Od Atlantyku do Pszczelnika. Historyczny lot, który trwa do dziś

Mieli przed sobą Atlantyk, tysiące kilometrów i jedno marzenie — dolecieć z Nowego Jorku do Kowna. Wiedzieli, że podejmują ogromne ryzyko. Nie wiedzieli tylko, że ich podróż zakończy się kilkaset kilometrów przed celem, w lesie pod Pszczelnikiem. Dziewięćdziesiąt trzy lata później ich lot wciąż trwa. Tym razem z Pszczelnika na ekran.

Czytaj również...

Las jest cichy

W Pszczelniku trudno dziś wyobrazić sobie noc z 16 na 17 lipca 1933 r. Nie ma już tamtego samolotu, tamtego huku, dymu i ognia. Nie ma dwóch pilotów, którzy przez ponad 37 godzin lecieli nad oceanem i Europą, coraz bliżej swojej ojczyzny. Został pomnik. Została pamięć. Została historia, która dla jednych jest opowieścią o największym litewskim wyczynie lotniczym, dla innych — tragiczną zagadką, a dla jeszcze innych — niezwykłym mostem między Litwą, Polską i Stanami Zjednoczonymi.

Teraz do Pszczelnika wracają także filmowcy. Powstaje pełnometrażowy dokument o dwóch litewskich lotnikach, Steponasie Dariusie i Stasysie Girėnasie. Roboczy tytuł filmu brzmi „Lituanica”. Ma to być nie tylko opowieść o słynnym locie. Twórcy chcą ponownie przyjrzeć się jego przebiegowi, ostatnim godzinom i tajemnicy katastrofy. Wykorzystają archiwalne fotografie i filmy, współczesne zdjęcia, rekonstrukcje fabularne oraz CGI i animację 3D. Chcą sprawić, aby widz jeszcze raz zobaczył „Lituanicę” w powietrzu.

Marzenie dwóch emigrantów

Zanim jednak pojawił się film, była Ameryka. Steponas Darius i Stasys Girėnas byli Litwinami, ale dużą część swojego życia związali ze Stanami Zjednoczonymi. Obaj należeli do pokolenia emigrantów, dla których Ameryka była miejscem pracy, życiowych szans i nowych początków.

Darius urodził się w 1896 r. Jako młody człowiek wyjechał z rodziną do USA. W czasie I wojny światowej jako ochotnik służył w armii amerykańskiej i walczył we Francji. Potem wrócił na Litwę, gdzie wstąpił do wojska, uczestniczył w walkach o niepodległość i został kapitanem lotnictwa. Nie był jednak człowiekiem, którego można zamknąć w jednym zawodzie. Interesował się sportem, grał w piłkę nożną, przyczyniał się do rozwoju koszykówki i baseballu na Litwie, uprawiał łyżwiarstwo szybkie. Był człowiekiem energicznym, pełnym pomysłów i przekonania, że granice są przede wszystkim po to, aby je przekraczać. To on stał się duchem transatlantyckiej wyprawy.

Girėnas był inny. Bardziej techniczny, dokładny, opanowany. Pochodził z wielodzietnej rodziny. Po wczesnym osieroceniu wyjechał do USA. Podczas I wojny światowej pracował jako mechanik w jednostce lotniczej. Lotnictwo pozostało jego pasją. Zdobył licencję pilota komercyjnego, zajmował się transportem lotniczym i szkolił młodych lotników. Zasłynął niezwykłą precyzją. Był człowiekiem, który ufał nie tylko odwadze, ale także technice.

W „Lituanice” obaj znaleźli swoje miejsce. Darius — jako pomysłodawca i człowiek napędzający przedsięwzięcie. Girėnas — jako pilot, mechanik i specjalista od technicznej strony wyprawy.

„Lot ku legendzie” | Fot. z czołówki filmu

Samolot, który miał pokonać ocean

Ich samolot nosił nazwę „Lituanica”. Była to jednosilnikowa Bellanca CH-300 Pacemaker. Nie wyglądała jak maszyna stworzona do przechodzenia do historii. A jednak właśnie ona miała stać się symbolem litewskiej odwagi. Plan był prosty tylko na papierze. Nowy Jork. Atlantyk. Europa. Kowno. Bez międzylądowania.

W nocy z 16 na 17 lipca 1933 r. rozpoczęli swój lot z lotniska Floyd Bennett Field w Nowym Jorku. Przed nimi było ponad sześć tysięcy kilometrów drogi. Za nimi — Ameryka, w której żyli, pracowali i gdzie narodziło się ich marzenie. Lecieli długo. Godzina za godziną. Dzień przeszedł w noc, noc w kolejny dzień. Za oknami samolotu przesuwał się Atlantyk. W środku dwóch ludzi i maszyna, od której zależało wszystko. Po 37 godzinach i 11 minutach mieli za sobą ogromną część trasy.

Do Kowna pozostało około 650 km. Wydawało się, że są już niemal u celu. I wtedy „Lituanica” zniknęła z nieba.

Rozbiła się w lesie pod Pszczelnikiem, na terenie dzisiejszego województwa zachodniopomorskiego. Darius i Girėnas zginęli. Do Kowna było tak blisko. Ta odległość — ok. 650 km — przez wszystkie następne dziesięciolecia będzie działała na wyobraźnię. Bo ich lot zakończył się nie na oceanie, nie podczas startu, nie tysiące kilometrów od celu. Zakończył się niemal u kresu drogi. Katastrofa natychmiast stała się tragedią narodową Litwy.

Ale z czasem pojawiło się również pytanie: co właściwie wydarzyło się w ostatnich minutach lotu? I to pytanie wciąż nie daje spokoju. Tajemnica ostatnich minut. Wokół katastrofy narosło wiele hipotez. Jedne wskazywały na trudne warunki atmosferyczne. Inne na zmęczenie pilotów, problemy techniczne czy możliwość błędu w czasie lotu. Pojawiały się również teorie o ostrzelaniu samolotu. Historia „Lituaniki” zaczęła więc żyć własnym życiem. Legenda mieszała się z dokumentami, pamięć z domysłami, a emocje z próbami technicznego wyjaśnienia katastrofy.

Twórcy nowego filmu nie chcą jednak poprzestać na kolejnej opowieści o bohaterach. Chcą zajrzeć do środka samolotu. Właśnie temu mają służyć nowoczesne technologie. CGI i animacja 3D pozwolą odtworzyć trasę lotu, pracę maszyny, działanie urządzeń pokładowych oraz możliwe scenariusze ostatnich chwil „Lituaniki”. To ważna zmiana perspektywy. Widz nie będzie musiał jedynie uwierzyć w jedną z hipotez. Będzie mógł zobaczyć rekonstrukcję wydarzeń i samemu prześledzić drogę, którą pokonywali dwaj piloci. Pszczelnik pamięta.

93. rocznica katastrofy w Pszczelniku, plakat | Fot FB PZK

Od katastrofy minęły 93 lata

A jednak w Pszczelniku pamięć nie zniknęła. Każdego roku przy pomniku spotykają się przedstawiciele Polski i Litwy, dyplomaci, samorządowcy, mieszkańcy i osoby, dla których historia dwóch pilotów stała się częścią własnej biografii. Są kwiaty, wieńce, znicze, przemówienia, modlitwa i chwila ciszy. Wtedy odległość między Nowym Jorkiem a Pszczelnikiem przestaje mieć znaczenie. Bo „Lituanica” stała się czymś więcej niż samolotem. Stała się symbolem. Dla Litwinów — symbolem odwagi, niepodległości i marzenia o miejscu swojego kraju w świecie. Dla Polski — częścią historii miejsca, w którym zakończyło się życie dwóch litewskich bohaterów. Dla Polaków i Litwinów — jednym z najbardziej niezwykłych punktów wspólnej pamięci. Film rodzi się z pamięci. Pomysł na film nie pojawił się przypadkiem.

Producent Robert Lewandowski zainteresował się historią Dariusa i Girėnasa po wizycie na Pojezierzu Myśliborskim. Opowieść o lotnikach usłyszał w Muzeum Pojezierza Myśliborskiego. Historia na tyle go zainteresowała, że postanowił zrobić z niej film. Tak rozpoczęła się kolejna podróż „Lituaniki”. Tym razem nie samolotem. Zaczęły się rozmowy, poszukiwania dokumentów i kontakty z ludźmi, którzy przez lata zajmowali się pamięcią o litewskich pilotach. Jedną z ważnych postaci stał się Wiesław Wierzchoś, konsul honorowy Republiki Litewskiej w Szczecinie. Jego zaangażowanie pomogło otworzyć drogę do kontaktów z Litwą. Projekt zaczął nabierać międzynarodowego charakteru. Bo inaczej być nie mogło. Historia Dariusa i Girėnasa należy jednocześnie do Litwy, Polski i USA.

Nowy Jork — tutaj „Lituanica” wzniosła się w powietrze. Chicago — tutaj rozwijało się życie litewskiej emigracji, z której wyrastali bohaterowie tej historii. Wilno i Kowno — tam znajduje się pamięć o pilotach i ich narodowe dziedzictwo. Pszczelnik — tutaj zakończył się lot. Dlatego ekipa filmowa planuje zdjęcia właśnie w tych miejscach. To nie będzie więc film zamknięty w jednym kraju. Będzie podróżą śladami dwóch ludzi. od Atlantyku do Pszczelnika.

Pszczelnik 2026, wspólna modlitwa | Fot. Leszek Wątróbski

Trzy kraje, jedna historia

Po stronie litewskiej prowadzone są rozmowy z instytucjami i muzeami. Szczególnie ważne jest Kowno, gdzie zachowały się materiały związane z „Lituanicą”. Dokumentalna opowieść wymaga bowiem czegoś więcej niż pięknych zdjęć i archiwalnych fotografii. Potrzebuje dowodów. Każdy dokument może zmienić interpretację wydarzeń. Każda fotografia może pokazać szczegół wcześniej niezauważony. Każda gazeta może powiedzieć coś o tym, co wiedzieli ludzie w pierwszych godzinach po katastrofie. Dlatego projekt opiera się na szerokiej, międzynarodowej kwerendzie archiwalnej.

Bez Stanów Zjednoczonych nie byłoby „Lituaniki”. To tutaj Darius i Girėnas znaleźli swoje miejsce po emigracji. Tutaj pracowali. Tutaj latali. Tutaj przygotowali samolot. Tutaj litewska diaspora pomagała w realizacji ich wielkiego przedsięwzięcia. I tutaj rozpoczął się ostatni lot. Dlatego filmowcy chcą dotrzeć do Nowego Jorku i Chicago.

To będzie również opowieść o litewskich emigrantach w Ameryce — o ludziach, którzy nie zapomnieli o kraju przodków i pomogli dwóm lotnikom zrealizować plan, który dla wielu musiał wyglądać jak szaleństwo.

Polska jest w tej historii czymś więcej niż tylko krajem, na którego terytorium spadł samolot. Pszczelnik stał się miejscem pamięci. Przez dziesięciolecia przyjeżdżali tu Litwini. Odbywały się uroczystości. Spotykali się politycy i dyplomaci. Kolejne pokolenia poznawały historię dwóch pilotów. Współczesne obchody rocznicowe pokazują, że Pszczelnik stał się jednym z symbolicznych miejsc relacji polsko-litewskich. W 2026 r., podczas obchodów 93. rocznicy katastrofy, znów spotkali się tu przedstawiciele obu państw. Była to kolejna odsłona pamięci, która trwa mimo upływu czasu.

Pszczelnik 2026. Kwiaty składa ambasador RL Polsce Waldemaras Sarapinas | Fot. Leszek Wątróbski

Ludzie drugiego planu

W filmie o dwóch wielkich bohaterach nie mniej ważni są ci, którzy dzisiaj próbują ocalić ich historię. To lokalni samorządowcy. Pracownicy muzeów. Dyplomaci. Historycy. Archiwiści. Filmowcy. Ludzie zajmujący się animacją. Operatorzy. Kompozytor. I ci, którzy po prostu od lat przychodzą do Pszczelnika.

Producent Robert Lewandowski jest obecnie w trakcie kompletowania międzynarodowego zespołu. Do projektu mają dołączyć między innymi reżyser animacji wraz z zespołem animacyjnym oraz kompozytor muzyki. To właśnie oni mają sprawić, że wydarzenie sprzed prawie wieku przemówi językiem XXI w. Film, który musi wznieść się w powietrze. Dokument znajduje się obecnie na etapie zaawansowanego developmentu. Jest roboczy scenariusz. Trwają rozmowy o partnerstwach i patronatach w Polsce, na Litwie i w USA. Projekt otrzymał także wsparcie dyplomatyczne.
Przed ekipą wciąż wiele pracy. Trzeba zamknąć finansowanie. Doprowadzić do końca kwerendy. Uzyskać dostęp do kolejnych archiwów. Zrealizować zdjęcia w kilku krajach. Zbudować cyfrową „Lituanicę”. Odtworzyć jej lot. A przede wszystkim znaleźć odpowiedź na pytanie, które od 1933 r. wraca jak echo: dlaczego spadli?

Pszczelnik 2026. Wspólne zdjęcie przy Pomniku Lotników Litewskich | Fot. Leszek Wątróbski

Nie tylko film

Jest jeszcze jeden powód, dla którego ta produkcja może okazać się ważna. Dzisiaj, kiedy granice między państwami są dla nas czymś codziennym, trudno wyobrazić sobie, jak wielkim wydarzeniem był lot dwóch ludzi, którzy postanowili pokonać Atlantyk i dolecieć do odrodzonej Litwy. Nie mieli współczesnej elektroniki. Nie mieli GPS. Nie mieli komfortu dzisiejszych samolotów. Mieli mapy, przyrządy, doświadczenie, wiedzę techniczną i ogromną determinację. A przede wszystkim mieli marzenie. Darius i Girėnas chcieli, aby o Litwie usłyszał świat. Ostatecznie świat usłyszał o nich.

W Pszczelniku łatwo zrozumieć, dlaczego ta historia przetrwała. Stojąc przed pomnikiem, trudno myśleć o liczbach. O kilometrach. Prędkości. Pojemności zbiorników paliwa. Wysokości lotu. Można natomiast pomyśleć o dwóch ludziach siedzących w ciasnym kokpicie. O zmęczeniu. O ciemności. O świadomości, że gdzieś daleko przed nimi znajduje się Kowno. I o tym, że są już tak blisko. A potem — nagle — las. Cisza. Koniec. Tylko że ten koniec nigdy nie był końcem. Bo Darius i Girėnas pozostali w pamięci Litwy. Pozostali w Pszczelniku. Pozostali w historii polsko-litewskich relacji. Pozostali wśród litewskiej diaspory w Ameryce.

A teraz mają powrócić na ekran.Nie jako dwie zamknięte w podręczniku postacie, lecz jako ludzie z krwi i kości — odważni, ambitni, czasem zapewne zmęczeni i pełni obaw, ale gotowi polecieć dalej. Film „Lituanica” ma rozpocząć tę podróż jeszcze raz. Z Nowego Jorku. Nad Atlantykiem. Przez Europę. Do Pszczelnika. I dalej — do Kowna, którego nigdy nie zobaczyli. Bo są takie loty, które kończą się katastrofą. I są takie, które trwają znacznie dłużej niż życie ich pilotów.


Afisze

Więcej od autora

Między Gdańskiem a Kazachstanem. Tatarskie drogi Selima Chazbijewicza

Historia prof. Selima Chazbijewicza to opowieść o człowieku, który połączył kilka światów: tradycję polskich Tatarów, życie religijne muzułmańskiej wspólnoty w Gdańsku, pracę naukową, dyplomację i poezję. W jego biografii spotykają się pamięć kresowych przodków, współczesny islam, działalność na rzecz tatarskiej tożsamości oraz zainteresowanie historią narodów i państw Azji Centralnej.

Adas Jakubauskas o dronach, które mają otworzyć młodym drzwi do przyszłości

„Chcemy, żeby młodzi ludzie nie tylko obserwowali rozwój nowych technologii, ale sami je tworzyli”. Właśnie z myślą o nich powstał Labdaros ir paramos fondas „Dronų sąjunga” — Fundacja Charytatywna i Wsparcia „Związek Dronów” — mówi dr Adas Jakubauskas, profesor stowarzyszony z Uniwersytetu im. Michała Römera w Wilnie.