Łódź była spełnieniem moich zamierzeń i marzeń

W Polsce studia dzienne na uczelniach wyższych nadal są bezpłatne. Jest tu też duża liczba uniwersytetów. To znacznie zwiększa szanse maturzystów z Litwy na dostanie się na studia – mówi urodzona w Ejszyszkach dr Barbara Jundo-Kaliszewska, adiunkt w Katedrze Teorii Polityki i Myśli Politycznej Uniwersytetu Łódzkiego.

Problem polega na tym, że jeśli nie będziemy sami zarządzać naszą pamięcią historyczną – ktoś inny zrobi to za nas
| Fot. FB

Przyjechałaś właśnie na Litwę wraz z kolegami z Uniwersytetu Łódzkiego, aby zachęcać młodzież z Wileńszczyzny do studiowania na uczelni, której jesteś absolwentką…

Tak.

Ale to nie była jedyna uczelnia w Polsce, na której studiowałaś!

Na tym polega cały kruczek. Obecnie absolwenci narzekają, że dzisiaj rzekomo jest o wiele trudniej

dostać się na studia, bo warunki nie są jasne, nikt za nich nie pomyśli, nikt im nie pomoże. Kiedy przed 20 laty rekrutowaliśmy się na studia do Polski, zdawało się egzamin w Konsulacie RP w Wilnie. Przypominam, że wtedy było kilkunastu chętnych na jedno miejsce. Można było dostać się na określony kierunek, ale nie wiadomo było, na którą z uczelni. W większości przypadków, tak przynajmniej było ze mną, byliśmy losowani między uniwersytetami w Polsce. W ten sposób trafiłam na Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Jednak wielu moich znajomych znalazło się w Łodzi. Poza tym było to pierwsze miasto w Polsce, które odwiedziłam, miałam wówczas dziewięć lat. Podświadomie zawsze mnie tam ciągnęło, chociaż niektórzy twierdzili, że w Łodzi są tylko kominy…

Potem okazało się, że jest tam też grób kuzyna mojego dziadka, który z zesłania już nie wrócił na Wileńszczyznę. Odnalazłam rodzinę. Spotkałam mnóstwo osób, które wyjechały z naszych stron, nie tylko po II wojnie światowej, lecz także w późniejszym okresie. Miasto okazało się spełnieniem moich zamierzeń i marzeń. Zresztą, oprócz edukacji dało mi męża, dzieci, przyjaciół i wymarzoną pracę.

Właśnie w Łodzi obroniłaś doktorat, a później zostałaś zatrudniona na uniwersytecie.

Problem polega na tym, że uczelnie w Polsce nadal produkują nadwyżkę tzw. doktorów. Nie wszystkie osoby ze stopniem doktora zostają, chcą pozostać lub mają możliwość zatrudnienia na uczelni. Moja ścieżka kariery też nie była prosta. Bezpośrednio po obronie dysertacji przez kilka lat pracowałam w Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego, zajmowałam się promocją szeroko pojętej nauki. Poza tym prowadziłam kawiarnię artystyczną przy ul. Piotrkowskiej, założyłam teatr w łódzkiej Manufakturze. Wraz z rodziną współpracowałam z Domem Polskim w Ejszyszkach – oczywiście mówię o czasach, kiedy jeszcze normalnie funkcjonował. Organizowałam różnego rodzaju wydarzenia kulturalne. Od zawsze jednak najlepiej czułam się w nauce, czułam głód głębszego poznania pewnych zagadnień, które oddziaływały na rzeczywistość, w której dorastałam. Zważywszy na to, że posiadam określone predyspozycje do „odbezpieczania bomb historycznych” i popularyzacji nie zawsze łatwych treści, stwierdziłam, że warto całkowicie poświęcić się karierze naukowej.

Jednym z twoich zainteresowań naukowych jest mniejszość polska na Litwie. Czy taki temat cieszy się zainteresowaniem w Polsce?

Wszystko zależy od środowiska, w którym aktualnie się obracam. Dzielę się wynikami swoich badań z kolegami naukowcami czy studentami. Prowadzę seminarium poświęcone prawom mniejszości, z kolei na zajęciach z trendów w polityce poruszam m.in. wątki polityki historycznej czy zagadnień z zakresu polityki etnicznej. Oprócz Polaków na Litwie w centrum moich zainteresowań badawczych pozostają etnonacjonalizmy w przestrzeni postsowieckiej. Na przykładzie naszej społeczności i jej problemów – takich jak polityka językowa, stereotypy i antagonizmy narodowe – próbuję kształtować pewien czytelny obraz zachodzących na naszych oczach procesów. Dotyczy to np. ostatnich wydarzeń w państwach sąsiednich, mocno z nami powiązanymi zarówno historycznie, jak i kulturowo.

Wspomniałaś o takim zagadnieniu jak polityka historyczna. Przed kilkoma laty w Wilnie odbyło się spotkanie ze znanym polskim publicystą historycznym, Piotrem Zychowiczem, na którym w ten sposób wyraził się on o polityce historycznej: „Na takiej samej zasadzie nie może istnieć coś takiego jak polityka historyczna, przynajmniej teoretycznie, bo historia – i tak mnie uczono na Uniwersytecie Warszawskim – jest dochodzeniem do prawdy, czyli ustalaniem, jak było w rzeczywistości. Polityka natomiast jest sztuką kłamstwa. Nie ma bardziej skorumpowanego, koszmarnego zawodu na świecie niż polityk, który musi tak oszukać, aby go wybrali”. Jaki jest twój stosunek do polityki historycznej?

Będąc pracownikiem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych, traktuję politykę jako sztukę zarządzania państwem w różnych obszarach (miejskim, społecznym, językowym itd.) i narzędzie świadomej kreacji naszej rzeczywistości. Jestem daleka od określania polityki mianem manipulacji lub kłamstwa, choć rozumiem, co autor miał na myśli. Rzecz jasna, nadużycia w tej sferze się zdarzają. Jednak realia europejskie, w których teraz funkcjonujemy (w porównaniu do systemu, z którego zaledwie kilka dekad temu udało nam się „wypisać”), pozwalają twierdzić, że w naszym kręgu kulturowym polityk pozostaje w służbie obywateli. Dysponujemy jasno sprecyzowanymi prawami i wolnościami, dlatego możemy i powinniśmy oddziaływać na naszych polityków. Zresztą, odcięcie się od historii jest polityką historyczną – uważa warszawski uczony, autor znakomitej książki „Polityka historyczna”, prof. Rafał Chwedoruk.

Problem polega na tym, że jeśli nie będziemy sami zarządzać naszą pamięcią historyczną – ktoś inny zrobi to za nas. W świetle kampanii dezinformacji czy militaryzacji informacji ten obszar niewątpliwie zyskuje na znaczeniu. Musimy kontrolować i prostować pojawiające się w przestrzeni publicznej, medialnej czy politycznej przekłamania dotyczące historii. Proces ten powinien odbywać się z udziałem zawodowych historyków w oparciu o fakty udokumentowane w źródłach, bo – jak mawiał Józef Mackiewicz – „tylko prawda jest ciekawa”.

Czytaj więcej: Nauczycielka z Winnicy o obronie przed Rosją: „Teraz butelki nie są śmieciami”

Utrzymanie w Polsce jest stosunkowo tanie, a Łódź jest jednym z największych miast, co sprzyja znalezienia pracy.
| Fot. ADOBE STOCK

Kiedy zaczynałaś przed kilkudziesięcioma laty studia, to Polska dla nas była praktycznie jedyną możliwością studiowania za granicą. Teraz sytuacja się zmieniła. Dlaczego warto więc wybrać studia w Polsce?

Zacznijmy od tego, że na Litwie w większości przypadków studia są płatne. W Polsce studia dzienne na uczelniach wyższych nadal są bezpłatne (za wyjątkiem wybranych kierunków). Ponadto jest duża liczba uniwersytetów, dzięki temu maturzyści mają większe szanse na dostanie się studia. Na naszym wydziale spośród siedmiu tylko dwa kierunki są płatne: International Marketing i International Political Studies. Są to studia z angielskim językiem wykładowym, ukierunkowane przede wszystkim na osoby z zagranicy, choć studiują tu też Polacy. Warto podkreślić, że cena dla obywateli Polski jest niemal pięciokrotnie niższa niż dla obcokrajowców (w przypadku Polaków wynosi 3 tys. zł rocznie, natomiast dla obywateli Unii Europejskiej i innych państw cena wzrasta do ok. 3 tys. euro). Istotne jest to, że naszą młodzież z Litwy z Kartą Polaka obowiązuje taka sama cena jak obywateli RP!

Zalecam wyjazd do Polski, ponieważ jest to doskonała destynacja dla naszych dzieci, bez problemu posługujących się językiem polskim. Polska jest fajnym miejscem, pozwalającym otworzyć te pierwsze drzwi do edukacji i dorosłości zarazem. Jeśli wyjeżdżamy do Polski, to nie oznacza, że zostajemy tam na stałe.

Pamiętajmy o programach wymiany studenckiej. Można wyjechać na Erasmusa, na rok lub semestr, do jednego spośród ponad 140 uniwersytetów, z którymi Uniwersytet Łódzki ma podpisane umowy. Ponadto dzisiaj system kształcenia jest podzielony na dwa stopnie: licencjat i studia magisterskie. W związku z powyższym nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ukończyć licencjat w Wilnie, a na studia magisterskie wybrać się do Łodzi. Albo odwrotnie. Można studiować w szkołach doktorskich albo wybrać uzupełniające studia podyplomowe. Z własnego doświadczenia wiem, że warto wyjeżdżać, warto się rozwijać.

Jeśli ktoś zdecydował się na studia w Uniwersytecie Łódzkim, jakie powinny być jego pierwsze kroki?

Nie ma już egzaminów wstępnych. W tej chwili wystarczy wejść na stronę uniwersytetu, sprawdzić, jakie są kierunki studiów, terminy i warunki rejestracji. Podkreślam – rejestracji, a nie składania dokumentów, bo od tego należy zacząć. Można rekrutować się (a następnie studiować) jednocześnie na kilka kierunków. Na naszej uczelni rejestracja w systemie startuje już w maju. Natomiast właściwa rekrutacja zaczyna się w lipcu, kiedy trzeba dostarczyć na uczelnię dokumenty. Druga tura rekrutacji (dla osób, które się nie dostały i próbują aplikować ponownie) ma miejsce najczęściej na przełomie sierpnia i września. Absolwenci polskich szkół na Litwie mają o tyle łatwiej, że nie muszą zdawać egzaminu ze znajomości języka polskiego, który obowiązuje innych obcokrajowców (np. studentów polskiego pochodzenia z Białorusi czy Ukrainy).

Czytaj więcej: Danuta Szejnicka: Nauczyciel też musi się uczyć

Co ze stypendiami?

Uniwersytet Łódzki oferuje stypendia dla najlepszych studentów. Można też składać wnioski na granty badawcze, wyjeżdżać na wymianę w ramach Erasmusa. Ponadto Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej (NAWA) oferuje stypendium im. gen. W. Andersa (aplikować o nie należy niezależnie od rekrutacji na studia), ale pojawiają się też inne oferty stypendialne skierowane do młodzieży polonijnej.

Kluczowe jednak jest posiadanie statusu studenta. Jeśli uda wam się zrekrutować, można szukać środków w licznych instytucjach zajmujących się sprawami Polonii. Poza tym utrzymanie w Polsce jest stosunkowo tanie, a Łódź jest jednym z największych miast, co sprzyja znalezienia dorywczej pracy. Osoby z Litwy, które już na starcie znają trzy lub cztery języki, będą mogły z łatwością dorobić (w sklepach, kawiarniach, restauracjach czy wykonując pracę tłumacza). Zapraszam do Łodzi!


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 11(33) 19-25/03/2022