Kolejna groźna awaria na budowie białoruskiej elektrowni jądrowej

237
ff
Zdaniem ministra Kęstutisa Trečiokasa, budowa eletrowni w Ostrowcu grozi katastrofą Fot. archiwum

Na budowanej przez Białoruś elektrowni atomowej w Ostrowcu znowu doszło do groźnego incydentu. Awaria, która nastąpiła 10 lipca, po raz kolejny potwierdza, że jądrowy program Łukaszenki zagraża wielkim skażeniem radioaktywnym Litwy, krajów bałtyckich oraz Polski.

— To nie jest pierwszy taki przypadek na tej budowie. Oficjalnie białoruskie władze do niczego się nie przyznają. O katastrofie dowiedzieliśmy się dopiero dzisiaj (26 lipca – aut.) z doniesień białoruskich niezależnych mediów. Trudno powiedzieć, dlaczego media dopiero teraz podały tę informację. Ten obiekt jest niebezpieczny już od samego początku. To nie jest pierwsza awaria, do której doszło podczas budowy białoruskiej elektrowni atomowej w Ostrowcu. To wszystko wskazuje na to, że nasze obawy nie są bez uzasadnienia. Mamy nadzieję, że inne państwa Unii Europejskiej jeszcze bardziej wyrażą zaniepokojenie wobec budowy tej elektrowni i nie pozwolą na jej eksploatację – powiedział „Kurierowi” Kęstutis Trečiokas, minister środowiska.
Jak mówi, elektrownia powstaje z pogwałceniem elementarnych norm bezpieczeństwa, co zagraża w przyszłości katastrofą jądrową w całym regionie.

— Dalej taka budowa nie może być kontynuowana. Strona białoruska obiecała nam, że wkrótce wytłumaczy, co się stało. Na razie nic nie mówi. Dziwnie, że w ciągu dwóch tygodni władze Białorusi nie mogą wytłumaczyć, co się wydarzyło.
Myślę, że strona białoruska miała nadzieję, że ta informacja nie rozpowszechni się i nikt o tej awarii nie dowie się. To wszystko wskazuje na to, że nawet przy bardzo dobrych chęciach nie możemy im ufać – zaznaczył Kęstutis Trečiokas.

W czasie montażu reaktora w białoruskiej elektrowni atomowej doszło do awarii. Ważący 330 ton reaktor zerwał się z rusztowania i runął na beton z wysokości 4 metrów.

— Ta awaria, do której doszło 10 lipca, możliwie że nie przyniosła żadnej szkody ani dla środowiska, ani dla ludności. Ale mogą być uszkodzone konstrukcje. Już teraz śmiało możemy mówić, że ten obiekt jest niebezpieczny. Na razie nic konkretnego nie wiemy. Mamy nadzieję, że strona białoruska wkrótce nam coś wyjaśni, ale czy ta informacja będzie prawdziwa, to nie wiemy. Na razie na miejsce wypadku władze białoruskie nie pozwalają wejść międzynarodowym obserwatorom – podkreślił minister środowiska.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie ukrywa obaw, dotyczących budowy elektrowni w Ostrowcu.

— Strona białoruska na temat awarii z nami nie rozmawia. Czekamy na informację z ich strony, ale na razie milczą. O tragedii dowiedzieliśmy się z białoruskiej prasy internetowej. Od razu zaczęliśmy działać. Robimy wszystko, żeby zapobiec tragedii – powiedział „Kurierowi” Linas Linkevičius, minister spraw zagranicznych.

Według napływających doniesień, awaria miała miejsce 10 lipca br. w czasie próbnego montażu reaktora. Następnego dnia miała się odbyć oficjalna uroczystość montażu z udziałem najwyższych władz i państwowych mediów białoruskich. Została jednak w ostatniej chwili odwołana.

„Tuż po awarii cały teren wokół elektrowni otoczyła jakaś nieznana formacja, ubrana na czarno, która od tego czasu nieustannie pilnuje dostępu do obiektu” – twierdzi działacz opozycyjnej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej Nikołaj Ułasiewicz.

Na razie nie wiadomo, w jakim stanie jest reaktor i czy w ogóle jeszcze będzie nadawał się do użytku, i czy trzeba będzie zamawiać nowy.
To już trzecia poważna awaria na budowie białoruskiej elektrowni jądrowej, ale z pewnością największa z dotychczasowych. Wcześniej – w kwietniu – zawalił się budynek sterowni atomowej.
Zdaniem ekspertów, z powodu pośpiechu spowodowanego ciągłym ponaglaniem przez prezydenta Alaksandra Łukaszenkę, robotnicy wylali wtedy zbyt dużo betonu. Konstrukcja nie wytrzymała i zawaliła się pod własnym ciężarem. Kiedy sprawy nie dało się już dłużej ukrywać, białoruskie władze przyznały, że wypadek miał miejsce, ale twierdziły, że doszło jedynie do „defektu”.
Jak wynika z doniesień prasowych, ludzie pracujący przy budowie elektrowni atomowej twierdzą, że dotychczas nikogo za te karygodne zaniedbania nie ukarano.
**
Budowana przez rosyjski „Rosatom” siłownia powstaje zaledwie 20 km od granicy z Litwą i 50 km od Wilna.
Litewskie władze twierdzą, że elektrownia powstaje z pogwałceniem elementarnych norm bezpieczeństwa, co zagraża w przyszłości katastrofą jądrową w całym regionie. Białoruś ostro zaprzecza tym oskarżeniom, ale nie dopuszcza niezależnych ekspertów na teren budowy.

Honorata Adamowicz