Satysfakcję daje sama fotografia

Nigdy nikt nie będzie oceniał twojej pracy na podstawie ilości zrobionych zdjęć. Liczy się efekt.
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Wizerunek ludzi na zdjęciach nagrobnych jest swoistym wizerunkiem epoki – twierdzi Waldemar Dowejko, znany wileński fotograf. W minioną niedzielę w Domu Kultury Polskiej w Wilnie odbył się wernisaż jego wystawy fotograficznej „Uchronić od zapomnienia”. Wystawa składa się ze zdjęć fotografii nagrobnych z wileńskich nekropolii. 

Skąd pomysł na wystawę?

Na początku go nie było… Pomysł i możliwości pojawiły się znacznie później. Początki projektu sięgają 2016 r. Generalnie lubię cmentarze. Lubię obserwować, co na nich się dzieje, ponieważ widać cały przekrój ludzi, którzy zamieszkiwali dane tereny. Oglądając nagrobki, tradycyjnie widzimy kunszt kamieniarzy, majętność ofiarodawców, ale często nie zauważamy człowieka tam pochowanego.

Na początku ten projekt schowałem do szuflady, bo myślałem, że być może ten temat tylko mnie interesuje. Korzystając z szerokiego wachlarza znajomości wśród fotografów litewskich, pokazałem zdjęcia kilku osobom i upewniłem się, że warto jednak coś z tym zrobić. Powstał inny problem. Taka wystawa to są spore pieniądze. To są duże powiększenia, bo zdjęcia są w formacie 70×70 cm, 30 plansz plus katalogi. Dzięki pomocy Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie” i Kancelarii Prezesa Rady Ministrów RP udało się to zrobić. Nikt się jednak nie spodziewał, że dopadnie nas pandemia i ta moja wystawa na temat zdjęć nagrobnych zyska inny kontekst…

Czy zdjęcia robiłeś tylko w Wilnie?

Tak. Wybrałem dwie stare nekropolie, cmentarz Na Rossie i cmentarz Bernardyński. Zbadałem każdy metr kwadratowy. Początkowo tych zdjęć były setki. Nie widziałem więc sensu jechania gdzieś za granicę. Wybrałem jeden wspólny klucz. Na tych cmentarzach sama fotografia jest bardzo szlachetna. Wizerunek nagrobny jest swoistym wizerunkiem całej epoki. Pewne zdjęcia na Rossie pomijałem, bo nie układały mi się we wspólny klucz. Chciałem stworzyć pewną ciągłość, pewną historię.

Jakie masz refleksje po wystawie? Czy te zdjęcia nagrobne z czasem się zmieniały?

Wybrałem początek okresu fotografii nagrobkowej, umówmy się, że to XIX w. Późniejsze zdjęcia stały się zdjęciami paszportowymi. Zwłaszcza dotyczy to okresu Związku Sowieckiego, który nie wniósł nic nowego. Po prostu to są smutne twarze spoglądające z płyty nagrobnej. Wcześniej to byli żywi ludzie. Jedno zdjęcie jest w ogóle unikalne, bo na kamieniu nagrobnym jest zdjęcie człowieka leżącego w trumnie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie spotykałem i nie widziałem; ten nagrobek znajduje się na cmentarzu Bernardyńskim.

Czytaj więcej: Weterani są najpiękniejszymi modelami

Czy robiąc zdjęcia zdjęć nagrobnych, interesowałeś się losem portretowanych ludzi?

Początkowo był plan, aby pokazać pewną chronologię, na zasadzie: kto, gdzie, nazwisko. Później wróciłem do myśli pierwotnej, aby pominąć nazwiska i imiona, za to by wzrok skupiała tylko sama fotografia. Wówczas wydźwięk staje się bardziej kosmopolityczny.

Ukończyłeś geografię w Toruniu. Skąd zainteresowanie fotografią?

Z wykształcenia jestem magistrem geografii. Mało tego, jestem czynnym nauczycielem w Gimnazjum im. Józefa Kraszewskiego w Wilnie, gdzie wykładam fotografię i geografię. Poza tym jestem fotografem PAP oraz współpracuję z portalem Wilnoteka. Teraz wydaje mi się, że zawsze chciałem być fotografem. Zawsze chciałem mieć aparat fotograficzny. Pierwszy swój aparat otrzymałem w wieku 12 lat na gwiazdkę od rodziców, ze słowami taty: „Po dwóch tygodniach ci minie”. Minęło ponad ćwierć wieku i ta chęć fotografowania jest coraz większa.

Ale zawodowa przygoda z fotografowaniem zaczęła się w Polsce?

Faktycznie, zawodowo zacząłem działać w Toruniu, będąc studentem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Dziwnym zbiegiem okoliczności na swojej drodze fotograficznej, i nie tylko, zawsze spotykałem dobrych ludzi. „Gazeta Wyborcza” potrzebowała kiedyś fotografa „na już”, zgłosiłem się i w ciągu dwóch godzin otrzymałem zadanie do wykonania. Tak po prostu, z ulicy zostałem fotografem „Gazety Wyborczej”. Następnie była „Gazeta Pomorska”, następnie „Gazeta Wileńska” już w Wilnie.

Dlaczego wróciłeś na Litwę? Nie chciałeś kontynuować kariery fotografa w Polsce? Większy kraj, większe możliwości…

Nigdy nie przerwałem współpracy z Polską. Będąc na Litwie, ściśle współpracowałem z tytułami polskimi, „Gazetą Pomorską” czy „Gazetą Wyborczą”. Następnie zaczęła się przygoda z agencjami. Agencja fotografów Forum przez długie lata była moim fotograficznym domem i archiwum moich zdjęć. Od pewnego czasu, jak wspominałem, jestem też fotografem Polskiej Agencji Prasowej.

Czytaj więcej: Wspólne łamanie Enigmy

Rozumiem, ale powiedzmy szczerze, Litwa w Polsce mało kogo interesuje…

W naszych czasach „wszyscy są fotografami”, a tylko nieliczni zdają z tego sprawę. Najważniejsze jest znalezienie się w odpowiednim miejscu i czasie. W przypadku fotografii prasowej bycie w Wilnie to plus i minus. Plus – to jest stolica, czyli zawsze coś się dzieje.

Zaczynałeś od fotografii prasowej, reporterskiej, ale ta wystawa jest wykonana w zupełnie innym stylu.

Tak, to jest bardziej fotografia konceptualna.

Czujesz ją lepiej? W czym się bardziej spełniasz?

Nie da się odejść od codziennej, reportażowej fotografii. To jest bardzo fajny rodzaj działania. Od pewnego czasu mam potrzebę opowiadania większej historii, dłuższego tematu. Tego nigdy się nie da zrobić w jeden dzień. Dzisiaj żaden tytuł prasowy nie może sobie pozwolić, aby wysłać fotografa na dwa tygodnie lub miesiąc, by realizował jeden temat. To możemy zrobić tylko z własnej woli, za własne pieniądze lub pieniądze sponsorów.

Wróćmy do satysfakcji – która dziedzina daje ci więcej przyjemności?

Satysfakcję daje sama fotografia. Jeśli to jest dobry kadr, to jesteśmy szczęśliwi, bo udało się zrobić coś fajnego, innego, wyjątkowego, tzw. złoty strzał. Oczywiście, satysfakcję dają też projekty długoterminowe, ale te okażą się udane lub nieudane dopiero po pewnym czasie, kiedy widz stwierdzi, czy to jest dobre, czy złe.

Fotografia cyfrowa czy analogowa? Czy faktycznie przy fotografii analogowej była chemia i magia, a teraz są tylko sprawy techniczne?

Jestem z tego pokolenia, które swoją zawodową działalność zaczynało w czasach fotografii analogowej. Musieliśmy wywoływać filmy, robić odbitki w ciemni i robić to bardzo szybko. Później przeszliśmy na zdjęcia cyfrowe. Fotografia cyfrowa dla człowieka niepotrafiącego okiełznąć siebie staje się problemem. Fotograf staje się „naciskaczem”, przestaje myśleć o kadrze przed naciśnięciem. Później, gdy przegląda się zdjęcia, okazuje się, że nie ma wśród nich nic wyjątkowego. Mamy na karcie pamięci tysiąc zdjęć, a kiedyś na filmie mieliśmy 36 klatek – a w efekcie i tak robimy… trzy dobre zdjęcia. Prawda jest taka, że fotografia współczesna, zwłaszcza reportażowa, polega na robieniu ogromnej liczby zdjęć. W ciągu jednego roku ludzkość robi więcej zdjęć niż w ogóle do czasu powstania fotografii cyfrowej. Osobiście robię rocznie ok. 100 tys. zdjęć. Ale ile z tego idzie publikacji? Selekcjonujemy zdjęcia. Zawsze szuka się kadru. Nigdy nikt nie będzie oceniał twojej pracy na podstawie ilości zrobionych zdjęć. Liczy się efekt. I nieważne, czy nacisnąłeś na spust migawki raz, czy tysiąc razy.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 49(142) 05-11/12/2020