Idziecie zginąć, by inni mogli żyć…

Generał Zbigniew Ścibor-Rylski w Powstaniu Warszawskim przeszedł imponujący szlak bojowy, jego zasługi dla upamiętniania tego wydarzenia są nie do przecenienia, ale wątek jego współpracy z polską Służbą Bezpieczeństwa z pewnością zasługuje na pełniejsze zbadanie – mówi Sebastian Pawlina, autor pierwszej biografii wieloletniego prezesa Związku Powstańców Warszawskich.


Sebastian Pawlina (ur. w 1988 r. w Warszawie) – historyk, pisarz, pracownik Muzeum Historii Polski, znawca dziejów warszawskiej konspiracji. Laureat Nagrody Historycznej „Polityki” za książkę „Praca w dywersji. Codzienność żołnierzy Kedywu Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej”. Autor „Wojny w kanałach” oraz współautor „Wielkiej księgi Armii Krajowej”. Właśnie ukazała się jego najnowsza książka „Motyl. Ścibor-Rylski. 101 lat Polski, czyli opowieść o generale”.
| Fot. mat. pras.

Generał Zbigniew Ścibor-Rylski zmarł przed trzema laty w wieku 101 lat. Znał go Pan osobiście?

Podczas jednej z uroczystości związanych z obchodami rocznicy 1 sierpnia miałem okazję go poznać, ale to była kwestia może pięciu minut kontaktu. Dłużej porozmawiać nie miałem przyjemności. Natomiast mam wrażenie, że ten fakt pozwalał mi, przynajmniej na początku mojej pracy nad biografią generała, na zachowanie w miarę obiektywnego, bezstronnego spojrzenia na jego postać.

Pół roku przed wydaniem książki „Motyl. Ścibor-Rylski”, która właśnie się ukazała, napisał Pan na swoim profilu społecznościowym, że pisząc ją, zawiódł się jako historyk. Dlaczego?

Uczono mnie, że historyk powinien w miarę bezstronnie i bez emocji podchodzić do tematu. Ja nie ukrywam, że dla mnie zajmowanie się tematyką zbliżoną do powstania warszawskiego, a więc także osobą gen. Ścibora-Rylskiego, postaci z powstaniem mocno związanej, to jest bardzo emocjonalny element, który zawsze zaburza mi nieco ogląd. Rekonstruując opowieść o „Motylu”, doszedłem do wniosku, że był to człowiek absolutnie fantastyczny, mający niesamowite podejście do ludzi, do życia. Generał przeszedł w swoim życiu kilka naprawdę traumatycznych wydarzeń. Wrzesień 1939, obóz jeniecki, roboty przymusowe, konspiracja w okupowanej Warszawie, pobyt na Wołyniu, powstanie, podnoszenie po wojnie życia swojego i rodziny z gruzów. Te wydarzenia miały prawo sprawić, że mógł być człowiekiem żyjącym z głęboką depresją, zespołem stresu pourazowego, jak duża część Polaków, którzy przeżyli wojnę. Natomiast to był człowiek, który miał niesamowicie pozytywne podejście do życia, który potrafił wręcz zarażać innych entuzjazmem. To zrobiło na mnie duże wrażenie i sprawiło, że miałem momentami problem, by bardziej krytycznie spojrzeć na niektóre epizody z życia generała. Mimo to uważam, że udało mi się opowieść o nim odtworzyć w miarę wiernie. Przedstawić bezsporne fakty, ale i opinie na temat tych faktów, które są przedmiotem dyskusji.

Jak wyglądały wojenne losy Zbigniewa Ścibora-Rylskiego?

We wrześniu 1939 r. znajdował się w Warszawie z przydziałem do 1. Pułku Lotniczego, który został wytransportowany z Warszawy, a potem szybko rozbity. Jego żołnierze szukali okazji do walki na własną rękę. Rylski dotarł do oddziału gen. Franciszka Kleberga i razem z Samodzielną Grupą Operacyjną „Polesie” walczył dalej. Wziął udział w ostatniej wielkiej bitwie kampanii wrześniowej pod Kockiem, gdy Hitler przyjmował już defiladę zwycięstwa w Warszawie. Po kapitulacji nie chciał się poddawać, zamierzał ruszyć w stronę Węgier i przedrzeć się do Francji, ale został złapany, trafił do obozu jenieckiego, a potem wysłano go na roboty przymusowe. Wiosną 1940 r. udało mu się uciec. 1 września, równo rok po wybuchu wojny, przy pomocy szmuglera mięsa dotarł do Warszawy, gdzie odnalazł matkę i siostry.

Czytaj więcej: Ta wojna zaczęła się w Wilnie

W Warszawie zaangażował się w konspirację.

Spędził tu kolejne trzy lata, pracował jako kierowca rikszy, woził m.in. leki do getta. Równocześnie wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, przekształconego w Armię Krajową. Był oficerem do przyjmowania zrzutów, także cichociemnych. Jako lotnik miał do tego odpowiednie doświadczenie i wiedzę. Latem 1943 r. dość przypadkowo trafił na Wołyń, też jako oficer do przyjmowania zrzutów. Później z 27 Wołyńską Dywizją Piechoty AK przeszedł szlak bojowy aż na Lubelszczyznę, skąd został na krótko oddelegowany do Warszawy, by odebrać instrukcje dotyczące kolejnych zrzutów.

I tak 1 sierpnia 1944 r. zastało go w Warszawie powstanie.

Tak. W powstaniu walczył w szeregach batalionu „Czata 49”, wchodzącego w skład zgrupowania „Radosław”, które przeszło najdłuższy i chyba najcięższy szlak ze wszystkich oddziałów. 7 sierpnia na Woli „Motyl” zniszczył niemiecki czołg, dziś jest w tym miejscu tablica. Następnie po stoczeniu bardzo ciężkich walk oddział przeszedł na Stare Miasto. Ze Starówki próbował przebić się w stronę Żoliborza. Dwie próby na wysokości Dworca Gdańskiego zakończyły się masakrą oddziałów polskich. Ścibor-Rylski brał udział w tym drugim natarciu. Zarówno on, jak i inni, którzy w nim uczestniczyli, opisywali później to, co się tam działo – a były to rzeczy straszne. Misja przebicia się przez bardzo silne umocnienia niemieckie była niemalże niemożliwa do wykonania. Powstańcy zostali na Starówce zamknięci. Kolejna próba przebicia się miała miejsce z 30 na 31 sierpnia. Dowództwo zdecydowało, że aby przebić się do Śródmieścia, trzeba odwrócić uwagę Niemców. Miał to zrobić batalion „Czata 49”. Grupą szturmową miał dowodzić „Motyl”. Oficer na odprawie powiedział im: „Idziecie po to, żeby zginąć, aby Starówka mogła przeżyć”. Oddział, jak na warunki powstańcze, znakomicie uzbrojony, przechodził kanałami z placu Krasińskich na plac Bankowy, ale zawiodło rozpoznanie i tylko cudem w ostatniej chwili udało im się uciec. Po kilkudniowym odpoczynku w Śródmieściu skierowano ich na Czerniaków. Tam Ścibor-Rylski w pewnym momencie dowodził oddziałem żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, którzy przepłynęli Wisłę. To jedyny taki przypadek w powstaniu, by AK-owiec dowodził żołnierzami LWP. Na Czerniakowie oddziały powstańcze zostały rozbite, walczyły już tylko o przetrwanie. Trzykrotnie ranny „Motyl” trafił na Mokotów i tam jego powstańcza historia w zasadzie się kończy. Z Mokotowa odziały „Radosława” przedostały się znów kanałami do Śródmieścia i tu wkrótce zastał ich koniec powstania. Zbigniew Ścibor-Rylski trafił do niewoli, do obozu w Pruszkowie, skąd udało mu się uciec.

Chciał walczyć dalej?

Walczył. Jeszcze do maja 1945 r. działał w konspiracji, przewoził pieniądze, organizował wywiad. Poruszające są wspomnienia matki generała, która napisała, że widziała, jak w pewnym momencie jej ukochany syn zrozumiał, że ta walka, w którą tak się zaangażował, jest walką przegraną. Wrócił do normalnego życia z matką i najmłodszą siostrą, bo dwie starsze wojny nie przeżyły. Wyjechali na zachód i w okolicach Poznania udało im się z pomocą rodziny znaleźć dom. Pierwszy, z którego przez długie lata nie musieli uciekać. A uciekali ciągle, praktycznie od I wojny światowej, zostawiając często cały swój dobytek.

Kiedy Zbigniew Ścibor-Rylski zaczął się angażować w działalność mającą na celu utrwalanie pamięci o Powstaniu Warszawskim?

Przez długi czas po wojnie generał chciał normalnie żyć. Nie myślał o tym, by się angażować w jakiekolwiek działania polityczne. Dopiero w latach 80. zaczął się angażować w działania upamiętniające powstanie warszawskie, m.in. współpracując ze swoim byłym dowódcą z powstania Janem Mazurkiewiczem w celu budowy pomnika powstania na placu Krasińskich. Od lat 90. generał powoli stawał się niemalże symbolem środowiska powstańczego. Został prezesem Związku Powstańców Warszawskich, którym z krótką przerwą był aż do śmierci w 2018 r. Miał niesamowitą energię, był postacią niezwykłą dla tych ludzi, potrafił inicjować rozmaite akcje, był mocno związany z budową Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie, pojawiał się na kolejnych rocznicach, przemawiał. Niezależnie od tego, ile miał lat, mówił wszystko z głowy. Ostatnie przemówienie, w wieku 100 lat, też wygłosił bez kartki. W relacjach powstańców widać, że był dla nich autorytetem, którego słuchali i który miał ich pełne przyzwolenie, by wypowiadać się w ich imieniu nawet, gdy mówił rzeczy niepopularne.

W 2012 r. Instytut Pamięci Narodowej ujawnił, że według posiadanych przez siebie akt generał w PRL współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa.

Dokumenty, z którymi się zapoznałem, w sposób jednoznaczny dowodzą, że generał współpracował z SB, czemu zresztą on sam nie zaprzeczał. Brakuje natomiast w tych dokumentach dowodów na to, że generał komukolwiek zaszkodził. Według notatki z akt Służby Bezpieczeństwa, sporządzonej w 1969 r., w 1947 r. Ścibor-Rylski został zapisany jako tajny współpracownik. Ale przez parę lat tej współpracy w zasadzie nie było. Czy nie zachowały się żadne dokumenty z tego okresu, czy generał po prostu nie był ciekawym źródłem informacji dla bezpieki, tego nie wiem. Specjaliści od badania teczek bezpieki, z którymi o tym rozmawiałem, też nie byli w stanie wskazać, co mogło się stać. Częściej generał w dokumentach zaczyna występować w połowie lat 50. Chciano go wówczas wysłać do Stanów Zjednoczonych, by budował siatkę wywiadowczą wśród Polonii. Sprawa ciągnęła się parę lat. Początkowo mogło się wydawać, że był bardzo chętny do tej współpracy, ideowy, potem jednak widać, że on wciąż szukał wymówek i robił wszystko, by do tych Stanów nie jechać, i ostatecznie nie wyjechał, aż w końcu sprawa została skierowana do archiwum. Nie ma żadnych dowodów na to, by swoimi donosami komukolwiek zaszkodził czy też żeby donosił na żonę lub teściową, co było jednym z głównych zarzutów jego krytyków. W latach 60. miał donosić na Tadeusza Bielobradka, ale to były informacje typu, że kupił dom we Włoszech czy że urodziło mu się dziecko. Informacje nic niewnoszące. Ta sprawa też trafiła do archiwum jako niewykazująca perspektyw rozwoju.

Dlaczego zatem współpracował?

Odpowiadając na to pytanie, powinniśmy pamiętać, że miał doświadczenie konspiracji wojennej. Wiedział, że jeśli już bezpieka się nim zainteresowała, to walka z nią może mu tylko zaszkodzić. A on chciał żyć. Miał dość przenoszenia się z miejsca na miejsce, ciągłego uciekania, ryzykowania życia swojego i rodziny. I forma wyboru takiej współpracy z bezpieką mogła wydać mu się kuszącą, by sobie to zapewnić. Podjął więc współpracę, ale na swoich zasadach, co widać w dokumentach.

Czytaj więcej: Do Europy – tak, ale razem z naszymi umarłymi

A co on sam mówił o współpracy ze służbami?

W momencie, gdy historia wyszła, generał nie ukrywał współpracy, ale też nie opowiedział historii w całości, nie wszystkie fakty odkrył. I tu być może popełnił błąd. Generalnie jego opowieść sprowadzała się do tego, że owszem, podjął współpracę, ale po to, by próbować chronić ludzi, którymi UB/SB było zainteresowane. Ta opowieść ma pewien mankament. W okresie, gdy ta ochrona mogła być najbardziej cenna, w czasach stalinizmu, nie ma, jak wspomniałem, jakichkolwiek dowodów na to, że generał współpracował z Urzędem Bezpieczeństwa. Być może kogoś ostrzegał, ale na to też nie ma wielu dowodów. Jest sporo późniejsza historia Andrzeja Kowerskiego, brytyjskiego agenta, z którym znali się jeszcze z II RP, któremu Ścibor-Rylski przekazał informacje o zainteresowaniu SB jego osobą, i tak poprowadził sprawę, że faktycznie nie doszło do spotkania funkcjonariuszy z Kowerskim. Natomiast czy było takich postaci więcej i z jakim wiązało się to ryzykiem, tego nie wiemy. Prawdopodobnie osoby, które rzeczywiście mogły być chronione, już nie żyją i od nich się tego nie dowiemy.

Dlaczego Rylski nie powiedział wszystkiego?

Generał wychował się w Polsce przedwojennej, w której słowo oficera było święte. Skoro mówił, że nikomu nie zaszkodził, to jego zdaniem zamykało to dyskusję. W jego świadomości nie mieściło się, że ktoś może mu nie wierzyć. Być może powinien o tym opowiedzieć otwarcie tak, by wszyscy tę opowieść mogli poznać. Niedopowiedzenia tworzą wątpliwości, a te czasem przeradzają się w krzywdzące oświadczenia. Bez wątpienia współpraca generała ze służbami wymaga dokładniejszych badań.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 31(88) 31/07-06/08/2021