Umierają ostatni z pokolenia żołnierzy Rzeczypospolitej

Lidia Lwow-Eberle (zmarła 5 stycznia 2021 r.) była szczęśliwa, że mogła uczestniczyć w pogrzebie swojego dowódcy i jednocześnie narzeczonego – Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Nastąpiło to w 2016 r. Na zdjęciu: odsłonięcie pomnika przed domem w małopolskim Osielcu, w którym w 1948 r. aparat bezpieczeństwa aresztował bohatera tego walk o niepodległość Polski (24 marca 2019 r.).
| Fot. Piotr Hlebowicz

Żołnierze Wyklęci. Odchodzą w sile wieku, pozostawiając wspaniałe dziedzictwo dla kolejnych pokoleń. Wielu z nich przeszło ubeckie kazamaty, tortury, cele śmierci, poniżenie i nieludzkie traktowanie. Jeszcze inni „odpokutowali” swoją polskość i przywiązanie do narodowych tradycji za kołem polarnym, na Kołymie czy w Magadanie.

Gdy w 1987 r. zetknąłem się w Gdańsku z żołnierzami 3., 4. i 5. Wileńskich Brygad AK, byli to już ludzie w wieku zaawansowanym, lecz silni duchem pomimo tych wszelkich krzywd, jakich doznali od komunistycznego reżimu. Corocznie w lipcu zjawiali się w Gdańsku, by w rocznicę operacji „Ostra Brama” spotkać się i powspominać. Czułem się wśród nich wspaniale – tryskał z nich żar patriotyzmu i ludzkiego ciepła.

Przypominając sobie stare czasy


Pamiętam prezentację książki Dariusza Fikusa pt. „Pseudonim Łupaszka”, zorganizowaną w lipcu 1988 r.. Wydano ją w podziemnej oficynie; cóż, publikacje o takich bohaterach w komunistycznej Polsce były zakazane i piętnowane, a „Łupaszce” przypięto na stałe miano krwawego bandziora. Warto zapoznać się z tą lekturą. Pisarz wykonał fenomenalną pracę historyczną (jest do odsłuchania w formie audiobooka na YouTubie).
Siedzieliśmy w sadzie na skraju Gdańska (na posesji jednego z łupaszkowców). Na spotkanie przyjechał sam autor. Długie ławy postawione pod drzewami, na stołach „partyzancki” obiad, weterani śpiewają hymny swoich brygad, Dariusz Fikus opowiada o pracy nad książką. Po dyskusji rozdaje egzemplarze uczestnikom spotkania, a zarazem bohaterom książki. Ja także otrzymałem, z dedykacją autora, a pod zdjęciami zamieszczonymi w publikacji podpisali się żyjący uczestnicy wydarzeń sprzed ponad 40 lat. Moje domowe archiwum wzbogaciło się o wspaniałą pamiątkę, którą chronię jak relikwię.
W kolejnych latach miałem okazję spotykać się przy różnych okazjach z niektórymi z tych osób. Odwiedzałem w Prochowicach państwa Rymszów – „Maksa” i „Aldonę”, w Gdańsku – Olgierda Christę. W 1988 r. odbyło się wspaniałe spotkanie w Krakowie. Przybyli z kraju i zagranicy weterani AK na uroczystość wmurowania tablicy pamiątkowej poświęconej Wileńskiemu i Nowogródzkiemu Okręgom Armii Krajowej. Ranga była tym większa, ponieważ tablica memorialna ozdobiła ścianę Krypty Srebrnych Dzwonów na Wawelu, za trumną marszałka Piłsudskiego. Zjawili się ludzie z brygad wileńskiej AK, żołnierze od Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza” (okręg nowogródzki).
Wdowa po „Kotwiczu”, pani Irena Kalenkiewiczowa, została przydzielona pod moją opiekę. Od paru lat odwiedzałem ją we Wrocławiu, przywożąc nielegalną prasę, i pomagałem w ustaleniu miejsca grobu ppłk. Macieja Kalenkiewicza i jego 35 podwładnych, którzy – broniąc się – zginęli od kul sowieckich 21 sierpnia 1944 r. w Surkontach na Białorusi.
Jednym z organizatorów uroczystości był mój przyjaciel, prof. Leszek Bednarczuk mieszkający w Krakowie. Większość uczestników nocowała w mieszkaniu u profesora, przypominając sobie stare czasy, kiedy i na podłodze trzeba było do snu się położyć. Atmosfera wyśmienita, wzruszające spotkania po 30–40 latach niewidzenia się, wspomnienia, śmiech i łzy.
Warto dodać w tym miejscu, że prof. Bednarczuk urodził się w Wilnie, mieszkał jako dziecko nad jeziorem Narocz i jako mały chłopiec zetknął się z „Łupaszką”, gdy ten stacjonował w pobliżu. A w latach 90. jako wolontariusz wykładał na nieuznawanym Uniwersytecie Polskim w Wilnie (jeździł do Wilna z Tadeuszem Kadenacym, krewnym Marszałka).

Czytaj więcej: Mówiła, że miała piękne życie

Fotografia ze spotkania Brygad Wileńskich AK w Gdańsku w 1987 r.
| Fot. archiwum Piotra Hlebowicza

Straceńcy, którzy mieli rację


Czas robi swoje, na wieczną wartę odchodzą  łupaszkowcy, chłopcy i dziewczęta od „Szczerbca”, „Ronina”. Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci Lidii Lwow-Eberle ps. „Lala”. Zmarła 5 stycznia 2021 r. w wieku 100 lat. Gorąca patriotka, złączona losem z Zygmuntem Szendzielarzem „Łupaszką”, ujęta wraz z nim przez komunistyczną bezpiekę w Osielcu koło Makowa Podhalańskiego 30 czerwca 1948 r.
W 2019 r. uczestniczyłem w uroczystym odsłonięciu popiersia „Łupaszki” w miejscu ich aresztowania, wtedy rozmawiałem z panią Lidią po raz ostatni. Była jeszcze w pełni sił. Powiedziała mi, że czuje się jak we śnie, gdyż nigdy nie przypuszczała, że przyszłe pokolenia będą czcić pamięć tych zmieszanych z błotem straceńców. Straceńców, którzy – jak się okazało po wielu latach – mieli rację.
Niedługo przed egzekucją „Łupaszki” otrzymała pozwolenie na ostatnie z nim spotkanie. Wtedy to w mokotowskim więzieniu (raczej ubeckiej katowni) na ul. Rakowieckiej 37 miał jej powiedzieć: „Gdy wyjdziesz z więzienia – masz się kształcić i wyjdź za mąż”. Lidia Lwow-Eberle wypełniła testament Zygmunta Szendzielarza. Skończyła studia, zajęła się archeologią i historią, wyszła za mąż.
Było dla niej wielkim przeżyciem, gdy 22 maja 2013 r. ekipa prof. Krzysztofa Szwagrzyka odnalazła i zidentyfikowała szczątki „Łupaszki” na terenie cmentarza Powązkowskiego (tzw. Łączki). Obok leżały kości polskiego Tatara, ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”, bezpośredniego dowódcy „Łupaszki” w okresie działania brygady na Pomorzu. Lidia Lwow-Eberle była szczęśliwa, że dożyła tej chwili i mogła uczestniczyć w pogrzebie swojego dowódcy i jednocześnie narzeczonego.
24 kwietnia 2016 r. ulicami Warszawy na wojskowe Powązki wyruszył kondukt żałobny, z asystą wojskową, z uczestnictwem prezydenta RP Andrzeja Dudy i ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza. Nastąpiła ta historyczna chwila, gdy sprawiedliwość zatriumfowała nad czarnymi siłami komunistycznego bezprawia.

W końcu zwyciężyli


Co w takiej chwili myślą ostatni żyjący kaci, ich pomocnicy i potomkowie? Czy te judaszowe srebrniki, które jeszcze do niedawna otrzymywali w formie niezwykle wysokich emerytur i rent, nie parzą ich – czerwonych od krwi bohaterów – rąk? Czy żałują za kainowe grzechy, które popełnili? Zabijali przecież w imieniu władz komunistycznych, zwących się polskimi – Polaków!
Nie, niczego co zrobili, nie żałują. Oni tylko likwidowali „bandziorów i imperialistycznych renegatów”, wrogów Polski Ludowej. Narracja ta powtarzana bez końca przynosi zatrute owoce również wśród nowych pokoleń. Środowiska lewicowe mówią dziś tym samym językiem, zdarzają się akty wandalizmu i bezczeszczenia pomników, tablic pamiątkowych, a nawet mogił Żołnierzy Wyklętych – Niezłomnych.
Postkomuniści (tzw. lewica) próbują zohydzić młodym Polakom pamięć o patriotach i romantykach wierzących w walkę o uwolnienie ojczyzny od totalitarnego, komunistycznego reżimu. Ci swoją wierność krajowi przypłacili torturami i życiem. Ich ciała wrzucano do bezimiennych dołów, bez trumny i godnego pochówku, który należy się każdemu człowiekowi. Jednak w końcu zwyciężyli i żyć będą wiecznie w naszej pamięci.
Cześć ich pamięci!


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 9(25) 27/02-05/03/2021