Demokratyczna wyspa w niedemokratycznym państwie

Piotr Kościński – polski dziennikarz, politolog, analityk, działacz społeczny. Od końca lat 80. angażował się na rzecz Polaków na Wschodzie, działał w Fundacji „Rodacy – Rodakom”, będąc wiceprezesem jej zarządu, a po jej przekształceniu – w Fundacji Lelewela, w której obecnie jest prezesem. Jest autorem dwóch powieści poświęconych losom Polaków na sowieckiej Ukrainie w dwudziestoleciu międzywojennym: „Przez czerwoną granicę” (2009) i „Przez czerwony step” (2011) oraz powieści obronie Grodna w 1939 r. – „Obrońca Grodna. Zapomniany bohater” (2017).
| Fot. archiwum

Los Polaków na Białorusi związany jest ściśle z losem samej Białorusi. Do tej pory nielegalnie co prawda, ale działający Związek Polaków na Białorusi był taką wyspą, wokół której można było budować działalność Polaków na Białorusi – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Piotr Kościński, dziennikarz, publicysta, wykładowca akademicki.

Jako korespondent polskiego dziennika „Rzeczpospolita” był Pan jednym z dziennikarzy relacjonujących VI Zjazd Związku Polaków na Białorusi, który odbył się w marcu 2005 r. To nie był zwykły zjazd ani zwykłe wybory…

Tak. Był to zjazd, podczas którego bardzo wyraźnie było widać, że władze w Mińsku chciałyby sprawować kontrolę czy też w jakiś sposób „roztoczyć opiekę nad związkiem”. Z nieznanych dla mnie powodów ówczesny prezes ZPB, docent Uniwersytetu Grodzieńskiego dr Tadeusz Kruczkowski, uzyskał poparcie tych władz. Odczuwali to delegaci na zjazd, którzy otrzymywali telefony od KGB lub od swoich pracodawców, jeśli byli pracownikami sektora publicznego, czy też byli w rozmaity sposób nagabywani przez różne osoby, by głosowali na Kruczkowskiego. Oczywiście spotkało się to z dużym niezadowoleniem delegatów. Podczas zjazdu odbyło się wiele bardzo trudnych dyskusji i debat, całe obrady upływały w złej atmosferze. W tej sytuacji pojawiła się nowa kandydatka, wydawało się, że wówczas całkowicie kompromisowa, czyli Andżelika Borys. Była to osoba absolutnie niezwiązana z polityką, która wcześniej zajmowała się przede wszystkim oświatą – i właśnie ona została wybrana na prezeskę. Z tą decyzją nie pogodził się pan Kruczkowski, który czy to zaskarżając wybory formalnie, czy też poprzez rozmowy z władzami, skorzystał z możliwości, jakie dawało bardzo szczególne na Białorusi ustawodawstwo w kwestii organizacji pozarządowych. Wybory nie zostały uznane przez Ministerstwo Sprawiedliwości, które stwierdziło, że w dalszym ciągu związkiem kieruje Kruczkowski. Tego oczywiście nie zaakceptował nowo wybrany zarząd, powołując się na konstytucję Białorusi i traktat polsko-białoruski. Była to patowa sytuacja.

Nie zakończyło się jednak na dyskusjach. Niedługo potem był Pan świadkiem o wiele bardziej dramatycznych wydarzeń…

W Grodnie byłem świadkiem szturmu milicji na siedzibę ZPB. Było późne popołudnie, wyszedłem z budynku, żeby coś zjeść. Nagle zobaczyłem wielką gromadę milicjantów, na czele stał Tadeusz Kruczkowski. Wróciłem więc do środka i powiedziałem, co się dzieje. Za chwilę zaczęła się akcja. Rozpoczęła się bardzo żywa dyskusja pomiędzy przedstawicielami władz związku, w tym Andżeliką Borys, a milicją. Zapytałem Kruczkowskiego: „Panie Tadeuszu, co pan najlepszego zrobił?”. On stwierdził, że „to oni są winni, to przez to, co mi zrobili”. Dla niego ta cała sytuacja dotyczyła osobistych pretensji związanych z przebiegiem zjazdu. Podczas ataku milicji na Dom Polski obecny był fotoreporter „Gazety Wyborczej”, który zaczął robić zdjęcia i oczywiście bardzo szybko zapakowano go do radiowozu. Dziennikarza „Wyborczej”, który domagał się wejścia do siedziby ZPB, bo zostawił tam laptop, również zapakowano do samochodu. Po chwili widziałem, że te milicyjne samochody są już pełne ludzi. Odwróciłem się więc i zacząłem spokojnie iść przed siebie. Nikt mnie nie gonił, więc doszedłem do hotelu i zadzwoniłem do redakcji, żeby przekazać, co się wydarzyło. Potem spotkałem się z innymi polskimi działaczami, których w chwili nalotu akurat nie było w Domu Polskim. Przez pół nocy chodziliśmy po komisariatach, żeby dowiedzieć się, gdzie zostali zabrani Andżelika Borys i pozostali członkowie zarządu. W każdym miejscu mówiono nam, że nikogo nie przywieziono. Równolegle podobne działania prowadził polski konsulat i w końcu dowiedzieliśmy się, co się z nimi stało. Następne miesiące były jednak bardzo smutne. Kruczkowski doprowadził do zwołania „łukaszenkowskiego” zjazdu Związku Polaków na Białorusi. Ten zjazd odbył się 27 sierpnia w Wołkowysku. Pamiętam go bardzo dokładnie, bo razem z innymi dziennikarzami zostaliśmy wpuszczeni na salę obrad zaledwie na 15 minut. Potem nas wyrzucono, bo jak nam powiedziano, obrady były tajne. Przedtem tradycyjnie odprawiona zostałą msza święta, tyle że tym razem większość z delegatów miała trudności z przeżegnaniem się po katolicku, co świadczyło o tym, że niekoniecznie są to tylko Polacy. Były też osoby, które wcześniej działały aktywnie w związku i opowiedziały się po stronie prołukaszenkowskich władz. Na prezesa został wybrany Józef Łucznik, dyrektor szkoły w Soniczach, nauczyciel. Rozmawiałem z nim przez chwilę, pytałem: „Panie Józefie, dlaczego się Pan zgodził?”. Powiedział, że musiał, że nie miał innego wyjścia.

Czytaj więcej: Dlaczego piszemy o Białorusi

| Fot. FACEBOOK

Kolejny zjazd organizacji pod kierownictwem Józefa Łucznika odbył się 12 września 2009 r. w Grodnie. Na zjeździe związku nie było przedstawiciela polskich władz ani dyplomacji, nie zostali wpuszczeni przedstawiciele polskich mediów. Czy był Pan wśród tych, którzy próbowali relacjonować to wydarzenie?

Tak, próbowałem. Miejsce przeprowadzenia zjazdu do ostatniej chwili było trzymane w tajemnicy, ostatecznie odbył się on grodzieńskiej fabryce nawozów „Azoty”, która jest zakładem ochranianym i osoby nieuprawnione nie mają wstępu na jej teren. Mieszkałem wtedy pod Grodnem i – na swoje nieszczęście – postanowiłem wybrać się na zjazd samochodem. Dosłownie chwilę po tym, jak wsiadłem do samochodu, zatrzymała mnie milicja, krzycząc, że jestem pijany. Trafiłem do szpitala psychiatrycznego, bo na Białorusi to w szpitalu psychiatrycznym sprawdzają trzeźwość. Spędziłem tam około pięciu godzin, w międzyczasie zjawił się konsul, którego udało się zawiadomić. W końcu okazało się, że jestem zupełnie trzeźwy. Ja oczywiście nie miałem co do tego wątpliwości, bo nie mam zwyczaju w sobotę rano rozpoczynać dzień od jazdy od konsumpcji alkoholu. Te pięć godzin wystarczyło jednak, żebym nie zdążył na zjazd. Kiedy wreszcie dojechałem do Grodna, drzwi były już zamknięte, a cały zjazd się zakończył. Udało mi się z kilkoma osobami porozmawiać, również z dziennikarzami z Polski, i wszyscy mieli bardzo różne, dziwne przeżycia. Nie było to oczywiście jedyne tego rodzaju wydarzenie w czasie moich pobytów na Białorusi w roli korespondenta. W tym kraju bycie dziennikarzem wiąże się po prostu z bardzo zaskakującymi sytuacjami.

Alaksandr Sonhin, prezes reżimowego Związku Polaków na Białorusi.
| Fot. SONGIN.HOUSE.GOV.BY

Od 16 lat na Białorusi istnieją dwie organizacje, wzajemnie się nieuznające i posługujące się tą samą nazwą. Czym według Pana najbardziej różni się ich działalność?

Przede wszystkich chodzi o samo prowadzenie działalności. Zarząd Andżeliki Borys musiał się uporać z bardzo wieloma trudnościami, byli nieustannie ciągani na milicję i te represje nigdy się nie zakończyły, ale organizacja bez przerwy realizowała swoje cele. Jeśli chodzi o część związku popierającą Łukaszenkę, to w zasadzie nie można mówić o jakimkolwiek działaniu. Kolejny prezes związku, Stanisław Siemaszko, właściwie nie potrafił mówić po polsku. Przez chwilę miałem okazję z nim rozmawiać, ale od razu przechodził na rosyjski. Po stronie „łukaszenkowskiej” zostało ogromne zaplecze materialne, wszystkie domy polskie, w każdym obwodzie, wybudowane za polskie pieniądze – zostały przez nich przejęte. Tam oczywiście nic się nie działo, pomieszczenia zostały oddane pod wynajem komercyjnym firmom. To pokazuje, o jaki związek Polaków chodziło białoruskim władzom – o taki, który oficjalnie istnie, ma swojego prezesa, ale nic nie robi, pozoruje jedynie działalność. Podejmowano później próby zjednoczenia, ale w takiej sytuacji, jaka jest na Białorusi, oznaczałoby to podporządkowanie całego związku władzy i koniec jakiekolwiek realnej działalności. Nowego prezesa uznawanego przez władze związku, Alaksandra Sonhina, widzimy na zdjęciach, jak siedzi pod portretem Łukaszenki, jest zresztą z posłem do Izby Reprezentantów. Czy poprze ustawę faktycznie likwidującą dwie działające na Białorusi polskie szkoły? Trudno powiedzieć. Ma w prawdzie polskie korzenie, ale chyba nie mówi po polsku.

Czytaj więcej: Białoruś zbada „ludobójstwo na Białorusinach”. Poprosi o pomoc Litwę i Polskę

Wróćmy do Andżeliki Borys. Czy w 2005 r. przewidywał Pan, że będzie tak długo kierować związkiem, i to w tak wyrazisty sposób?

Absolutnie nie, to była cicha, bardzo miła osoba, trochę chyba przestraszona ogromną odpowiedzialnością, jaka jest jej powierzana. To była dobra specjalistka od oświaty, ale wtedy ZPB był ogromną organizacją, największą pozarządową organizacją na Białorusi, która zrzeszała ok. 30 tys. osób. Była też znaczącym pracodawcą i dysponowała dużym majątkiem. Nic więc dziwnego, że Andżelika Borys obawiała się nie tyle problemów, które potem nastąpiły, a których nikt nie mógł przewidzieć, ile samej tej odpowiedzialności. Potem przyszły ciężkie chwile, wielokrotne przesłuchania, areszty, była gnębiona w rozmaity sposób, podobnie jak jej współpracownicy. Ale właśnie ona i kilka podobnych osób utrzymały związek jako organizację działającą, która prowadzi szkoły, uczy języka, organizuje życie kulturalne. To była wielka sprawa w tak trudnych warunkach.

| Fot. FACEBOOK

Wobec ostatnich wydarzeń – aresztowania i wytoczenia spraw karnych Andżelice Borys i innym działaczom ZPB – jak widzi Pan przyszłość związku oraz polskości na Białorusi?

Los Polaków na Białorusi związany jest ściśle z losem samej Białorusi. To jest oczywiste, że nie można utrzymać normalnie działającej, opierającej się na demokratycznych zasadach organizacji w państwie, które nie jest demokratyczne, a władzę sprawuje w nim dyktator. Do tej pory nielegalnie co prawda, ale działający ZPB był taką wyspą, wokół której można było budować działalność Polaków na Białorusi. Odebrano im majątek, nie zalegalizowano działalności, ale – poza krótkotrwałymi aresztami – nie wsadzano do więzień za działalność społeczną. Według mnie to było możliwe również dzięki silnym naciskom ze strony władz polskich. Teraz jednak Aleksander Łukaszenka postanowił zgnieść wszelki sprzeciw, zmusić całe społeczeństwo, by siedziało cicho i spokojnie, a więc także Polaków to dotyczy. Ponadto każdy dyktator potrzebuje zewnętrznego wroga, a on na takiego wroga wybrał sobie Polskę, więc tym bardziej nie ma miejsca na kompromis wobec Polaków. Ten wróg jest potrzebny, by mobilizować zwolenników, których Łukaszenka ma już naprawdę bardzo niewielu. W jego narracji Polacy (co prawda nie wszyscy, bo jak zauważył, ma też „swoich Polaków”) są przedstawiani jako agenci. Oczywiście uważam, że nawet w takiej sytuacji naciski zagraniczne mają sens. Mam szczerą nadzieję, że Andżelika Borys, Andrzej Poczobut czy inni działacze ZPB nie będą siedzieć latami w więzieniach, ale nawet jeśli wyjdą i będą mogli w jakiś sposób kontynuować działalność, ta wyspa względnej samodzielności w kraju rządzonym przez dyktatora będzie się pomniejszała. Żadna dyktatura nie trwa jednak wiecznie, Łukaszenka też będzie musiał oddać władzę, jednak na razie broni jej bardzo brutalnymi metodami.


Piotr Kościński razem z Agnieszką Romaszewską-Guzy, dyrektor telewizji Biełsat, jest współautorem petycji „Obywatelski głos w obronie praw człowieka Białorusinów i Polaków mieszkających na Białorusi”, dostępnej w serwisie Petycjeonline.com.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 16(45) 17-23/04/2021