Piotr Cyrwus: „Mam, czego chciałem”

Aktorstwo jest wspaniałym zawodem, ale sam proces zdobywania pracy, bycie nieustannie na topie, by móc te role otrzymać, wymaga ogromnego wysiłku — mówi „Kurierowi Wileńskiemu” popularny polski aktor Piotr Cyrwus.

Piotr Cyrwus
| Fot. Marian Paluszkiewicz

20 czerwca kończy Pan 60 lat. To dużo dla aktora? A może nadal czuje się Pan młodym aktorem?

Musi mi pani to wypominać? (Śmiech).

Byłem młodym aktorem chyba do 27. roku życia. Już wtedy mi to przeszkadzało, bo każdy reżyser mówił mi, że muszę się zestarzeć, żeby grać te główne role, więc dostawałem role nastolatków. Zagrałem przez ten okres chyba wszystkich Walków i bardzo z tego powodu cierpiałem.

Teraz mogę odpowiedzieć frazą ze sztuki: „Masz, czego chciałeś”. Gram różne role, dostaję wiele propozycji, więc faktycznie — tego chciałem. Cóż, Króla Leara czy Prospera mam jeszcze przed sobą. Nie wiem jednak, czy moim marzeniem jest umrzeć na scenie. Kiedyś tak było, ale teraz coraz wyraźniej dostrzegam, jaki to ciężki zawód, jak bardzo jesteśmy przez niego szarpani.

Co jest najtrudniejsze w tym zawodzie? Samo aktorstwo czy oprawa komercyjna wokół niego?

Aktorstwo jest wspaniałym zawodem, ale sam proces zdobywania pracy, bycie nieustannie na topie, by móc te role otrzymać, wymaga ogromnego wysiłku. I niestety, przeważnie nie otrzymujemy tego, co wkładamy w rolę, tej energii, siebie po prostu. Oczywiście teatr, samo bycie na scenie z widownią, oklaski jakoś to rekompensują.

Teraz, gdy kontakt z widownią był ograniczony przez pandemię, bardzo tego brakowało. Jednocześnie pojawiło się wiele propozycji filmowych, telewizyjnych i coraz częściej zastanawiam się, czy nie poddać się tylko tej muzie telewizyjno-filmowej.

Czytaj więcej: Powrót aktorów Polskiego Teatru „Studio” na Pohulankę

Ale to właśnie teatr był Pana celem, gdy rozpoczynał Pan swoją drogę jako aktor!

Tak, ale też już na samym początku tej drogi, chyba na drugim roku studiów, moja profesor Ewa Lasek, która była moją mistrzynią w szkole teatralnej w Krakowie, mówiła, że jak skończę szkołę, nie będę wychodził z telewizji.

Bardzo się wtedy denerwowałem, bo nie chciałem do telewizji. Chciałem grać w Teatrze Starym w Krakowie i być takim aktorem jak moi mistrzowie. Jednak ta przepowiednia się spełniła. Od razu trafiłem do telewizji, teraz również do internetu, którego sam nie cierpię, ale jest to droga do widza. Powiedzmy, że w moim przypadku to miłość z rozsądku.

Na pewno bardzo się cieszę, gdy gram w poważnych filmach, opartych na dobrej literaturze; dla aktora scenariusz to podstawa. Przez lata grałem też w serialu emitowanym w TV codziennie i wiem, jak wygląda ta praca. To właśnie codzienność, choć gra w serialu też wymaga umiejętności aktorskich i zaangażowania.

Na scenie Pohulanki po premierze „Emigrantów”, w których Piotr Cyrwus wystąpił z Edwardem Kiejzikiem
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Nie boi się Pan, że przejdzie Pan do historii jako Ryś z serialu „Klan”?

Nie, choć rzeczywiście, ludzka pamięć bywa wieczna. Przez lata rzeczywiście byłem Rysiem z „Klanu”, ale teraz dla wielu jestem wójtem Wąsem z „Pierwszej miłości”, a młodsze pokolenie może mnie kojarzyć z „Fanatyka”. Na pewno tego rodzaju rola w serialu jest większym obciążeniem dla osoby, która zaczyna karierę aktorską i jest zupełnie nieznana. Jako aktor muszę się jednak pogodzić z tym, że przyjmując rolę w serialu, staję się też ikoną popkultury.

Czasem warto z taką rolą się rozstać, przyjąć inne propozycje, wrócić do teatru, co też zrobiłem. Ale serial ma swoje plusy. W czasie pandemii nieraz zdarzało mi się pomyśleć: „A po co ja zostawiłem tego Ryszarda?! Tam było tak miło i spokojnie…”.

Gra Pan też w bardzo niespokojnych filmach i do takich na pewno można zaliczyć „Salę samobójców. Hejter”. Czy napięcie, które odczuwają widzowie przed ekranem, towarzyszy również aktorom na planie?

Tak, zwłaszcza gdy pracuje się z takim reżyserem jak Jan Komasa. Miałem okazję go poznać jeszcze jako Janka, bo przyjaźniliśmy się z rodziną jego rodziców. Praca z młodymi reżyserami w filmie jest dla mnie bardzo ważna, bo to często ludzie, którzy wspaniale znają się na materii, a Janek Komasa jest szczególnie wnikliwym obserwatorem aktora, który potrafi wycisnąć wszystkie soki nawet z małej rólki. Jeśli jednak chodzi o sam ciężar emocjonalny, jaki towarzyszy aktorowi w filmie, na pewno jest to łatwiejsze, bo to napięcie trwa krótko, a potem przychodzi odprężenie. Rolę teatralną nosimy w sobie przez bardzo długi czas.

To było przerażające w czasie pandemii, gdy pracowałem nad główną rolą w spektaklu „Edward II” w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. To współczesna kontynuacja „Tanga” Mrożka, w której Edek zostaje królem kamienicy. Podchodziliśmy do premiery kilka razy. Robiliśmy przygotowania, potem nagle musieliśmy wyjść z teatru, bo wprowadzono obostrzenia. Czułem się jak maturzysta przed maturą. Musiałem to w sobie trzymać przez kilka miesięcy, a ta rola to dwie godziny wielkich emocji na scenie. 

Z naszej rozmowy wynika, że w polskim filmie dobrze się dzieje.

Tak, myślę, że tak, zwłaszcza biorąc pod uwagę środki finansowe, jakimi dysponujemy. Nie brakuje dobrych scenariuszy, ostatnio mam okazję temu się przyglądać również jako ekspert Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. O tym, jak dobre jest polskie kino, świadczą najlepiej międzynarodowe nagrody, w tym Oscary.

Nigdy nie będziemy mieli takich budżetów jak w Hollywood, ale mamy podobne możliwości techniczne. Myślę, że naprawdę jest dobrze, i niewątpliwie jest to zasługa młodych reżyserów i operatorów, którzy są naprawdę świetnie przygotowani.

A jak jest w polskim teatrze?

Trudno mi o tym mówić, przede wszystkim dlatego, że od dwóch lat jestem poza teatrem państwowym. Uważam jednak, że sama struktura teatru państwowego w Polsce jest w tej chwili już niewydolna. To nie powinno dziwić, bo odkąd jestem w teatrze — już mi pani wypomniała wiek, więc mogę powiedzieć, że od 26 lat — ta struktura nie została zreformowana, poza redukcją zespołów. Niestety, relacje w polskich teatrach przypominają nadal relacje feudalne.

Ponadto polskie teatry państwowe mają małą możliwość wyjazdów do widza, właściwie tę sferę przejęły teatry prywatne, które przywożą przede wszystkim propozycje rozrywkowe. Dobre spektakle powstają tylko dzięki naszej determinacji — zaczynając od pieniędzy, bo w teatrze pracujemy za półdarmo, poświęcając swój czas i możliwości, które moglibyśmy wykorzystać w tym czasie w filmie czy telewizji. Tak już jest, że na kulturę zawsze brakuje pieniędzy.

Nie mam wątpliwości, że jest wiele pilniejszych potrzeb, np. obecnie służba zdrowia, ale to nie jest tak, że kultura nic nie wnosi do budżetu kraju. Cała branża kulturalna przynosiła przed pandemią 4,9 proc. przychodów do polskiego budżetu, podczas gdy górnictwo — 1,9 proc. Widać, że w kulturę warto inwestować.

Czytaj więcej: Idy Teatralne 21: Pierwsze spektakle już w maju i bezpłatnie


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 25(72) 19-25/06/2021