Ojcowska strona mocy

W pierwszą niedzielę czerwca obchodzimy na Litwie Dzień Ojca
| Fot. Marian Paluszkiewicz

W pierwszą niedzielę czerwca obchodzimy na Litwie Dzień Ojca. O tym, czym jest dla niego ojcostwo, co chce przekazać dzieciom i jakie są jego obawy, opowiada „Kurierowi Wileńskiemu” Czesław Naniewicz, ojciec dwójki adoptowanych dzieci, inicjator Ojcowskiego Klubu Tato.Net w Wilnie i jeden z liderów ruchu Mężczyźni św. Józefa na Litwie.

Żyjemy w centrum Europy, krzyżują się w nas doświadczenia poprzednich pokoleń, dziedzictwa ojców, tych, którzy pewien model pełnienia roli ojca przekazali kolejnym pokoleniom. Przez lata tkwiliśmy we wzorcu: ojciec – głowa rodziny, ustawiony w roli „zaopatrzeniowca”, a matka – lepsza w przedmiocie „wychowanie dzieci”. Na szczęście coraz częściej pojawia się wzorzec partnerski, a doświadczenia wskazują, że dziecko potrzebuje na równi obojga rodziców czynnie włączonych w cały proces dorastania i wychowania swoich dzieci.

Nie było i nie jest łatwo zmieniać stereotypy. Panowie sami też różnie do tego podchodzą, niektórzy nadal uważają, że mężczyzna w domu, przy dzieciach, w kuchni, wykonywujący wszystkie „te babskie” prace – pozbawiony jest męskości. Ale coraz więcej jest tych, którzy czują potrzebę bycia całym sobą w rodzinie, uczestniczenia w wychowaniu, kształtowaniu młodego człowieka, gdyż rozumieją, że dzieci potrzebują ojców zaangażowanych, którzy potrafią i chcą poświęcać im czas. To bardzo trudny temat, bo gdzie nabywać doświadczenie, skąd wiedzieć, jak to robić, jak godzić pracę, dom, rodzinę? Jak być dobrym ojcem?

Jeszcze 20 lat temu oferty dla rodziców nie były tak bogate jak teraz i nie było bezpośredniej propozycji dla ojców. Mężczyźni mogli brać udział w szkołach rodzenia i uczestniczyć w kursach przedmałżeńskich, w których spotykali się z tematem ojcostwa. Jednak spotkania te nie były przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn. Pytań i przemyśleń o rodzicielstwie pojawiało się wiele, ale brakowało materiałów, w których można by znaleźć odpowiedzi.

To zapotrzebowanie zaowocowało powstaniem w USA w 1990 r. National Center for Fathering, skupionego wokół portalu Fathers.com, której założycielem był dr Ken Canfield, specjalista w problematyce rodziny, autor wielu książek na temat ojcostwa, m.in. bestsellerowej „Serce ojca”. Inicjatywa ta odbiła się szerokim echem w Europie i na całym świecie. W Polsce powołano inicjatywę Tato.Net. Została uruchomiona w 2004 r. przez Fundację Cyryla i Metodego. Inicjatywa ta została przyjęta z entuzjazmem również na Litwie i tak powstał Ojcowski Klub Tato.Net w Wilnie, którego jednym z inicjatorów był Czesław Naniewicz, ojciec dwójki adoptowanych dzieci. „Kurier Wileński” przeprowadził z nim rozmowę z okazji Dnia Ojca.

Indiańskie przysłowie mówi, że do wychowania dziecka jest potrzebna cała wioska. Ojcowski Klub Tato.Net jest taką wioską
| Fot. archiwum prywatne

Co było impulsem do powstania wileńskiego stowarzyszenia ojców?

Wraz z żoną pragnęliśmy mieć pełną rodzinę. Po latach zdecydowaliśmy się na adopcję. Była to z naszej strony odpowiedzialna i przemyślana decyzja. Przeszliśmy wiele szkoleń, uczęszczaliśmy na kursy adopcyjne, które trwały dziewięć miesięcy. Po kursie dla rodziców adopcyjnych wiedziałem, że odpowiedzialne ojcostwo jest ważne i że można, a nawet trzeba się go uczyć. Zapoznałem się wtedy z książkami Kena Canfielda i zafascynowało mnie, co on robi dla rodziny, dla ojcostwa. Pomyślałem, że w naszym środowisku takie koło ojców też ma sens. Nawiązałem kontakt z działającym już w Polsce Tato.Net w Lublinie, z dr. Dariuszem Cupiałem, i powstała ścisła współpraca między nami, owocująca spotkaniami, sympozjami, plenerowymi imprezami, również z dziećmi. Co roku organizowane jest w Polsce Forum Tato.Net, w którym uczestniczymy. Tato.Net jest powołane do tego, by realizować inicjatywy i projekty adresowane do całych rodzin tak, aby budować rodziny silne obecnością ojca.

W 2014 r. zorganizowałem warsztaty dla ojców „Bliżej – pełna łączność”. Pod koniec warsztatów trener z Tato.Net zachęcił do założenia OK (Ojcowskiego Klubu). Indiańskie przysłowie mówi, że do wychowania dziecka jest potrzebna cała wioska. Warsztat pokazał, że jako ojcowie możemy się dzielić swoim doświadczeniem i wspierać jeden drugiego w cięższych chwilach, a Ojcowski Klub jest właśnie takim miejscem.

Czytaj więcej: Rodzina wobec wyzwań współczesności

Ilu jest takich wspaniałych tatusiów?

Na spotkaniach stricte ojcowskich spotyka się od 5 do 10 ojców. Ostatnio jednak, z powodu kwarantanny, od ponad roku są one zawieszone. Latem ub.r. jeszcze udało się zorganizować, jak każdego roku od pięciu lat, „Przygodę ojca z dzieckiem”, tzn. spływ kajakowy. Na imprezach z dziećmi aktywność jest większa. Ostatnio na kajakach stawiło się 18 załóg ojciec–dziecko. Takie trzy dni z dzieckiem, bez mamy, to prawdziwa wyprawa pełna przygód, często z elementami szkoły przetrwania (survivalu). To aktywny wypoczynek z edukacją przez zabawy. To czas, kiedy można porozmawiać bez pośpiechu, w odcięciu od codziennych obowiązków, od szkoły, pracy. Dziecko widzi innego ojca. Wtedy budują się relacje między ojcem a dzieckiem, przez trud i wysiłek fizyczny: wiosłowania, wodowania, kuchni polowej, rozpalania ogniska. Wtedy tworzy się rodzaj wspólnoty. Oprócz tego organizowaliśmy wspólne z dziećmi budowanie szpakówek (karmników dla ptaków), strzelanie z łuku i kuszy (arbaleta), zimą wiktorynę rodzinną i jazdę na sankach. Pomagaliśmy w szkole zorganizować turniej szachowy.

| Fot. mat. pras.

Czy żona popierała tego typu Pana aktywność? Nie miała nic przeciwko?

Szczerze mówiąc, na początku miała pewne opory co do spotkań stricte męskich, ale teraz popiera aktywność ojców z dzieckiem i przekonała się, że wynikają z tego korzyści dla ojca.

Z naszej rozmowy przed laty pamiętam, że chcieli Państwo adoptować jedno dziecko, ale gdy zobaczyliście rodzeństwo, od razu zdecydowaliście, że dzieci muszą być razem.

Na początku, przed kursem, myśleliśmy o jednym dziecku. Podczas kursu dowiedzieliśmy się, że rodzeństw się nie rozdziela i dlatego dla nich są mniejsze szanse na adopcję.

Takie zjawisko jednak ma miejsce i stanowi duży procent wśród adopcji. W Polsce Fundacja „Zerwane Więzi” uruchomiła nawet kampanię „Nie niszcz więzi, powiedz STOP rozdzielaniu rodzeństwa”. Tym bardziej jest to chwalebne, co Pan z żoną zrobiliście, nie rozdzielając brata od siostry.

Zdaliśmy sobie z żoną sprawę, że możliwość wspólnego wychowywania się rodzeństwa biologicznego jest bardzo ważna. Szczególnie jeśli dzieci żyły już ze sobą przez jakiś czas. Rozdzielanie ich byłoby w takim momencie okrutne.

Jak długo trwały wszystkie formalne sprawy adopcyjne? Czy to była trudna droga?

Krok po kroku: wypełnianie podania i ankiety, określenie, o jakie dziecko czy dzieci nam chodzi, czekanie na propozycje, wyjazdy na zapoznanie się z dziećmi, adopcja. Od decyzji do adopcji mija mniej więcej 1,5 roku. Kurs i atestacja to 9 miesięcy (prawie tak jak ciąża). Najpierw kurs, później atestacja (opinia prowadzących kurs i psychologa, czy nadajemy się na rodziców).

Jakie były początki? Jak Państwo znaleźliście się jako pełna rodzina?

Początki były fajne, ale i trudne. Żona była w lepszej sytuacji, ponieważ miała zaoszczędzone dni urlopu i przez dwa miesiące mogła pozostać z dziećmi w domu. Miała czas na nawiązanie relacji. Wtedy jeszcze rodzice adopcyjni nie mogli brać urlopu odpłatnego na dzieci adoptowane. Ja natomiast pracowałem, dlatego nawiązanie kontaktu z dziećmi w moim przypadku trwało dłużej. Trudności były ze znalezieniem przedszkola. Teraz takie dzieci, o ile wiem, są przyjmowane do przedszkola poza kolejką.

Czy padały ze strony dzieci trudne pytania? Jak sobie z tym radziliście?

Dzieci wiedzą, że są adoptowane. Na takie pytania nauczyliśmy się odpowiadać na kursie dla rodziców adopcyjnych, co ważne – zrozumieliśmy także, dlaczego to trzeba robić.

Jak Pan spędza czas z dziećmi, jakie macie teraz relacje?

Pomimo pracy i obowiązków staram się spędzać czas z rodziną wspólnie i oddzielnie z każdym członkiem rodziny. Czasem dla rodziny u nas jest niedziela. Razem jedziemy na mszę świętą, później jest obiad, potem w zależności od pogody jeździmy na rowerach, spacerujemy z psami, gramy w gry planszowe itp. Staramy się na co dzień razem odmówić pacierz poranny i wieczorny, zjeść przynajmniej jeden posiłek wspólnie, wyjść wieczorem na spacer z psami, kiedy jesteśmy na wsi. Od czasu do czasu zabieram ze sobą córkę lub syna w podróż służbową lub w sobotę coś robimy wspólnie, aby pobyć z dzieckiem sam na sam. Nie jest tak każdego dnia, ale bardzo się staramy.

Co dla Pana znaczy ojcostwo, bycie ojcem?

Dla mnie bycie ojcem to dar od Pana Boga. Bóg dał taki dar, daje odpowiedzialność i pomysły do wychowania i przygotowania dzieci do samodzielnego oraz odpowiedzialnego życia.

Czytaj więcej: Dla każdego dziecka najważniejszą wartością jest rodzina

Jest coś, czego boi się tata?

Boję się utraty więzi. Dzieci dorastają, zacznie się pewnie rodzaj buntu z ich strony. Będzie mi zależało, z mojego rodzicielskiego, ojcowskiego punktu widzenia, żeby ten nastolatek, buntując się, cały czas mnie lubił. Kiedy będzie miał już lat 20 i przejdzie fazę buntu, chcę, żeby swobodnie podchodził do mnie, obejmował mnie za szyję i mówił: „Chodź, tato, pogadamy”. Nie chciałbym, żeby ten bunt zakończył się zerwaniem więzi czy obojętnością. Chciałbym, żebyśmy byli przyjaciółmi.

A czego się boi się tato w relacji z córką? Stereotyp mówi, że ojciec bardziej pilnuje córki niż syna…

Bo córka jest pewnie bardziej narażona na opresyjność świata. Oczywiście, mam lęki o nią, ale są chyba takie same, jak lęki mojej żony – o bezpieczeństwo, o ten moment wyjścia w szeroki świat. A jako ojciec w jej przypadku też boję się nieuchronnego – że dorośnie, stanie się niezależna i pójdzie w świat. Ale do tego przecież wychowujemy dzieci.

Najważniejszym zadaniem jest przekazać dzieciom wiarę chrześcijańską. W niej są najlepsze wzorce, ponieważ objawił je Bóg
| Fot. archiwum prywatne

Czego od ojca może się nauczyć syn, a czego córka?

Sądzę, że od ojca syn może się nauczyć męskości, jak być mężem i ojcem. A córka – jaki powinien być mężczyzna, mąż i ojciec jej dzieci.

Jakie wzorce chce Pan im przekazać?

Najważniejszym zadaniem jest przekazać wiarę chrześcijańską. Wiem, że w niej są najlepsze wzorce, ponieważ objawił je sam Bóg. Jak powiedział na rekolekcjach dla mężczyzn założyciel ruchu Mężczyźni św. Józefa Donald Turbitt: „Panowie, czy będziecie szczęśliwi w raju, widząc, że wasze dzieci i wnuki są w piekle?”.

Przystąpił Pan do ruchu Mężczyźni św. Józefa. Czym Pana przyciągnęła ta grupa? Co daje Panu przynależność do tej wspólnoty?

Po poważnym wypadku samochodowym, w którym mogłem zginąć, zadałem sobie pytanie: co dalej, czy jest coś więcej? Wcześniej byłem katolikiem BMW, czyli „bierny, mierny, ale wierny”, tzw. katolikiem niedzielnym. Szukałem w internecie czegoś na temat wiary mężczyzny i trafiłem akurat na stronę mezczyzni.net, gdzie przeczytałem: „Jak być mężczyzną w XXI w. i pozostać wiernym?”. W moim sercu zasiano pomysł, aby ruch Mężczyźni św. Józefa uruchomić na Litwie. A dalej to już przeznaczenie. Na początku 2018 r. znajomy powiadomił mnie, że będą rekolekcje dla mężczyzn i poprowadzi je założyciel ruchu ze Stanów Zjednoczonych, Donald Turbitt. I tak się potoczyło dalej, powstała grupa MŚJ w Wilnie, przy franciszkanach na ul. Trockiej.

Jak widać, dąży Pan do tego, aby nic w życiu nie zmarnować, nie przegapić, postępować uczciwie i sprawdzić się jako prawy, dobry mąż, ojciec i mężczyzna…

Tak, staram się odnaleźć Boży plan dla mnie. Część planu już znam – być chrześcijaninem, mężczyzną, mężem i ojcem. Pozostałą część jeszcze trzeba poznać. Niestety, jestem prostym człowiekiem i dużo już życia zmarnowałem, wiele rzeczy przegapiłem. Raniłem bliższych i dalszych ludzi, to są moje błędy, z których wyciągam wnioski i które pomagają wzrastać i iść dalej, aby poznać ostateczny plan.

Czego sobie Pan życzy z okazji Dnia Ojca?

Nie mam żadnego dużego życzenia. Chciałbym, żeby zostało tak, jak jest. Nawiązałem z moimi dzieciakami fajną relację i chciałbym ją utrzymać. Każdy zdroworozsądkowy człowiek zdaje sobie sprawę, że nigdy nie będzie idealnie, że w relacjach między ludźmi, zwłaszcza między rodzicem a dzieckiem, zdarzają się nieporozumienia. Ale kiedy o tym wiemy, to potrafimy nad tym zapanować i nie pozwalamy nieporozumieniom nas zdominować. Myślę, że tak jest u nas i chciałbym, żeby to się nie popsuło w czasie, kiedy dzieci będą się rozwijały i dojrzewały. Moim życzeniem jest więc – niech będzie tak, jak jest.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 23(66) 05-11/06/2021