepływu osób.
• Martynas Dovydauskis, prawnik, który zapewnił precyzyjne i tytaniczne wsparcie analityczne na każdym etapie batalii przed Naczelnym Sądem Administracyjnym Litwy (LVAT).

Prawnicy z COBALT zrobili to, czego politycy (a i dyplomaci) nie potrafili dokonać przez ponad 30 lat wolnej Litwy. Zamiast podważać tezę, że zaistniała dyskryminacja lub rzekome zagrożenie dla języka państwowego, wybitni prawnicy spojrzeli na litewskie i europejskie prawo w sposób nowoczesny. Udowodnili, że szacunek do języka ojczystego mniejszości narodowych w żadnym stopniu nie zagraża pozycji języka litewskiego.

To dzięki ich bezstronnemu i wysoce kompetentnemu podejściu litewskie sądownictwo mogło wydać wyrok na miarę XXI w. chroniący prawa obywatelskie i tożsamość regionalną bez naruszania fundamentów państwa.

Jak legalnie ratować historyczne nazwy?

Wygrane batalie prawne samorządów dały mieszkańcom Wileńszczyzny potężny oręż. Sąd Najwyższy precyzyjnie określił warunki, w jakich dwujęzyczne tablice są w pełni legalne. Jeśli lokalne społeczności chcą oznaczyć historyczne nazwy swoich miejscowości lub obiektów, muszą kierować się trzema prostymi, dozwolonymi przez Sąd prawidłami:

• Zasada hierarchii – język litewski zawsze na pierwszym miejscu, napisy w języku polskim nie mogą dominować. Tekst w języku państwowym (litewskim) musi znajdować się na górze. Wersja polska powinna być umieszczona bezpośrednio pod nim.
• Zasada proporcjonalności graficznej – czcionka, wielkość oraz szczegółowość napisów w języku polskim nie mogą być większe ani bardziej krzykliwe niż wersja litewska. Obie wersje powinny być równe lub polska delikatnie mniejsza, przy zachowaniu estetycznej harmonii.
• Funkcja informacyjno-dekoracyjna, a nie drogowa – to kluczowy argument, który pogrążył Państwową Inspekcję Językową. Tablice nie mogą imitować oficjalnych, technicznych znaków drogowych (regulowanych przez Kodeks drogowy). Powinny mieć charakter tablic informacyjnych, turystycznych, pamiątkowych lub dekoracyjnych. Mogą witać gości, wskazywać drogę do obiektów kultury etc.

Czy mieszkańcy Wileńszczyzny zechcą oznaczyć swoje małe ojczyzny, by ocalić od zapomnienia historyczne nazwy? Jak potoczą się w tym kierunku sprawy, czas pokaże. Nie budzi wątpliwości, że jest to potrzebne, bowiem historyczne nazwy niewątpliwie są cząstką dziedzictwa kulturowego nie tylko tych terenów, lecz także całej Litwy. Rzeczą oczywistą oraz sprawą honoru władz lokalnych samorządów (zarówno obecnych, jak też wkrótce nowo wybranych) jest okazanie pomocy mieszkańcom w tak ważnej sprawie.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 36 (104) 12-18/09/2026

Afisze

Więcej od autora

Balcewicz o „Kurierze”: Nie mamy czego się wstydzić ani czego żałować

Tymczasem demony „antypaństwowości” oraz „antylitewskości” gazety dręczą niektórych do dziś. Dosłownie przed miesiącem, 3 czerwca, na konferencji naukowej poświęconej 35. rocznicy powstania Litewskiego Ruchu na rzecz Przebudowy, Sąjūdisu, Irena...