Rozśpiewane małżeństwo bez nuty fałszu

50 lat minęło jakoś niezauważalnie. Ale, co najważniejsze, zgodnie – mówią jubilaci
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Dzień dobry, kto tu zamawiał auto do kościoła na złote gody? Bo chyba źle trafiłem – kierowca w progu spogląda w głąb mieszkania za plecami Krystyny i Henryka Nausewiczów, wyszukując wzrokiem głównych sprawców uroczystości. Gospodarze spotkani w drzwiach nie pasują mu do stereotypu dostojnych jubilatów. Słysząc żart kierowcy, małżonkowie patrzą po sobie i pan Henryk również żartuje: „A, to pewnie nie do nas”.

Rzeczywiście, określenie „seniorzy” zupełnie nie pasuje do tej pary. Oboje energiczni, pełni wigoru, w ruchach mają młodzieńczą żwawość. Oboje pogodni, rozgadani, żartują i przekomarzają się ze sobą. Rozmawiamy o tych wspólnych 50 latach. Mówią, że minęły im jakoś niezauważalnie. I, co najważniejsze, zgodnie. Może dlatego, że mają wspólną, bardzo silną pasję – muzykę i śpiew. Śpiewając, nie spuszczają z siebie oczu.

Na wileńskich ścieżkach

I Krystyna, i Henryk są rodowitymi wilnianami. Rodzina Krystyny od pokoleń mieszkała w centrum miasta – na ulicy przemianowywanej kolejno z przedwojennej Mickiewicza na sowiecką Lenina, współcześnie – Giedymina. Rodzice Henryka mieszkali na zielonym ustronnym Zwierzyńcu.

Oboje biegali do polskich szkół: Krystyna – do szkoły nr 19, czyli dzisiejszej Syrokomlówki, Henryk – do szkoły na Krupniczej nr 11, dziś Liceum im. Adama Mickiewicza. Możliwe, że się mijali gdzieś kiedyś na wileńskich ścieżkach dużo wcześniej, ale tak naprawdę poznali się właściwie przypadkiem, u przyjaciół rodziny w domku na Zwierzyńcu. W gościnę do znajomych przyjechała z rodzicami Krysia, przyjechał też Henryk.

Zgodnie z wileńskim zwyczajem, gospodarze domu zaprosili gości do zastawionego stołu, potem przyszedł czas na zabawę. Henryk poprosił Krystynę do tańca.

– Wpadła mi w oko od razu. Miałem wtedy wielu znajomych, zarówno przyjaciół, jak i przyjaciółki, ale tak, żeby zaiskrzyło, to nie. Myślę, że z Krysią to właśnie była miłość od pierwszego wejrzenia – wspomina Henryk.

– Ujęła mnie swoją delikatnością, rozsądkiem. Zawsze dbała o porządek. Nawet jak znienacka wpadało się do niej do domu, zawsze miała posprzątane, wszystko leżało na swoim miejscu. Tak jej zostało do dzisiaj. Mnie też do porządku przyuczyła. Choć miałem już za sobą służbę w wojsku, gdzie człowieka nauczą rygoru, ale Krystyna zawsze miała taką pedantyczność – dodaje.

Krystyna przyjęła zaproszenie na pierwszą randkę. Spotkali się wtedy nieopodal jej mieszkania, pod zegarem, przy budynku byłego konserwatorium wileńskiego (dziś Akademia Muzyczna). Zegar ten miał istotne znaczenie, bo Krystyna wychylała się z bramy swego domu i sprawdzała na nim godzinę, żeby przypadkiem nie przyjść na randkę zbyt wcześnie.

Czytaj więcej: U progu nowych wyzwań

| Fot. archiwum rodzinne

Pierwsze wspólne lata

Półtora roku później Henryk zdecydował się oświadczyć. Przyszedł do domu Krystyny z bukietem kwiatów dla mamy. I powiedział po prostu, że chce, żeby Krysia została jego żoną.

Oświadczyny zostały przyjęte. Henryk wtedy pracował na Wileńskim Zakładzie Maszyn Obliczeniowych i zaocznie studiował w Wileńskim Instytucie Inżynierii Budowlanej, na wydziale elektroniki. Krystyna natomiast była studentką polonistyki w Wileńskim Instytucie Pedagogicznym.

Po ponad roku znajomości młodzi 21-letnia Krystyna i dwa lata starszy Henryk pobrali się. Rok później na świat przyszedł syn Daniel, po trzech latach – córka Małgorzata. Zamieszkali na początku w mieszkaniu przy ówczesnej al. Lenina.

– Mieszkaliśmy na naszej ulicy, z dziada pradziada, tzn. mieszkała tam moja babcia z dziadkiem ze strony mamy, mieszkali tam rodzice, tam się urodziłam ja, tam kolejno przyszły na świat nasze dzieci. W tym mieszkaniu przy dawnej alei Mickiewicza mieszkały trzy pokolenia. Choć miejsca nie było zbyt dużo, to wszyscy się mieściliśmy, w domu zawsze panowała radość, żyliśmy nadzwyczaj zgodnie. Wszyscy nieopodal mieliśmy pracę: mama w kiosku z prasą, tata w zakładzie im. Eidukevičiusa, siostra z mężem pracowali w pobliskim sądzie. Ja natomiast podjęłam pracę jako kierownik klubu dla dzieci i młodzieży – opowiada Krystyna.

Kiedy przyszły na świat dzieci, zgodnie postanowili, że nie oddadzą ich do żłobka. – Byłam wtedy jeszcze na studiach, dziekan Czeczot proponował, żebym wzięła urlop wychowawczy, żeby być z synkiem, ale zaparłam się, że nie, i udało się. Rano wstawałam senna na wykłady, musiałam dziecko przewinąć i nakarmić, ale nic to. Człowiek był młody, nic nie było trudne, zwłaszcza że zawsze można było liczyć na pomoc naszych mam i nawet mego taty – wspomina pani Krystyna.

– Dobrze wspominam ten okres, bo mogłam poświęcić więcej czasu wychowaniu dzieci. Byłam przy nich, gdy rosły i rozwijały się, i bardzo nas to zbliżyło. Ten czas poświęcony dzieciom procentuje, bo dziś tę miłość zwracają nam z nawiązką: telefonują do nas codziennie, pytają, czy czegoś potrzebujemy, wpadają, stale odczuwamy ich troskę – tłumaczy.

Rodzice zaszczepili dzieciom miłość do polskiej muzyki i tańca. Na zdjęciu: z córką Małgorzatą i synem Danielem
| Fot. archiwum rodzinne

Muzykalna rodzina

Po jakimś czasie rodzinka przeniosła się na Zwierzyniec, do rodziców Henryka. Stary ojcowski domek Henryk postanowił zburzyć i zbudował nowy, wygodny. Dziś jest to dom, w którym naprawdę chce się być. Śpiewająca para ma tutaj nawet własną salę do muzykowania. Nieprzypadkowo jest tu zawsze wielu przyjaciół rodziny i gości – za sprawą serdecznych, otwartych, szczerych gospodarzy tu po prostu każdy swojsko się czuje.

– Oboje pochodzimy z rodzin, w których stale się śpiewało i grało. To też niewątpliwie nas połączyło – ta miłość do polskiej piosenki i tańca. Ja śpiewam, Heniek zawsze akompaniuje na gitarze – mówi pani Krystyna. Ich dzieci miłość do muzyki mają niejako w genach – Małgorzata gra na gitarze, Daniel na instrumentach klawiszowych. Pani Krystyna czasami zasiada do pianina.

Cała rodzina jest muzykalna. Żona wujka Krystyny, Ludmiła Januszkiewicz, była śpiewaczką operową. Kuzyn Krystyny, Marcin Januszkiewicz, muzyk i kompozytor, w Chicago napisał utwór dla piosenkarza i przyjaciela Stana Borysa.

Wilia”

To temat, na który samoczynnie schodzi nasza rozmowa. Oboje są z „Wilią” mocno związani, zżyci. Krystyna przez wiele lat była chórzystką i wykonywała niektóre partie solowe w tym reprezentacyjnym zespole Wileńszczyzny. Henryk również ma w swoim życiorysie okres związany z „Wilią”, nieco krótszy, bo, jak mówi, w pewnym momencie miłość do innej pasji, sportu, przeważyła. Obecnie oboje należą do Klubu Weteranów „Wilii”. Aktywnie się w nim udzielają, podobnie jak inni zespolacy, których zainteresowania ogniskują się wokół polskiej pieśni i tańca.

– Przyprowadziła mnie do zespołu moja nauczycielka, kiedy miałam 10 lat. Pan Turowski mnie przesłuchał i kazał przychodzić na próby. Nie opuściłam ani jednej, ale zanim stanęłam na wielkiej scenie, minęło pięć lat prób. W zespole śpiewałyśmy i ja, i siostra Jadwiga, potem wsiąkły moje dzieci, Małgosia i Danek – opowiada pani Krystyna.

Córka Małgorzata swoją przygodę z polską pieśnią i tańcem rozpoczęła jeszcze w czasie nauki w szkole im. Władysława Syrokomli, gdzie przez 10 lat uczęszczała do zespołu „Wilenka”. Po ukończeniu szkoły, podobnie jak jej mamę, porwał ją nurt „Wilii”. Od 20 lat jest chórzystką i wykonuje niektóre partie solowe. Z „Wilią” związane jest też kolejne, trzecie już pokolenie rodziny Nausewiczów: wnuczka Ewa śpiewa, Karolina tańczy.

– Wszystko, co polskie, jest dla nas bardzo ważne – zapewniają państwo Nausewiczowie.

Czytaj więcej: Znaleźć swoje miejsce pod słońcem i swoje miejsce w teatrze

Tajemnica udanego związku

Tak jak w każdej rodzinie, u państwa Nausewiczów dochodzi czasem do różnicy zdań, ale małżonkowie szybko znajdują kompromis.

– Przez tyle lat nauczyliśmy się ze sobą zgadzać. Nie możemy już żyć jeden bez drugiego. Jesteśmy razem wszędzie. Razem wychodzimy na spacery, wyjeżdżamy też razem. Ostatnio zwiedzamy kościoły wileńskie, ale też jeździmy po całej Litwie i Polsce, wyszukujemy piękne miejscowości i uwieczniamy je na zdjęciach. Sprawia nam to wielką przyjemność – mówi pani Krystyna.

Małżonkowie mówią, że tym, co wyróżnia dobre małżeństwo, jest wzajemny szacunek. To jest podstawowy warunek udanego współżycia.

– Mamy jednakowe spojrzenie na świat. Wspólnie muzykujemy, dzięki temu dobrze się rozumiemy. Kochamy swoje dzieci, nasze wnuczusie, kochamy całą rodzinę. Naturalnie bardzo ważny jest kontakt z przyjaciółmi – wymienia pani Krystyna.

– Kocham żonę, a ona mnie – zapewnia pan Henryk. – Jestem szczęśliwy. Od początku naszej znajomości mieliśmy wobec siebie zaufanie, szacunek, to była – można tak powiedzieć bez przesady – wielka miłość, która przetrwała. Wiek swoje robi, ale szanujemy się nawzajem. Mam dobrą żonę, dobrą mamę dla dzieci oraz dla wnuków, jest wspaniałą gospodynią. Podziwiam w niej to, że ma słuch absolutny. To wspaniale, że możemy śpiewać bez fałszywej nuty.

Złote gody

Z okazji 50. rocznicy ślubu Krystyna i Henryk Nausewiczowie zaplanowali w kościele uroczystość odnowienia przysięgi małżeńskiej. W tym półwieczu wspólnej drogi życiowej próżno by szukać jakichś nadzwyczajnych wydarzeń. Ale w tym zwykłym-niezwykłym życiu potrzeba było męstwa, by żyć zgodnie z zasadami zwyczajnej ludzkiej uczciwości i honoru. Potrzeba było wysiłku, by w atmosferze miłości przekazać dzieciom wartości i wychować je w wierze i szacunku do innego człowieka. Potrzeba było trudu, by trwać w polskości i zaszczepić w dzieciach miłość do ojczystej kultury. Potrzeba było starań, by linię melodyczną swego życia poprowadzić czysto, dźwięcznie i bez cienia fałszywej nuty.

Z okazji złotych godów życzymy drogim Jubilatom trwania w miłości, a także nieustającej radości i nieprzemijającego zachwycenia sobą!


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 36(103) 07-10/09/2021