Strużanowscy. W Wilnie to nazwisko coś znaczy

Krakowska gałąż rodziny Strużanowskich: Jerzy Strużanowski, syn Janiny Strużanowskiej, oraz jego żona Irena.
| Fot. archiwum prywatne

Nasza rodzina została bardzo doświadczona przez historię, ale kiedy przyjeżdżamy do ukochanego Wilna, na każdym kroku czujemy, że nosimy znaczące nazwisko – mówi Barbara Strużanowska, córka Jerzego, a wnuczka Janiny, lekarki, która w 1960 r. założyła Polski Zespół Dramatyczny przy Klubie Pracowników Łączności w Wilnie.

Jubileusz 60-lecia Polskiego Zespołu Dramatycznego, który był zalążkiem Polskiego Studia Teatralnego w Wilnie, stał się pretekstem do odwiedzenia Krakowa. Tam mieszka Jerzy Strużanowski, syn założycielki teatru Janiny Strużanowskiej. Spotkaliśmy się z nim i jego żoną Ireną w ich mieszkaniu na krakowskich Czyżynach.

Reklama

W spotkaniu uczestniczyły też córki państwa Strużanowskich, Beata i Barbara. Obydwie urodziły się jeszcze w Wilnie, obydwie zachowały panieńskie nazwiska. Przywołaliśmy wspomnienia, porozmawialiśmy o teatrze, zapytaliśmy, jak żyje im się pod Wawelem. Nie zabrakło wzruszeń, łez, ale i prawdziwego szczęścia z faktu, że „Kurier Wileński” o nich nie zapomniał.

Urlopu nie będzie

Z początkiem lata 1939 r. Janina Strużanowska, młoda lekarka, przyjechała z dwójką małych dzieci, Hanią i Jurkiem, do Wilna doglądać budowy rodzinnego domu w Kolonii Magistrackiej. Mąż, kapitan Edmund Strużanowski, pracownik Ministerstwa Spraw Wojskowych, został w Warszawie. Miał dojechać na urlop w sierpniu. Pojawił się tylko na chwilę. Poinformował, że urlopy wstrzymano i musi wracać w stolicy. Nikt wówczas nie przewidywał, że zobaczą się dopiero po 18 latach…

1 września wybuchła wojna. W wyniku niemieckiego nalotu Edmund został ranny pod Lublinem. Gdyby nie to, zapewne podzieliłby w Katyniu los wielu swoich kolegów oficerów, z którymi maszerował na wschód. Żona ruszyła na poszukiwania rannego męża. Przedarła się przez linię frontu, ale go nie znalazła. Przedostał się na Węgry, gdzie został internowany. Janina wróciła do Wilna, do dzieci pozostawionych pod opieką babci. W obliczu wszechogarniającego zagrożenia nie załamała rąk. Pracowała, wykańczała dom, świadoma grożących konsekwencji zaangażowała się w pomoc innym. Choć za płotem stacjonowali Niemcy, ukrywała pod swoim dachem czworo Żydów. Strych udostępniła tajnej drukarni. Po ofensywie sowieckiej zorganizowała w domu szpital dla rannych żołnierzy Armii Krajowej.

Jerzy Strużanowski siedzi dostojnie za stołem, w eleganckiej białej koszuli. Mówi roztropnie, waży słowa. Przebyty wylew zostawił swój ślad. – Gdy wybuchła wojna, miałem pięć lat – wspomina. – Pamiętam, jak do mamy przyszedł adwokat, który mieszkał na Zwierzyńcu, i zapytał, czy może przyprowadzić panią z sześciomiesięczną dziewczynką. To były Żydówki. Doiłem kozę dla tego dziecka. Raz przyszła kontrola z gestapo, narodowości litewskiej. Oprowadzałem ich po domu. Kontrolerka przechodziła przez drzwi, za którymi była ta dziewczynka. Nikogo nie złapali. Żydzi byli u nas do „wyzwolenia” Wilna przez wojska sowieckie. Potem kontakt się urwał. Dopiero po 70 latach ta mała dziewczynka odnalazła w Wilnie moją siostrę, Hannę Strużanowską-Balsiene, która jest znanym lekarzem, położnikiem-ginekologiem.

– Pamiętam drukarnię działającą w domu, jako goniec roznosiłem ostatni rozkaz o poddaniu się AK, który drukowałem z Tadeuszem Larą – kontynuuje pan Jerzy. – Najbardziej utkwił mi w głowie ten czas, gdy przebywali u nas żołnierze AK, byłem już wtedy starszy. Zapytałem jednego z oficerów, co mam mówić, gdy o nich spytają. Odpowiedział z uśmiechem: „Mów, że wyszli na chwilę i zaraz przyjdą”. To był sam komendant „Wilk”, Aleksander Krzyżanowski, który wydał i ten ostatni rozkaz.

Czytaj więcej: Janina Strużanowska uhonorowana Krzyżem za Ratowanie Ginących

Jerzy z 1,5-roczną Beatką na ręku, obok siostry. Strużanowskie tuż przed wyjazdem do Polski
| Fot. archiwum prywatne

Teatr łączy ludzi

Po wojnie Janina Strużanowska zdecydowała wraz z dziećmi pozostać w Wilnie. Uważała, że sytuacja jest przejściowa, a jeśli wszyscy wyjadą, Polska nigdy tu nie wróci. Pracowała jako lekarz, choć miała trudności z udowodnieniem, że posiada odpowiednie wykształcenie, bo dokumenty spłonęły w Warszawie.

W 1960 r. powołała do życia Polski Zespół Dramatyczny przy Klubie Pracowników Łączności w Wilnie. – To był czysto amatorski teatr, pani Janka bardzo się starała, ale ona nie była przygotowana do tego zawodu, dopiero później pojawili się profesjonalni reżyserzy – mówi Irena Strużanowska, z domu Grochowska, żona Jerzego. – Teatr stał się miejscem skupiającym całą polską inteligencję. Mógł przyjść każdy, kto czuł się Polakiem i kto chciał przebywać w polskim towarzystwie. Ja też bardzo chciałam, ale rodzice mówili: „Irena, ucz się, bo trzeba iść na studia, a ty ciągle na próby chodzisz”. Ogromną wagę przywiązywali do nauki. Mój ojciec, Mieczysław, był jednym z pierwszych polskich nauczycieli w powojennym Wilnie. W „Dziewiętnastce” uczył historii, geografii, potem też techniki.

– Potem mama nawiązała współpracę z Teatrem Powszechnym w Warszawie – wspomina pan Jerzy. – Przyjechała stamtąd zawodowa pani reżyser, niestety, nie pamiętam jej nazwiska, i w miesiąc z aktorami amatorami przygotowała fantastyczne, profesjonalne przedstawienie.

– Ja po zdanych egzaminach trafiłam do teatru pani Ireny Rymowicz – kontynuuje Irena Strużanowska. – Zagrałam tam Anielkę w „Damach i huzarach” Aleksandra Fredry. Bardzo przeżywałam pierwszy występ. Z wrażenia pomyliłam kwestię, zaczęłam od końca zamiast od początku. Dopiero Jurek Surwiłło, niezwykle sympatyczny chłopak, który mi partnerował, przywołał mnie do porządku. Syknął: „Irena, co ty mówisz!”. Jakoś się opanowałam i poszło jak trzeba. Widzowie chyba nawet nie dostrzegli tej wpadki.

– Gdy mama występowała w „Damach i huzarach”, spotkała tatę i już po pół roku wzięli ślub – wtrąca Barbara Strużanowska.

– Gdy byłam panną, to w zespole wszyscy chłopcy za mną biegali – śmieje się pani Irena. – Jurek w teatrze w zasadzie nie występował, przychodził na widownię, trochę statystował. A tak naprawdę to swojego męża poznałam, jak miałam siedem lat, a on 18, bo jest 11 lat starszy. Bawiłam się z kuzynką w ogrodzie u babci, mamy ojca. Nie wolno było nam nigdzie wychodzić, ale nieopodal bawiły się dzieci. Kuzynka oderwała sztachetę w płocie i mówi: „Ireczka, idziemy!”. Bałam się, co babcia powie, i wtedy za płotem stanął Jurek, który szedł do kolegi. Tak go pierwszy raz zobaczyłam.

Barbara Strużanowska, która wyjechała z Wilna w wieku sześciu lat, nie pamięta niczego z przedstawień teatralnych. – Ale pamiętam spotkania w domu po przedstawieniach. To były duże przyjęcia. Gromadziła się na nich śmietanka polskiej inteligencji i gwiazdy, które przyjeżdżały na zaproszenie babci z Polski. Bywali w naszym domu Mieczysław Fogg, Adam Hanuszkiewicz, przedstawiciele zespołów Śląsk czy Mazowsze.

Druga z sióstr Stużanowskich, Beata, starsza o cztery lata, zapamiętała więcej. – Uczestniczyłam w próbach, które odbywały się w naszym domu, ale bardziej jako widz, którego zachwycały głównie piękne suknie. Z przedstawień pamiętam szczególnie „Niemców” Kruczkowskiego, w których jedną z ról dziecięcych grał mój kolega z klasy. Wiem, że babcia swoje pensje przeznaczała na teatr. Stworzyła centrum polskości, które chroniła przed Sowietami.

Dom rodzinny Strużanowskich w Wilnie
| Fot. archiwum prywatne

Czytaj więcej: Sprawiedliwi czasu Zagłady

Polskie drogi

Kapitan Edmund Strużanowski wrócił po wojnie do Polski Ludowej, w której jako były legionista nie mógł znaleźć żadnej pracy. Tułał się w jej poszukiwaniu, ostatecznie osiadł w Krakowie, gdzie mieszkała jego siostra. Nie mógł sprowadzić rodziny, bo nie mieliby za co żyć. Sam na Litwę też nie mógł pojechać, bo wiadomo, co mogło czekać legionistę Piłsudskiego w ZSRS.

– Rodzicom bardzo zależało na tym, żeby wyjechać do Polski i tam wychowywać nas obie ze względu na to, że Litwini nie ułatwiali życia Polakom. Dostać się na dobre studia to było dla Polaków niesłychanie trudne – mówi Barbara Strużanowska.

– Wyjechaliśmy w marcu 1980 r. – kontynuuje jej siostra. – Byłam w czwartej klasie. Chodziłam do „Piątki”, którą kończyli też tato i ciocia Hania, a oprócz tego do szkoły muzycznej. Siostra chodziła do przedszkola rosyjsko-litewskiego, w którym pracowała mama.

– W Polsce zatrzymaliśmy się w Łomży, u brata mamy, ale tato, znakomity inżynier, chciał pracować w Warszawie, w fabryce przetworników – opowiada pani Beata. – W Wilnie, w Instytucie Naukowo-Badawczym, robiliśmy sprzęt medyczny, budowaliśmy aparaturę robiącą zdjęcia rentgenowskie – wtrąca pan Jerzy. – No właśnie, i w Polsce tylko w Warszawie tata mógł pracować zgodnie z kwalifikacjami, ale formalnie przyjechał na zaproszenie ojca z Krakowa, więc w Warszawie nie mógł dostać zameldowania, a bez niego pracy – wyjaśnia córka. – Tak znaleźliśmy się w Krakowie.

– Na początku dla mnie i siostry było bardzo dziwne, że w Polsce wszyscy… mówią po polsku – wspomina Beata Strużanowska. – Zdarzało się, że ktoś zadawał nam pytanie, a my odpowiadałyśmy po rosyjsku, to był taki „silnik”, jeszcze z Wilna. W szkole czułam wielką niechęć innych osób do mnie, nie rozumiałam tego. Nasz akcent powodował, że odbierali nas jako Rosjanki albo Litwinki. Najbardziej dokuczał mi kolega, którego nazwisko kończyło się na „-is” i dopiero gdy mu powiedziałam, że sam ma litewskie nazwisko, to się uspokoił. W liceum w ogóle przestałam odpowiadać na pytania, mówiłam, że jestem nieprzygotowana. Bałam się ujawniać swój sposób wysławiania się po polsku, żeby mi nie zarzucono, że jestem „ruska”.

– Ja całą podstawówkę przeżywałam jeden wielki horror, nie mam kolegów z tego okresu – dodaje młodsza z sióstr. – Byli wulgarni, nieobliczalni, nieprzyjemni. My byłyśmy inaczej wychowywane. Jeszcze po 10 latach omijałam ich na ulicy szerokim łukiem. W liceum, u sióstr prezentek, było już świetnie, wszystko się zmieniło. Już nie byłam „ruska”, stałam się wartościowym człowiekiem. Ogólnie nie było lekko, rodzice zmieniali mieszkania zastępcze, pomieszkiwaliśmy też u dziadka w Łagiewnikach.

– Mój teść to był jeden z najlepszych ludzi na świecie, kochał swoją rodzinę, swoje dzieci. Mieszkał w Krakowie na siedmiu metrach kwadratowych – rozczula się pani Irena, a z jej oczu płyną łzy. – Dziadek został awansowany na generała brygady w stanie spoczynku dopiero dwa tygodnie przed śmiercią w 1993 r., babcię przeżył o dziewięć lat – mówi pani Beata. – To był prawdziwy patriota z krwi i kości, człowiek wielkiej klasy i kultury osobistej. 50 lat przeżył w samotności bez rodziny…

Ślubne zdjęcie Jerzego Strużanowskiego i Ireny z domu Grochowskiej w gronie najbliższej rodziny
| Fot. archiwum prywatne

Czytaj więcej: Gospodyni oddziału, w którym na świat przychodzi Człowiek

Ach, pojechać do Wilna…

– Tęsknimy za Wilnem bardzo – mówi Barbara Strużanowska. – Dla mnie Wilno to spokój, cisza, ukojenie, szczęście. Każda jesień przypomina mi Wilno, choć zupełnie nie wiem, czemu akurat ta pora roku. Z ciocią Hanią, która odbierała porody nas obu, mamy cały czas kontakt. Marzymy, żeby pojechać, ale teraz to trudne. Ostatnio z siostrą i naszymi rodzinami byłyśmy w 2015 r. na rocznicy teatru. Tata był po operacji rozrusznika i nie był w stanie pojechać. Byłam z nim na wcześniejszej rocznicy. Spaliśmy wtedy w domu, w którym spędziłam dzieciństwo. Miał wciąż ten sam zapach… To było dla mnie niesamowite przeżycie. Ten dom dla mnie był zawsze olbrzymi, ale gdy wtedy przyjechałam, wszystko się zmniejszyło, bo ja się powiększyłam.

– Ostatnie spotkanie jubileuszowe teatru prowadziła dziewczyna, która też chodziła do „Piątki” – wspomina pani Beata. – Powiedziała mi, że gdy trafiłam do tej szkoły, to wszyscy Polacy z wyższych klas chodzili oglądać wnuczkę Janiny Strużanowskiej. Szczerze mówiąc, nie zdawałam sobie sprawy, że byłam taką sensacją. Wiedziałam, że babcia jest lekarzem, osobą przedsiębiorczą i że nazwisko Strużanowska to w Wilnie duże nazwisko, ale nie, że aż tak…

– Kiedy przyjeżdżamy do Wilna, to jesteśmy oglądane ze wszystkich stron – dodaje siostra. – Na początku było to dla nas dziwne. Mam już dorosłych synów, mają teraz 26 i 22 lata. Nie umieli się w tym odnaleźć. Dla nich to było krępujące, ale ja czułam się wyjątkowa. W Krakowie jesteśmy anonimową rodziną. Schorowany tata ma bardzo niską emeryturę. Czasem myślę, że tam, wśród Polaków na Litwie, mielibyśmy łatwiej…


Jarosław Tomczyk


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 3(7) 18-24/01/2021