Skąd Litwini wracali? Trzecia część sprawozdania z karkonoskich śpiewów

Ludzie chodzili i oglądali się za  głośną grupką rozśpiewanej młodzieży. Deszcz osrebrzał tłumy szybko przepływające przez ulice górskiego miasteczka. Jeden tylko fragment  chłodnego krajobrazu bił ciepłem. Pod parasolem jednej z koordynatorek, pani Ani, stało dwóch chłopaków,  którzy całym swoim ciałem śpiewali o kombajnie (naprawdę, śpiewali  ciałem, zdawało się wręcz, że od tej  energii robiło się pod parasolem parno). Ludzie zatrzymywali się, żeby ponagrywać, wsłuchać się, zaczerpnąć  trochę tej radości – ale chłopakom  to nie przeszkadzało, do obiektywów  wyraźnie przywykli.

Pierwsza część reportażu.
Druga część reportażu.

| Fot. Apolinary Klonowski

Powrót do Przesieki

Doczekaliśmy się naszego kochanego kierowcy, który zabrał nas z  powrotem do Przesieki, gdzie mieliśmy kontynuować swoje zadania w  ramach projektu.

Wieczorem odbyła  się próba piosenki autorskiej, dogrywanie jakichś ostatnich nagrań karaoke i harmider szybko przekształcił  się w szmer ręczników na korytarzu,  a ostatecznie w ciche pochrapywanie  (ale ciche!).

Następnego dnia znów odbywały  się próby, brakowało czasu na złapanie tchu – ale dobrze, młodzież się nie  nudziła! Młodzież z Wileńszczyzny  kilka razy wywołała swoim repertuarem taką ekscytację, że musiała  później uciszać współbratymców z  Polski, aby ci pozwolili kontynuować  próbę we względnej ciszy. Niemniej,  piosenka projektowa prezentowała  się fantastycznie. Miała autorski tekst,  autorską muzykę. I choć była pisana  o Polakach i Litwinach – a przyjechali Polacy z Litwy – tak nikomu to nie  przeszkadzało i wyszło bardzo klimatycznie.  

Gdy Polacy i Litwini/ Jadą sobie  wespół w góry/ Wielką mają chęć do  pracy/ I zabawy po raz wtóry/ Razem  wszyscy zatańczymy/ pozjadamy cepeliny/ krakowiaczka zaśpiewamy/  będzie u nas jak u mamy”.

Druga  zwrotka i refren były po litewsku, z  uwzględnieniem rytmiki języka – a to  dzięki obeznaniu muzycznemu kompozytora Julka z „Wileńszczyzny”.

Wieczorem nastał czas integracji przy ognisku. Każda grupa pokazała swoją specjalizację – Polacy  z Litwy bez skrępowania tańczyli i  do tańca wciągali innych, a grupa  z Polski brzdąkała na gitarach, aż  się iskry kołysały. Gdy młodzież,  wziąwszy się za ręce, zaczęła tańczyć dookoła ognia, zrozumiałem,  że już chyba ostatecznie poczuli się  jedną spójną ekipą. Prócz zabawy,  udało się też przyłożyć do czegoś  pożytecznego – organizując grilla  częściowo posprzątaliśmy leżące  stare gałęzie. W tym pomógł mi Adrian i Bartosz, dwóch chłopaków z  Wilna (jeśli dobrze pamiętam),  którzy choć trochę mniej odważni niż reszta grupy, nie dawali się  dwa razy prosić o pomoc i szybko  reagowali na wydarzenia dookoła –  dzięki! Z kolei podtrzymanie ognia  i porządku przy ognisku przypadło  dwójce niesfornych, ale w tym momencie bardzo odpowiedzialnych, panów. Młodego Bartka i starszego Szymona, najmłodszych w grupie  adeptów muzyki.

Koncert dla mieszkańców

Aby nie przeciągać. Punkt kulminacyjny całego projektu – koncert  dla mieszkańców, taki na scenie, z  nagłośnieniem, programem i, co  najważniejsze (i najbardziej stresujące), przed nieznajomą publicznością.

Ogłoszenia były porozwieszane tydzień wcześniej, zatem ryzyko  (szansa?), że zjawi się ktoś więcej niż  tylko sąsiad ośrodka, było dość spore. Po chaotycznych próbach, testach  sprzętu i stukrotnych zmianach w  scenariuszu, zaczęliśmy się powoli  przenosić z sali na plenerową scenę.  Czuć było napięcie. Zebrali się pierwsi widzowie, więc nie zdążyliśmy zrobić próby na scenie, tylko na szybko  ustalić, kto gdzie stoi bądź siedzi. Musieliśmy lecieć na „żywca”.

„Sześć gęsi”

Orkiestra gitarowa pani Marty  siedziała na przygotowanych krzesłach, zatem ze sceny praktycznie  nie schodziła.

Klawisze były obstawione przez  Julka, mikrofon wędrował od solistów  do prowadzącego w zależności od  chwili. Improwizacja poszła bardzo  dobrze, w trakcie koncertu na trawie  udało się sprowokować nawet spontaniczne tańce. W programie były  także dwa wyzwania dla publiczności, których wykonanie wiązało się z  nagrodą (grzechotką). Pierwsze zadanie, językowe – wymówić „šešios  žąsys” (pol. sześć gęsi).

Próbowaliśmy  zadanie dobrać tak, aby nie było zbyt  trudne, ale aby też nie była to pestka. Gdy zagroziliśmy publiczności,  że gdy nikt się nie zgłosi do zadania,  kogoś wylosujemy, siedzący w pierwszym rzędzie mężczyzna wskazał na  swoją żonę. Tak więc wybraliśmy ją  i spisała się celująco – i dostała grzechotkę.

Drugie zadanie z kolei było  mniej skomplikowane i dla równowagi przypadło dla męża, który  wcześniej się wycwanił wskazując na  żonę, a teraz sam musiał zmierzyć się  z konkursem. Musiał wymienić trzy  polskie tańce. I wymienił bezbłędnie. Koncert trwał dalej. Jak we wcześniejszym koncercie dla gospodyń,  największe emocje wśród publiczności wywołało wykonanie „Walca wileńskiego”.

Przyszedł moment powagi. Grupa litewska ogłosiła, że spotkanie  odbywa się w wyjątkowych okolicznościach – w przededniu rocznicy  Szlaku Bałtyckiego i paktu Ribbentrop-Mołotow. Na scenę wyszli wszyscy członkowie grupy litewskiej i  zaśpiewali utwór „Laisvė”. Młodzież  potrafiła tak przekazać emocje związane z drogą Litwy do niepodległości,  że publiczność podzieliła wzruszenie  wykonawców. Po utworze zapanowała cisza i skupienie.

Jednak aby nie kończyć na smutnej nucie, koncertujący jako ostatni  wykonali autorski utwór o projekcie.  I to na dwa głosy! Pierwszy niższy i  drugi wysoki (każdy miał wcześniej  przygotowaną swoją partię). Wykonanie przerosło oczekiwania koordynatorek – a jeśli tak nie było, to niech się  nie przyznają i chwalą, bo jest co!

Ambasadorzy Łodzi

Tak oto minął nasz czas w górach i  wróciliśmy dwoma busami pod Pałac  Młodzieży im. Juliana Tuwima w Łodzi. Grupa z Litwy miała przed sobą  jeszcze długi tydzień „Folkowych  inspiracji” – festiwalu folkowego w  Łodzi. Dla mnie i dużej części grupy  polskiej przygoda kończyła się tutaj,  choć na pewno nie podróż z Pałacem  Młodzieży w Łodzi.

Takie instytucje,  które wykonują tak ogromną pracę  przez cały rok i kształcą młodzież, są  jednym z twardych argumentów, dla  których poleciłbym Łódź każdemu,  kto rozważa studia w Polsce. Jest to  instytucja, która w mojej opinii uwiarygadnia deklaracje włodarzy miasta, że dbają o młodzież i to nie tylko  rdzennie łódzką. Młodzież z Wilna na  pewno będzie kojarzyła Łódź z czymś  więcej niż tylko „Ziemią obiecaną”.

Fot. autor