Ziarno wiary rozsiewa Krystyna Juckiewicz

Była nauczycielka religii, pracownik kultury, obecnie redaktorka Radia Znad Wilii prowadząca cykliczny program „Ziarno wiary”. Od lat umila czas słuchaczy, śląc na koncertowych falach radia muzyczne życzenia. Wraz z ekipą TVP Wilno w programie „Ewangeliarz wileński” przybliża Słowo Boże i oprowadza po kościołach i parafiach Wilna i rejonów. Stała się katolicką redaktorką polskiej społeczności na Litwie.

| Fot. z archiwum prywatnego Krystyny Juckiewicz

Ostatnio na twoim profilu na Facebooku zobaczyłam zdjęcie, na którym się wspaniale prezentujesz, z komentarzem: „Mój świat, moje pragnienie, moje pasje, moje wibracje…”. Jaki jest ten twój świat, Krystyno?

Pięknie przedstawiłaś moje doświadczenie zawodowe, ale przede wszystkim jestem kobietą: żoną, matką i córką, siostrą, ciocią… Cenię sobie niezmiernie życie rodzinne. A w pracy? Staram się zostawiać sprawy domowe za drzwiami i wpadam w wir zajęć zgoła innych. Najbliżsi, słuchacze i widzowie chcą widzieć na co dzień – tak jak i słyszeć – człowieka szczęśliwego, pogodnego, żyjącego w zgodzie ze sobą, niosącego dobre emocje. A jaka jestem? Określiłabym siebie jako: spontaniczna i romantyczna, wytrwała, dążąca do celu, konsekwentna, kochana i kochająca. Tak myślę!

Mój świat to jest właśnie moje osobiste bogactwo. Świat człowieka dojrzałego emocjonalnie, świadomego tego, co robi w życiu, czym się kieruje, w co wierzy.

Czy to dom ukształtował Cię w wierze?

Doskonale wyczułaś to, o czym chciałabym najwięcej powiedzieć, to mój dom. Zdecydowanie tak. Wychowałam się w rodzinie wierzącej i praktykującej. Właśnie dom, w którym mieszkam, to rodzinne gniazdo, coś, co stanowi dla mnie coś ważnego, ale może po kolei…

Po założeniu rodziny zamieszkaliśmy z moim mężem w jednej z najpiękniejszych dzielnic Wilna. Ale z biegiem czasu, zwłaszcza po urodzeniu syna, przyszła taka myśl, żeby wrócić do domu rodzinnego. Mój mąż, człowiek miasta, o dziwo nie oponował. I tak przesiedliliśmy się do miejsca, gdzie wszystko nam pasowało, a mój mąż Darek świetnie się wkomponował w sielskie klimaty. Ławaryszki, bo o nich mowa, to dla mnie szczególne miejsce – tutaj jest ojcowizna i działa duch przodków. Z tego miejsca czerpię pozytywną energię. Tutaj moi rodzice, Krystyna i Stanisław, żyją szczęśliwie w małżeństwie już 57 lat.

Przed kilkoma laty, kiedy robiliśmy rekonstrukcję domu, pewien stolarz zapytał, czy nie byłoby prościej zbudować coś nowego. Nie! Nie wchodziło to w grę. Może temu panu trudno było to zrozumieć, ale te ściany są nasiąknięte duchem rodziny.

Nie miałam szczęścia poznać swoich dziadków, nie wiem, jacy to byli ludzie, jak się żyło w tym domu dawniej, ale z opowiadań mamy mam pewien obraz. Przodkowie, którzy tu mieszkali, byli szczerzy, pracowici, mocno ufający Bogu. Wiarę w naszym domu krzewili głównie mężczyźni. Mama mówiła, że dziadek zwoływał wszystkich do kościoła, nawoływał do modlitwy. Była to taka nasza rodzinna tradycja.

Mój pradziadek, Józef, każdego dnia w okresie Adwentu i Wielkiego Postu zrywał dzieci i wnuków z łóżek, aby rozpocząć dzień od Godzinek ku czci Matki Bożej, i sam wiódł w tym prym, czyli prowadził śpiew. Był gorliwy, ale nieraz… zdarzało mu się i zasnąć i dzieci miały ubaw!

Prababcia Aniela ponoć miała piękne kreacje, ale nigdy nie włożyła ich nigdzie indziej, tylko do kościoła. Komoda babci zachowała się do dziś (niestety, bez strojów). Mama do dziś to wspomina, jak się dbało o to, by w godnym stroju wyjść do kościoła, pokłonić się przed krzyżem. Te historie gdzieś we mnie siedziały…

A i ja nie znalazłam się w kościele przypadkowo. Byłam w nim od momentu chrztu, na którym w 1979 r. otrzymałam drugie imię po mamie plus swoje, stąd jestem pod opieką dwóch świętych, Krystyny i Wiesławy. Byłam procesjantką. Czułam się dumna z tego. Potem śpiewałam w chórze, po latach zostałam psalmistką i lektorką. Obecność w kościele była dla mnie jak chleb powszedni.

I już w zupełnie młodym wieku czułam taką potrzebę dowiedzieć się więcej o Kościele, liturgii, szczególnie interesowały mnie księgi biblijne. Ciekawość podsyciła powracająca do szkół religia. Prowadzona wewnętrznym głosem załapałam się na studia katechetyczne. Tak na marginesie, pomyślałam sobie, że tę dziedzinę można połączyć z muzyką – bo ja od zawsze chciałam być dyrygentem!

Czytaj więcej: Zaśpiewać o dwudziestoleciu

Wiadomo, że tego typu studia wymagają praktyk duchowych.

Zdecydowanie. Szczególnie wtedy mocno podziałały na mnie rekolekcje zamknięte. Pięć dni bez rozmów, przeżywanie kontemplacji, ja i Bóg. Metody oparte przede wszystkim na refleksjach nad Słowem Bożym i praktyce modlitwy. To był dla mnie przełom. Po tych rekolekcjach wróciłam już taka inna. Teraz już wiem, że Bóg ma swój plan. On prowadzi nas swoimi drogami.

Po latach zostałam dyplomowaną nauczycielką religii i etyki, potem magistrem teologii – a pracę magisterską pisałam z historii Kościoła. To też nie jest przypadek. Chciałam się zająć psychologią, ale z braku miejsc nie zostałam przyjęta… Wtedy jeden z profesorów powiedział mi: „Niech pani spróbuje historię Kościoła”. Na początku pomyślałam: „To musi być strasznie nudne, te daty, nazwy…”. A potem pomyślałam: „Hm, chyba że zbadam dzieje swojej parafii – Ławaryszek”. I ta myśl doczekała się realizacji. Im dłużej przebywałam w archiwach, tym bardziej zebrane cenne materiały rozbudzały moją wyobraźnię. Popracowałam solidnie, bo zajęło to prawie pięć lat. Zależało mi z sentymentu osobistego, żeby praca była wykonana porządnie. Zbadałam archiwum parafialne, materiały gromadzone w archiwach wileńskich, biblioteki, przeprowadziłam dziesiątki rozmów w parafii. To było bezcenne. Zdałam egzamin końcowy z teologii i…

| Fot. z archiwum prywatnego Krystyny Juckiewicz

I tu wprowadzę wątek romantyczny. Na tychże studiach poznałaś swojego przyszłego męża.

Darek to cudowny facet, mamy te same zainteresowania, wyznajemy te same wartości. To nas połączyło. Mamy wspaniałego syna. Mąż wspiera mnie we wszystkim. Jest moim fanem numer jeden. Pomagał bardzo, kiedy ja, będąc na urlopie macierzyńskim, wciąż działałam. Udało mi się w dużej mierze dzięki niemu opracować dzieje parafii Ławaryszki od 1906 r. do obecnych czasów. Mam ten zaszczyt, że moją pracę oceniał prof. Tadeusz Krahel, pisałam ją za to pod serdeczną opieką ks. prof. Tadeusza Kasabuły. Od jakiegoś czasu biję się z myślami, żeby to wydać w druku, ale na wszystko jest ,,swój czas”.

Tak więc stałaś się nauczycielką, teologiem, a po latach zrealizowałaś plan o pedagogice specjalnej.

Pracy pedagogicznej poświęciłam 16 lat. To były bardzo owocne lata. Chodzi nie tylko o lekcje w szkole, lecz o całą moją działalność na terenie parafii. Dokształcałam się też w prowadzeniu chóru, na studiach reżyserskich, a nawet choreograficznych. Prowadziłam w szkole zespół wokalny „Siódme niebo” i teatralny „Lokomotywa”. Przygotowywałam uczniów do konkursów recytatorskich.

Ogrom sukcesów i spełnienia. To były poważne wyzwania. Wewnątrz jednak jesteś osobą wesołą i lubiącą żartować. Domyślam się, że nie zawsze byłaś grzeczną dziewczynką…

Grzeczną? Nigdy nie myślałam o sobie w takich kategoriach. Moja mama mówi, że zawsze byłam ciekawska wszystkiego, więc pewnie wtykałam nos tam, gdzie nie trzeba… Obecnie jestem po prostu Krystyną, miłą, tolerancyjną, ale gdzieś tam przez pięć minut – impulsywną. A żarty, jakże bez żartów żyć? Powiałoby nudą, a ja tego nie lubię.

Gdy widzi się Ciebie w programie TVP Wilno, w „Ewangeliarzu wileńskim”, wyglądasz na usatysfakcjonowaną i spełnioną. Chyba dobrze się czujesz w tym projekcie.

Z tym programem jestem od początków, czyli od ponad dwóch lat. Lubię… To za delikatnie powiedziane: uwielbiam to robić! Wiąże się to z realizacją mojego zawodu, zamiłowania, do tego dochodzi inny nowy element, taki jak architektura – i tutaj ciągle muszę się dokształcać.

Najważniejsze w tym programie jest jednak Słowo Boże. Ważne, że przybywamy z interpretacją i krótkim wprowadzeniem w klimat niedzieli, zadań wypływających na nas, słuchaczy Ewangelii, co mogę z tego wynieść, jakie wybrzmienie ma to Słowo w moim sercu. A zawsze ma. I o to chodzi pomysłodawcom i twórcom programu.

Jakimi kategoriami kierują się wydawcy, wybierając parafie do „Ewangeliarza wileńskiego”? Ile już było programów? Czy każdą parafię odwiedzicie?

Zbliżamy się do 120. odcinka. Celem są wszystkie. Dzisiaj mamy do odwiedzenia jeszcze pół Wileńszczyzny, w toku prac doszły pomysły, aby odwiedzić organizacje współpracujące z Kościołem, m.in. klasztory, zgromadzenia, rodziny, które są żywym przykładem realizacji Ewangelii. Producenci i redakcja mają ambitne plany na przyszłość.

Tutejsze kościoły mają swoją historię. Która Cię wyjątkowo zainteresowała, wzruszyła?

Każdy kościół ma swoją historię. Tu, na Litwie, często bolesną. Co do wzruszeń – to są chwile, kiedy musimy zatrzymać kamerę, bo łzy się cisną do oczu… Szczególnie wtedy, kiedy ludzie mówią o swoim doświadczeniu spotkania z Bogiem. I te rozmowy z ludźmi są najcenniejszym doświadczeniem, kiedy mówią o dziejach ich parafii takim specyficznym językiem miłości i przynależności do Kościoła. Z dumą z tego, że pochodzą z tej parafii, że mają ważną misję służyć, śpiewać, rozwijać się duchowo. To żywa wiara. To budujące, że o historii Kościoła przepięknie mówi młodzież zaangażowana w nim na co dzień.

Kościoły na Wileńszczyźnie są urokliwe, chociaż nie wszystkie jeszcze odrestaurowane po zawieruchach historii. Który jest najpiękniejszy twoim zdaniem?

Piękny jest każdy, ale dla mnie ważne jest to, jaka jest w nim aura, klimat, a to odczuwa się zaraz przy wejściu do kościoła. Nieraz to taka cisza na początku, a potem czuje się, jak się nastraja nasze wewnętrzne brzmienie… I wtedy zaczyna się modlitwa sercem. To taki specyficzny rodzaj modlitwy.

Czy przy realizacji programu były jakieś zaskoczenia? Psikusy montażowe?

Różne historie się zdarzają przy montażu, szczególnie jak się montuje zdalnie. Takich przygód podczas filmowania zdarzyło się sporo. Pewnego razu do wywiadu siadamy na zydelku, a tu tak duża różnica wzrostu między mną a rozmówcą, że kamery nie mogły nas razem uchwycić. Czułam się trochę jak młody recytator… Na filmowania jeździmy czasem w odległe zakątki. Zdarzyło się, że wyjeżdżaliśmy z torów z pomocą traktora. Powiem tyle, że ekipa jest zgrana, każdy wie, co ma robić, mamy wesołą atmosferę. Razem z rozmówcami ją tworzymy.

Czytaj więcej: Rafał Jackiewicz: Zależy mi na współpracy muzyków z Polski i Litwy

Podczas realizacji programu „Ewangeliarz wileński”
| Fot. archiwum

Twój głos w radiu jest ochoczo słuchany przez słuchaczy, masz z nimi dobry kontakt – taki osobisty. Jak myślisz, co jest tego przyczyną?

Dziękuję. To rzeczywiście taka nagroda dla prezentera, kiedy ktoś nagle wieczorem zadzwoni do radia i powie coś w stylu: „Umiliła mi pani dzisiaj dzień swoim słowem”. „Pani głos jest kojący”, to najczęściej słyszę. Choć są też słowa z troską i jasna rzecz z nutką żartu. O radiu mogę powiedzieć tak: to moja ogromna miłość, od pierwszego słyszenia. Trudne to zadanie: praca w studio, prezenterka, realizator, DJ w jednym. Blisko 16 lat minęło. Pamiętam do dziś mój pierwszy eter. Towarzyszył mi wtedy mój dyrektor muzyczny, który wtajemniczał mnie po kolei, krótko, zwięźle w poszczególne etapy. I tak doszliśmy do studia, a on szykuje się do odejścia. „Zostawisz mnie teraz samą w tym kosmosie?”. A on: „Właśnie, że zostawię. Teraz albo popłyniesz, albo…”. (To nie był żart). I w tej chwili zrozumiałam, że muszę odrzucić wszelkie emocje, zachować zimną krew i zrobić cokolwiek, byle radio grało…

Po minucie otwierają się drzwi i tylko słyszę: „Wierzę w ciebie, dasz radę!”. To były najmocniejsze słowa wsparcia, jakie kiedykolwiek usłyszałam, zbudowały mnie do tego stopnia, że dałam radę to udźwignąć. Chcę tu powiedzieć, jak ważne są odpowiednie słowa w odpowiednim momencie. Po latach zrozumiałam, że to moje powołanie. Kocham radio. Żyję radiem. Radiem żyje cała moja rodzina.

I już widzę, że chcesz zapytać, czy nie chciałabym prowadzić bardziej spokojnego życia, mieć więcej czasu dla najbliższych…

Dokładnie.

Wszystko w swoim czasie. I czas, w którym będę wyłącznie do dyspozycji najbliższych, też nastanie. Każda chwila się liczy. A może bardziej jej jakość. Można być przez chwilę z osobą i zdołać dać dużo. Pytanie, ile jest uwagi w tej uwadze. Staram się, nawet mając tylko pół godziny czy parę godzin, by być dla nich. To nieraz spontaniczna organizacja czasu wolnego. Mamy godzinę. Idziemy na miasto. Jedziemy nad rzekę. Do lasu. Biegniemy do zamykającego się niebawem muzeum. W tym wolnym czasie, jaki mam, muszę kilka razy dziennie powiedzieć, że ich kocham, i przytulić. To staram się zrobić zawsze. Rodziców muszę uścisnąć codzienne.

Zawsze oryginalnie wyglądasz. Twoje kreacje na wizji są bardzo ciekawe. Skąd czerpiesz inspirację? Czy śledzisz trendy w modzie?

Siłą rzeczy, ponieważ jestem obdarzona nieco piękniejszymi kształtami, musiałam dobrać dla siebie styl, w którym czułabym się dobrze i atrakcyjnie. Muszę chyba mieć w sobie takie abc tego, jak dobrać strój, co będzie dla mnie korzystne, jakie kolory, kroje są dla mnie. Cieszy mnie, że określasz mnie jako ciekawie ubierającą się kobietę.

Co prawda nie zanurzam się specjalnie w świat mody, ale dobrze wiem, co jest na topie, dbam o swój indywidualny image. Ostatnio także przy pomocy wielu fachowców.

Jakie masz zainteresowania i hobby poza pracą?

Kolekcjonuję figury i rzeźby z aniołami. Wśród nich czuję się bezpiecznie. A tak na co dzień nie mogę żyć bez pływania, tańca i śpiewu.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 1(3)08/01-14/01/2022