Nikogo nie rozliczam z historii. Chcę tylko zachować pamięć

Aneta Anra (ur. w 1980 r.) – pisarka młodego pokolenia, autorka czterech powieści i dwóch sztuk teatralnych. Jej najnowsza książka „Jehudit. Pasaulis galėtų būti toks gražus” [pol. Jehudit. Świat mógł być taki piękny] opowiada o Holokauście z perspektywy świadków wydarzeń tego okresu. Głównymi bohaterkami książki są Judit (Dita) Zupavičiene-Sperlingiene – Żydówka, więźniarka getta w Kownie i KL Stutthof, oraz Polka Hanna Stużnowska-Balsienė, która jako 10-letnia dziewczynka brała udział w ukrywaniu w jej rodzinnym domu zagrożonych Żydów.
| Fot. archiwum Anety Anry

Przez pryzmat tragedii jednego człowieka można dostrzec grozę i absurd wojny w sposób bardziej rzeczywisty niż poprzez naukę statystyk z podręczników – twierdzi Aneta Anra, pisarka, która swoją najnowszą książkę poświęciła świadkom Holokaustu na Litwie.


Spotykamy się na Zarzeczu, w twoim ulubionym miejscu. Dlaczego właśnie tutaj?

Najchętniej przeze mnie odwiedzane dzielnice Wilna to Zarzecze i Zwierzyniec. Na Zwierzyńcu wyrosłam, teraz również tam mieszkam. Żartuję, że w życiu niewiele się ruszam. Żyję pomiędzy dwoma domami swojej mamy – z dzieciństwa i młodości.

Są też inne powody. Od czasu, gdy zaczęłam się bardziej interesować historią Wilna, unikam Starówki. Może to dziwne, ale tak zapadł mi do serca cały koszmar Holokaustu – przecież duża część Starego Miasta to dwa getta, w czasie likwidacji których mordowani byli ludzie… Jaki strach i ból tam oni przeżywali? Chodząc po tych ulicach, myślę o okrucieństwie, jakie tu miało miejsce, przerażeniu, przeczuciu śmierci… Brama getta była tuż obok winiarni, którą kiedyś bardzo lubiłam. W tym miejscu naziści sprawdzali przechodzących ludzi i nie tylko bili za kawałek schowanego chleba; mogli nawet zabić za woreczek fasoli. Idąc ul. Dominikańską, cały czas przypominam sobie opowiadania bohaterki mojej książki, pani Hanny, o zabijanym deskami przejściu na ul. Szklaną, gdzie tworzono getto. Właśnie dlatego, żeby spotkać się z przyjaciółmi na filiżankę kawy, wybieram miejsca, gdzie nie było getta.

Lubię Zarzecze, bo nie jest tak obciążone trudną przeszłością. Jesteśmy w małej rodzinnej kawiarence, gdzie napisałam swoją książkę „Niki”, a niedaleko znajduje się dom innej bohaterki mojej książki, pani Aleksandry Drzewieckiej. Zarzecze 5 to adres, gdzie w piwnicy ta samotna polska babcia przechowywała sieroty i biedaków z getta w czasie wojny. Dużo czasu spędzam na Zarzeczu z moimi synami. Mieszkaliśmy tu kiedyś i to był wspaniały czas – aura tej dzielnicy jest wyjątkowa. Czuję się tu jak w domu.  

Dwa tygodnie temu do księgarń trafiła twoja najnowsza książka „Jehudit. Pasaulis galėtų būti toks gražus” [pol. Jehudi. Świat mógłby być taki piękny]. Dlaczego zdecydowałaś się na podjęcie tematyki Holokaustu?

Nie mam wątpliwości, że nie zaczęłabym pisać na temat Holokaustu, gdybym nie poznała bohaterki mojej książki, Dity. Do naszego spotkania niewiele wiedziałam o tej części historii, miałam jedynie jakieś ogólne wyobrażenie na ten temat. Naprawdę nie pamiętam, żeby mówiono o tym w szkole, choć skończyłam ją już w niepodległej Litwie. Zastanawiam się, dlaczego tak było. Dziś, z tego co wiem, jest przeznaczona na ten temat jedna lekcja. Dita została mi przedstawiona przez przyjaciela. Poszłam więc na spotkanie z ciekawą kobietą, o której wiedziałem tyle, że w czasie wojny była więziona w kowieńskim getcie, potem w KL Stutthof, przeżyła marsz śmierci i że w obozie miała ze sobą podartą apaszkę, która przypominała jej o kobiecości.

W czasie pierwszego spotkania Dita zaczęła mi opowiadać o wojnie. Dowiedziała się, że jestem pisarką, i opowiadała, bo nie chciała, by jej historia odeszła wraz z nią. Wtedy uświadomiłam sobie, jak mało mam wiedzy o tym okresie. Nie wiedziałam, co robiła policja w kowieńskim getcie ani kim byli „baltaraiščiai” [tu: potoczna nazwa litewskich sprawców mordów na Żydach – przyp. red.]. Otwierałam szeroko oczy i słuchałam, a po naszym spotkaniu pobiegłam do biblioteki żydowskiej i wypożyczyłam kilka książek. Wszystko zaczęło mi się rozjaśniać. Podczas naszego kolejnego spotkania moje pytania były już bardziej celne, konkretne. Wkrótce zaprzyjaźniłam się z Ditą i zaczęłam odwiedzać ją systematycznie, po kilka razy w tygodniu, a tematy naszych rozmów bardzo się poszerzały.

Hanna Strużanowska-Balsienė z autorką książki
| Fot. archiwum Anety Anry

Czytaj więcej: U doktor Strużanowskiej pół Wilna się urodziło

Jaką kobietą jest dziś Dita? Co najbardziej Cię w niej zafascynowało?

Dita ma już 99 lat. Patrząc na nią, przestałam bać się starości. Skoro ona może być tak szczęśliwa i pełna życia, to starość też może być piękna. Od 1972 r. mieszka w Tel Awiwie, ale każdego lata odwiedza Wilno. Korespondujemy ze sobą, dzwonimy do siebie, nie ma dnia bez dwóch, trzech wiadomości. Rozmawiam z nią o wszystkim – mogę jej powiedzieć najtajniejsze rzeczy i wiem, że dostanę mądrą radę. Dziękuję losowi za spotkanie z tak mądrą kobietą, która bardzo wiele zmieniła w moim życiu.

A Hanna Strużanowska-Balsienė? Jak wspominasz rozmowy z nią?

Za spotkanie z panią Hanną jestem wdzięczna tobie, bo historię jej rodziny poznałam właśnie dzięki twojej książce, „Tak teraz postępują uczciwi ludzie… Polacy z Wileńszczyzny ratujący Żydów”. Dla mnie ta historia to opowieść o sile kobiet. Rozmowy z panią Hanną nie były tak bolesne jak z Ditą, choć w jej opowieści również jest niemało takich miejsc, przy których nie mogę wstrzymać łez, gdy czytam własną książkę. Nawet czasem tak smutno żartuję, że niewielu jest pisarzy, którzy płaczą, czytając własne książki, a ja płakałam wiele razy, zanim moja książka trafiła do drukarni. W opowieści Pani Hanny jest jednak bardzo wiele światła i dobrych wspomnień, np. o ojcu, Edmundzie Strużanowskim, którego zobaczyła dopiero 17 lat po wojnie. W 1939 r. jako oficer Wojska Polskiego wyruszył walczyć, a tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności uniknął losu zamordowanych w Katyniu. I oczywiście mama Hanny, Janina Strużanowska, która pozostała sama z dwojgiem dzieci, a mimo to nie bała się w swoim domu stworzyć kryjówki dla czterech osób, w czym pomagał jej też ukrywający się polski żołnierz, Tadeusz Lara. Cała ta opowieść jest symbolem dobra, ale także siły.

Wizyty u pani Hanny miały dla mnie też wymiar osobisty. Czułam się u niej jak w domu. Moja mama jest z polskiej rodziny, moi dziadkowie rozmawiali ze mną tylko po polsku, to jest język mojego dzieciństwa. Cała rodzina mojego dziadka wyjechała po wojnie do Polski, on pozostał tylko z miłości do babci. Mama wychowała się na Zwierzyńcu, najpierw chodziła do polskiej szkoły, dopiero jako 9-latka przeszła do litewskiej. Poszła do dyrektora sama prosić o przyjęcie, a on kazał jej wrócić z rodzicami. Babcia, która nie znała nawet litewskiego, powiedziała wówczas po polsku: „Skoro dziecko chce, niech idzie”. Mama mówi świetnie po polsku, tłumaczyła oficjalną korespondencję Litewskiego Uniwersytetu Edukologicznego z uczelniami w Polsce. Z dzieciństwa pamiętam gości z Polski i to, jak pięknie dla mnie wtedy brzmiał ich język i jak wspaniale wyglądały przywożone przez nich lalki i inne prezenty. Swoją babcię, która już niestety nie żyje i nie poznała swoich wnuków, kochałam bardziej niż wszystko inne na świecie, a pani Hanna bardzo mi ją przypomina – przez podobny sposób mówienia, dobroć i delikatność, z jaką rozmawia z moimi synami. Oni również bardzo się cieszą, gdy możemy ją odwiedzić.

Rodzina Strużanowskich, ostatnie wakacje razem, 1938 r.
| Fot. archiwum Hanny Strużanowskiej-Balsienė

Piszesz o wydarzeniach historycznych, lecz nie z perspektywy historyka, ale autorki tworzącej bardziej w obszarze literatury pięknej. Nie pozwalasz sobie jednak na zbyt dużą ingerencję w wypowiedzi twoich rozmówczyń. Dlaczego zdecydowałaś się na taką formę, jaką ostatecznie przybrała twoja książka?

Chciałam, aby opowieść Dity i Hanny były dokumentalnym świadectwem. Właśnie dlatego w mojej książce są one wyróżnione inną czcionką. Wydawało mi się niedopuszczalne, abym jako człowiek, który, dzięki Bogu, nie doświadczył okropności wojny, fantazjowała na ten temat, tworzyła dialogi czy sztuczne sytuacje. Dążyłam do wierności opowiadaniu, a obie moje bohaterki opowiadały w tak bardzo obrazowy sposób, że tak na prawdę nie musiałam nic tworzyć ani dodawać – pisałam niemal scenariusz do filmu.

Opowiadasz o wojnie przede wszystkim z perspektywy dwóch bohaterek. Jedna z nich jest Żydówką, a druga – Polką. Jakie miejsce w tej opowieści zajmują Litwini?

W książce jest jedna historia Litwinów – to historia filozofa Algirdasa Gaižutisa i jego rodziny. Usłyszałam ją od pana Algirdasa, jeszcze zanim poznałam Ditę, i chciałam wtedy napisać książkę o jego rodzinie. Teraz jego historia stała się częścią książki: są w niej partyzanci, łącznicy i chłopiec ukryty łachmanach przed NKWD, mieszkający z babcią – jedyną osobą pozostałą z całej rodziny.

Czytaj więcej: Upamiętnienie ofiar Holokaustu wierszem Wisławy Szymborskiej

Nie chciałaś piać o litewskim współudziale w Holokauście?

Na pewno nie chciałam rozliczać Litwy z jej historii. Przede wszystkim nie czuję się do tego upoważniona, bo nie jestem historykiem, a uważam, że tylko historycy, którzy prowadzą poważne badania na ten temat, mogą oceniać tego rodzaju wydarzenia. Ja chciałam tylko przekazać jak najwierniej opowieść moich bohaterek, zachować ich pamięć, to, co przeżyły. A one o Litwinach nie mówiły, więc po prostu nie miałam powodu, by rozwijać ten temat.

Judit (dita) Zupavičienė-Sperlingienė i Aneta Anra
| Fot. archiwum Anety Anry

Twoje dwie wcześniejsze powieści mają charakter autobiograficzny. W tej też jest wiele Ciebie, piszesz o swoich przeżyciach. Książka powstawała w czasie, kiedy byłaś w ciąży. Czy rozmowy z Ditą i Hanną Strużanowską-Balsienė wpłynęły na to, jak przeżywałaś ten czas, jak patrzysz na swoje macierzyństwo?

O wiele lepiej zrozumiałam to, co wcześniej przeżywał mój mąż, gdy tworzył scenografię do spektakli Gintarasa Varnasa „Getto” i Oskarasa Koršunovasa „Nasza klasa” na podstawie sztuki polskiego dramatopisarza Tadeusza Słobodzianka. Pamiętam jego nastrój w tym czasie. Gintaras Varnas organizował wycieczki dla grup twórczych i aktorów, chodzili w Wilnie po miejscach, gdzie były getta, z historykiem Holokaustu Ilyą Lempertem, który wygłaszał wykłady. W tym czasie urodził się nasz pierworodny syn, a mój mąż wracał do domu po wycieczkach lub wykładach całkowicie przytłoczony. Pytałam, czy może mi opowiedzieć, a on mówił, że nie chce rozmawiać o tym horrorze. Dopiero później powiedział mi, że był tak głęboko poruszony tym tematem, że płakał w nocy, myśląc o tym, czego się dowiedział. Najbardziej poruszały go historie o mordach na dzieciach, a nasz syn miał wtedy kilka miesięcy. Mówił, że może łatwiej byłoby mu znieść te opowieści, gdyby jeszcze nie był ojcem, ale on już wiedział, co oznacza mieć własne dziecko. Ja również przeżywałam głęboko ten wątek.

Pamiętam, jak czytałam dzienniki Avrahama Tory’ego, który w swoich zapiskach przekazał całą historię getta w Kownie. Jego świadectwo jest wstrząsające. Byłam już w zaawansowanej ciąży, niedługo miał się urodzić nasz drugi syn, a ja czytałam dziennik i wiedziałam, że niedługo dojdę do miejsca, gdzie będzie opisana „akcja dziecięca”, i po prostu bałam się tych stron. Okazało się jednak, że ich nie ma. Po prostu zaginęły po wojnie. Oczywiście, jest to wielka strata dla historii, ale ja odetchnęłam z ulgą…

W tym roku mija 80 lat od zagłady większości litewskich Żydów. W 1941 r. zamordowanych zostało ok. 80 proc. z nich. Jak chciałabyś, żeby ta rocznica była upamiętniona?

Trudno mi mówić o tym ogólnie. Patrzę ze swojej perspektywy, jako pisarka. Jest wiele książek o Holokauście czy też o deportacjach na Sybir, po które jednak z trudem sięgają czytelnicy. Myślę, że bardzo ważne, by przy tak ważnym temacie unikać interpretacji, charakterystycznych dla literatury pięknej. Co gorsza, nierzadko, np. wycieczki do Auschwitz, są reklamowane w taki sposób, jakby były to wydarzenia rozrywkowe. O takich tragediach nie wystarczy przypominać okazjonalnie – jest data, mówi się o nich, a potem wszystko się zapomina do kolejnej rocznicy. Chciałabym, żeby książki o tej części naszej historii dotarły do młodszego pokolenia – tak jak ten temat trafił do mnie. Myślę, że przez pryzmat tragedii jednego człowieka można dostrzec grozę i absurd całej wojny w sposób bardziej rzeczywisty niż poprzez naukę statystyk z podręczników.

Byłam już na spotkaniu z uczniami jednego z wileńskich gimnazjów, rozmawialiśmy przez dwie godziny o mojej książce, jej bohaterkach. To niewiarygodne, jak bardzo zainteresowali się tymi historiami i jakie trafne spostrzeżenia napisali na temat książki. A ile mieli pytań! Jestem pewna, że ten temat naprawdę ich obchodzi – wystarczy znaleźć klucz.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 24(69) 12-18/06/2021