Poznałem Ukrainę bohaterską i zjednoczoną

To inna wojna niż te, które znamy. Ja sam wróciłem w końcu do Polski, bo stwierdziłem, że kończy mi się już limit szczęścia. Ginie tak dużo dziennikarzy, bo chcą być jak najbliżej działań wojennych, a to nie są typowe działania. Dla Rosjan każdy na Ukrainie jest wrogiem, dziennikarz także – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Robert Kwiatek, polski fotoreporter, który kilka dni spędził na Ukrainie ogarniętej wojną.

Jak długo podejmował Pan decyzję o wyjeździe na Ukrainę jako fotoreporter?

Chyba dwa dni męczyłem się przed telewizorem i myślałem, co robić. Byłem w Jugosławii w 1996 r. i do żadnych wojen już mnie nie ciągnęło. W takich sytuacjach jednak każdy powinien robić to, co potrafi najlepiej. Ja umiem robić zdjęcia, więc stwierdziłem, że pojadę, by pokazać światu, co tam się dzieje. Czułem taką potrzebę, ale też czułem, że pomimo strachu czy świadomości zagrożenia to mój obowiązek. Od podjęcia decyzji do wyjazdu minęło chyba cztery czy pięć godzin. Równolegle załatwiałem akredytację (mam międzynarodową legitymację prasową, ale musiałem być wydelegowany przez konkretne medium, bo to się przydaje), nie wszystko miałem gotowe.

Jaką Ukrainę Pan zobaczył po przekroczeniu granicy?

Najpierw był Lwów. Po raz pierwszy byłem tam, gdy odwiedzał go papież Jan Paweł II, i byłem pod wrażeniem piękna tego miasta. Po raz kolejny odwiedziłem Lwów, gdy na cmentarzu Orląt młodzi Polacy zapalili race, czy też raczej dymy do filmów, i trzeba ich było stamtąd wyciągać. Wtedy też poznałem inną Ukrainę. Ta, którą zobaczyłem teraz, jest jednak zupełnie wyjątkowa, zwarta, całkowicie gotowa do walki. To, co czytamy w książkach o wojnie, nasze wyobrażenia czy nawet moje doświadczenia z wojen, które widziałem, nie wytrzymują porównania z tym, co tam się dzieje. Nigdy nie widziałem, żeby całe społeczeństwo było tak zaangażowane w obronę swojego kraju.

To właśnie jest klucz do zrozumienia tej sytuacji i odpowiedź na pytanie, dlaczego Rosjanie nie odnoszą tam większych sukcesów, stosując działania konwencjonalne. Mogą oczywiście zrównać miasta z ziemią, ale i tak będą mieli do czynienia z partyzantką miejską. Nie mają możliwości wygrania tej wojny, bo cały naród jest gotowy walczyć. Z tego, co widziałem, w różny sposób w walkę jest zaangażowane ok. 70 proc. społeczeństwa. To budzi mój ogromny szacunek i pokazuje, z czym mierzy się Rosja.

Spotykał Pan nie tylko Ukraińców, także Tatarów czy Polaków.

Rzeczywiście, tam można spotkać bardzo różnych ludzi. Spotkałem Tatarów z Krymu, którzy kontynuują swoją walkę od ośmiu lat. Czują się Ukraińcami – innej wiary, innej kultury, ale całkowicie oddanymi swojemu krajowi. Czasem mają trochę problemów, gdy ktoś weźmie ich np. za Czeczenów, czasem muszą się tłumaczyć, ale bardzo pomagają nie tylko wojskowym, lecz także ludności cywilnej. Przyjeżdżają na osiedle, przywożą jedzenie. To społeczeństwo, które wspiera się nawzajem.

Nocowałem u ojców kapucynów. Też są zaangażowani, nie tylko otwierają swój dom, ale też jeżdżą z pomocą, mają wolontariuszy, docierają do zagrożonych miejsc. Solidarność widać na każdym kroku. Oczywiście ludzie są różni, a wojna uwidacznia zwłaszcza skrajne postawy, od skrajnego bohaterstwa i dobra po skrajną podłość. Jednak muszę przyznać, że ze strony ludności ukraińskiej takiej podłości nie doznałem. Czasem zdarza się, że ktoś np. zatarasuje przejście w pociągu, zaczyna się kłótnia. Ale gdy pojawia się zagrożenie, znów wszyscy są zdyscyplinowani, wiedzą, że np. muszą wyłączyć telefony, nie trzeba nikogo pilnować. Wszyscy walczą o wolną Ukrainę i to ich łączy.

Czytaj więcej: Rosyjska agresja na Ukrainę wywołała wyhamowanie rynku nieruchomości

A ukraińscy Rosjanie?

Jeśli chodzi o ludność rosyjskojęzyczną, spotkałem takich ludzi bardzo wielu. I to właśnie w nich dokonał się największy przełom. Kilka, może kilkanaście lat temu myśleli pewnie o Rosji z tęsknotą czy przynajmniej sentymentem, a teraz jej nienawidzą. Nie utożsamiają się z tym, co Rosja sobą reprezentuje, i nie boją się chwycić za broń, choć będą musieli strzelać do ludzi mówiących tym samym językiem.

Na tej – nadal niezbyt długo trwającej – wojnie zginęło już wielu dziennikarzy… Dlaczego?

No właśnie. To inna wojna niż te, które znamy. Ja sam wróciłem do Polski, bo stwierdziłem, że kończy mi się już limit szczęścia. Ginie tak dużo dziennikarzy, bo chcą być jak najbliżej działań wojennych, a to nie są typowe działania. To raczej zagony pancerne, trwa ostrzał, także ostrzał rakietowy. Rosjanie nie szanują w żaden sposób oznaczeń samochodów prasowych, każdy pojazd traktują jako zagrożenie – zdarzało się przecież, że także z cywilnego samochodu niszczone są czołgi. Armia ukraińska sprawdza dziennikarzy, zdarza się, że za dziennikarzy mogą się podawać dywersanci, więc dokumenty są przeglądane dokładnie. Nie strzelają jednak do dziennikarzy (choć zdarzyło mi się skonfrontować z karabinem przeładowanym w moim kierunku). Dla Rosjan natomiast każdy na Ukrainie jest wrogiem, dziennikarz także.

Wracał Pan z Kijowa do Lwowa pociągiem.

Tak. Najpierw przejście przez ucho igielne, potem wrzask, płacz dzieci i wreszcie 12 godzin drogi. Rozmowy są różne. Nastolatki – podobnie jak u nas – dużo siedzą w telefonach; nie zrzucałbym im braku ducha walki, ale to chyba pokolenie myślące bardziej o sobie. Starsi przeżywają tę sytuację bardzo świadomie. Mówią o tym, że chcą wrócić do Ukrainy, niezależnie od tego, czy ich domy będą stały, czy będzie je trzeba od nowa stawiać. Ogromna wdzięczność wobec Polaków, którzy udzielają pomocy, ale też nieustanna myśl o powrocie.

Czytaj więcej: Dyrektorzy gimnazjów o wojnie: lekcje historii i zbiórka na rzecz Ukrainy

Pojechał Pan robić zdjęcia, na których widać przede wszystkim ludzkie cierpienie. Nie miał Pan momentów, że jednak żałował Pan, że na to patrzy?

Kiedy robię zdjęcia, aparat jest barierą, tarczą ochronną. Jestem skupiony na tym, by odwzorować rzeczywistość. Czasem dopiero gdy oglądam fotografie, dochodzi do mnie, w czym uczestniczyłem. Tym razem miałem bardzo wiele sytuacji, gdy nie mogłem zrobić zdjęcia, które chciałem. Wynikało to z kwestii bezpieczeństwa. Nie tylko mojego, nie zawsze mogłem fotografować żołnierzy, bo groziłoby to ich bezpieczeństwu.

Czasem też czynnik ludzki brał górę… W Kijowie wsiadłem do pociągu jeszcze przed dworcem centralnym, było więc sporo miejsca. Potem, gdy zatrzymaliśmy się na dworcu głównym, pojawiły się tłumy. Wyciągnąłem aparat. Tymczasem wojsko pomagało pakować się do pociągu starszym, kobietom, dzieciom, ja się do tego przyłączyłem. Trzymałem jeszcze aparat jedną ręką, ale w końcu przestałem robić zdjęcia i zacząłem po prostu przekładać bagaże. W tym momencie było to po prostu ważniejsze.

Nie zrobiłem więc wszystkich możliwych zdjęć, nie musiałem zresztą. Jest tam ciągle wielu wspaniałych fotoreporterów, niektórzy, jak już mówiliśmy, zapłacili życiem za to, co robią. Ważny jest dla mnie ten wspólny przekaz. Jesteśmy po to, by ten obraz poszedł dalej, by wstrząsnął światem. Wiadomo, że im dłużej ta wojna będzie trwać, tym bardziej ludzie będą traktować takie zdjęcia jako ciekawostki. Ale to nie jest sensacja – to realna walka Ukraińców o ich kraj z bezwzględnym agresorem, który złamał wszystkie zasady.

Czytaj więcej: Jestem przekonana o wielkim zwycięstwie Ukrainy


Robert Kwiatek

Fotoreporter, fotograf, mistrz Polski juniorów w łyżwiarstwie figurowym. Od wczesnej młodości uczestniczył w działaniach organizacji antykomunistycznych w Gdańsku, jeden z założycieli Tajnej Organizacji Młodzieży (utworzonej w 1984 r.). Od 1986 r. związany z Federacją Młodzieży Walczącej – był jednym z jej liderów w regionie gdańskim. Redagował i wydawał jedno z najważniejszych pism FMW („Monit”) oraz wiele innych tytułów. Podczas strajków Stoczni Gdańskiej w 1988 r. organizował wsparcie dla protestujących robotników. Uczestniczył w licznych demonstracjach, walkach ulicznych i innych akcjach FMW. Ze względu na działalność wielokrotnie zatrzymywany przez milicję i Służbę Bezpieczeństwa. Po 1989 r. pracował jako fotoreporter i fotograf. Pełni funkcję prezesa Stowarzyszenia Federacji Młodzieży Walczącej. Odznaczony Medalem 30-lecia Solidarności.


Fot. Robert Kwiatek


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 12(36) 26/03-01/04/2022