Sesja zdjęciowa jako terapia

Fot. Małgorzata Mozyro

Każda komercyjna sesja zdjęciowa poszerza moje myślenie – zapewnia Bartosz Frątczak. – Sesje indywidualne traktuję jako terapię dla kobiet – podkreśla Małgorzata Mozyro. O swoim ciekawym zawodzie „Kurierowi Wileńskiemu” opowiada dwoje wziętych wileńskich fotografów.

Użytkownik Facebooka lub innych mediów społecznościowych niekiedy spotyka się z ofertami zrobienia sesji indywidualnej lub rodzinnej. Fotografowie na różne sposoby próbują przyciągnąć klientów. Mimo dużej konkurencji nasi rozmówcy, Bartosz Frątczak oraz Małgorzata Mozyro, twierdzą, że z robienia zdjęć da się na Litwie żyć.

Od stosunków międzynarodowych do fotografii

Małgorzata Mozyro ukończyła stosunki międzynarodowe, przez kilka lat pracowała w Ambasadzie RP na Litwie. Dosłownie od kilkunastu dni zajmuje się jednak wyłącznie fotografią. To dla niej zarówno pasja, jak i zarobek.

– Przez ostatnie trzy lata łączyłam pracę na etacie i fotografię. Na początku traktowałam to jako możliwość spełniania swoich twórczych wizji. Z czasem liczba zamówień zaczęła rosnąć, podniosłam nawet ceny, chociaż nadal nie są one u mnie wysokie. Ostatnie dwa lata moje życie było tak napięte, że czasem płakałam ze zmęczenia. Latem po pracy miałam codziennie sesję zdjęciową. Miałam zajęte niemal wszystkie weekendy. Nocami retuszowałam zdjęcia. Pandemia mnie powstrzymywała przed rezygnacją z pracy na etacie. Był okres, kiedy działalność fotografów napotykała utrudnienia, więc myślałam sobie, że zostanę bez dochodów, jeśli teraz rzucę pracę. Kiedy obostrzenia związane z pandemią nieco zelżały, liczba klientów się zwiększyła. Mam co prawda mniej zamówień, jeśli chodzi o wesela, ale więcej sesji indywidualnych. Ludzie traktują to jako rozrywkę, której nam teraz tak brakuje. W maju tak mi się wypełnił kalendarz, że zrozumiałam, że teraz jest ten moment, żeby zrezygnować z pracy na etacie – opowiada Mozyro „Kurierowi Wileńskiemu”.

Fotografka nie żałuje 10 lat spędzonych przed biurkiem w placówce dyplomatycznej, ponieważ od młodości marzyła o pracy powiązanej z polityką. – Z czasem odkryłam jednak, że jestem człowiekiem twórczym, że denerwują mnie sztywne reguły, że potrzebuję swobody działania i wyrażania myśli. Pamiętam, jak przebiegały mnie ciarki, kiedy oglądałam zdjęcia dobrych fotografów. Zrozumiałam, że chcę tworzyć piękno. Kupiłam aparat, którym najpierw robiłam zdjęcia w podróży, z czasem przerzuciłam się na fotografowanie ludzi. Zaczęłam chodzić na lekcje do najlepszych fotografów, brać udział w specjalnych seminariach, no i bardzo dużo fotografowałam – dzieli się wspomnieniami.

Jedne drzwi się zamykają, inne się pootwierały

Bartosza Frątczaka to dziś jeden z najzdolniejszych i najbardziej znanych wileńskich fotografów. Na swoim koncie ma kilka wystaw indywidualnych. W czasie pandemii nie musiał na siłę szukać klientów, pozwalał sobie odmawiać.

– Pomimo wielu pytań i próśb nie przyjmowałem zleceń, jedynie odpowiadałem: „Napisz za miesiąc, zobaczymy, co powie minister zdrowia, może będziemy mogli się spotkać”. I tak przez ponad rok. Z drugiej strony – nigdy nie dałem się zaszufladkować, nie ograniczałem się do jakiejś kategorii zdjęć, np. z wesel czy komunii. O tej porze roku pewnie byłbym już po zdjęciach na Ostatnich Dzwonkach czy studniówkach w szkołach. W tym roku tego nie ma. Ale za to dostałem świetną propozycję pracy nad wystawą oraz zlecenie na zdjęcia współczesnego Wilna dla jednej z firm prawniczych, a w międzyczasie pracuję nad podobnymi zdjęciami dla jednego z samorządów. Mam bardzo ciekawe zlecenie na zdjęcia dokumentujące kręcenie serialu o Polakach na Litwie. Jakoś tak jest, że jedne drzwi się zamykają, a inne się pootwierały. I to, że w tym roku niektórych zleceń jest mniej, sprawiło, że starałem się pozyskiwać więcej projektów długoterminowych. W związku z tym jedyne, na co mógłbym narzekać, to na zbyt krótkie noce i dnie – zapewnia Frątczak w rozmowie z „Kurierem Wileńskim”.

Czytaj więcej: Satysfakcję daje sama fotografia

O wesela nie zabiegam

Oboje naszych rozmówców ma jednak pewne swoje specjalizacje, ulubioną kategorię zleceń. – W moim wypadku to zdecydowanie portrety, tzw. headshoty. Najwięcej jest zleceń od aktorów, którzy potrzebują zdjęć do portfolio, castingów, ale nie tylko. Ostatnio robiłem sesje na okładkę płyty litewskiego piosenkarza czy zdjęcia na profesjonalne serwisu typu LinkedIn dla pani historyk, a niedługo spotkam się z przyjaciółmi, by zrobić im sesję ciążową. Tego typu zdjęcia robię w studio zbudowanym w domu, choć podczas pandemii pracowałem trochę w plenerze. Jednak zdecydowanie do tego typu zdjęć wolę tę intymność, którą daje domowe zacisze – podkreśla Frątczak.

Chociaż prywatnie woli ambitniejsze projekty zdjęciowe, to nie widzi żadnych przeszkód w fotografowaniu wesel lub komunii. Jego zdaniem tego typu zlecenia wzbogacają warsztat. – Każde komercyjne zlecenie sprawia, że poszerzam swoje myślenie, spojrzenie na świat i rzeczy. Jest jedna rzecz, której panicznie się boję – powtarzalność i schematy. I właśnie te przeróżne zlecenia pomagają mi pozostać w formie, działają trochę jak siłownia na mój mózg i dodają świeżości do fotograficznego spojrzenia. Choć jest kilka schodów do pokonania. Jeśli chodzi o wesela czy komunie, to o nie specjalnie nie zabiegam i zbyt dużo ich nie robię. Przeważnie jest to polecenie od znajomych znajomego. Ponadto bardzo się pilnuję, żeby mieć przestrzeń dla zdjęć kreacyjnych, które potrzebują czasu i nieco swobody – zaznacza fotograf.

Przekonać, że nadal jest piękna

Specjalizacja Małgorzaty Mozyro to przede wszystkim indywidualne sesje zdjęciowe. W większości przypadków jej klientami są kobiety. – Ostatnio sesje indywidualne to mój główny kierunek fotograficzny, czasem traktuję je jako terapię dla kobiet, które czują się nieatrakcyjne. Po otrzymaniu zdjęć są szczęśliwe i wraca do nich wiara w siebie, w to, że są piękne. Jestem przekonana, że każdego człowieka można sfotografować atrakcyjnie, wystarczy tylko dostrzec w nim piękno, umiejętnie pokierować światłem, dobrać wizerunek. Jedna z moich klientek po rozstaniu z facetem i totalnym załamaniu przyszła do mnie na fotosesję. Po otrzymaniu zdjęć stwierdziła, że potrzebowała właśnie tego, a nie kolejnej sesji u psychologa. Musiała po prostu przekonać się, że nadal jest kobieca, wrażliwa i piękna – opowiada fotografka.

Jej „modelki” doceniają sesje u niej, ponieważ nie muszą się o nic troszczyć. Małgorzata zapewnia im sukienki, makijaż oraz fryzurę. – Moim stylem rozpoznawczym stały się zdjęcia nasycone kolorystycznie, związane z przyrodą, z siłami natury. Sama bardzo lubię przyrodę i jest ona dla mnie najlepszą terapią, dlatego też robię takie zdjęcia. Z drugiej strony – fotografia studyjna daje bardzo ciekawe rozwiązania świetlne. Jesienią, jak już skończę remont, zamierzam otworzyć studio w domu, gdzie będę robić sesje ciążowe, erotyczne i portrety – dodaje rozmówczyni.

Czytaj więcej: Bartosz Frątczak : Nie zatrzymuję niczego dla siebie, dzielę się z czytelnikami

Komfortowa atmosfera

Bardzo ważne jest nawiązanie kontaktu z klientem jeszcze przed wykonaniem samego zlecenia. – Już ten pierwszy kontakt, jeszcze przed zdjęciami, jest ważny. Staram się wyjaśnić wszystko, co tylko wyjaśnić mogę, by w chwili samych zdjęć nie było momentów, gdy między mną a osobą, którą fotografuję, powstało jakieś zakłopotanie. Dla przykładu, można przynieść swoją muzykę, którą będziemy słuchać podczas sesji, a ja nie będę nikogo zamęczać barokowym winylem. Czy to, że mam psa – niby nic, wszyscy go kochają, ale może ktoś jest alergikiem albo się boi psów. Wiem, że trudno bać się mojego psa Becketta, wręcz przeciwnie, uważam, że on sam odstresowuje i jest przyjacielski, ale klient dowiaduje się o tym wcześniej, bo wysyłam jego zdjęcie i go opisuję. Staram się wprowadzić klienta w każdy element sesji i naszego przyszłego spotkania, by miał wrażenie, że mnie zna i że otoczenie jest przyjazne – opisuje swoją pracę Frątczak.

Podobnie jest w przypadku Mozyro. – Z każdym klientem omawiam indywidualnie przebieg fotosesji oraz oczekiwany efekt. Każda z nas jest inna – jedna chce być księżniczką w romantycznej, zwiewnej sukience, druga – sexy wampem, a jeszcze inna leśna nimfą albo rusałką. Wiele kobiet realizuje jakieś swoje głęboko ukryte wizje. Miałam fotosesję na cmentarzu, w opuszczonej fabryce, bardzo często fotografuję latem w wodzie albo nagie kobiety, które stapiają się z naturą. Jeśli mam sesję rodzinną, to doradzam, co zabrać ze sobą, żeby fajnie wyszło na zdjęciach i jak dobrać stroje – tłumaczy fotografka.

Paradoks fotografa

Oboje nasi rozmówcy nie wyobrażają sobie życia bez zdjęć, ale sami raczej nie przepadają za oglądaniem siebie na fotografiach. Chociaż nie zawsze i nie wszędzie. – Nigdy nie lubiłam być fotografowana, bo myślałam, że jestem zbyt pulchna, żeby ładnie wyjść na zdjęciach, ale odkąd sama zaczęłam fotografować, zrozumiałam, jakie są techniki i sposoby, żeby wyjść na zdjęciu dobrze. Wiem też, jak ważne jest, żeby fotografa darzyć zaufaniem i móc się przy nim rozluźnić. Najczęściej fotografuje mnie mój partner. W mojej głowie jest tak dużo pomysłów, że nie wszystkie mam możliwość zrealizować podczas pracy z moimi klientami, dlatego robię eksperymenty na sobie. Ostatnio obudziłam mojego mężczyznę o piątej rano i mówię: „Pakuj drabinę, jedziemy robić sesję na jeziorze”. Udały się świetne zdjęcia, które są bardzo mocne w przekazie. Wyglądało, jakbym stała na wodzie. To jest dla mnie również możliwość wyrażenia siebie – dzieli się wrażeniami Mozyro.

Bartosz natomiast nie lubi „robić za modela”. – Oczywiście, jest kilka takich „turbozdjęć” ze mną w roli głównej, które uwielbiam. Zarówno to, w jaki sposób ktoś mnie uchwycił na fotografii, jak i samo zdjęcie – te wszystkie walory estetyczne, choćby kompozycja. O ile nie mam problemu ze sobą na zdjęciach, to samo pozowanie czy moment samego zdjęcia (jeśli wiem, że jest robione), bycie po drugiej stronie aparatu jest dla mnie trudne. Taki paradoks fotografa, który nie może się odnaleźć w sytuacji, gdy nie on fotografuje, a fotografują jego – dodaje Frątczak.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 23(66) 05-11/06/2021