Świadkowie mówią. Z wizytą w Wieluniu

Wieluń był pierwszym miastem zbombardowanym w czasie II wojny światowej, miejscem pierwszego aktu ludobójstwa. Miasto nie miało żadnego znaczenia militarnego, nie było bronione. Niemcy widzieli, na co zrzucają bomby – mówi Jan Książek, dyrektor Muzeum Ziemi Wieluńskiej.

Czytaj również...

Dzisiejszy, 20-tysięczny Wieluń położony jest w centralnej Polsce, w województwie łódzkim. W czasach II Rzeczypospolitej był miastem przygranicznym. Kilkanaście kilometrów dalej, na rzece Prośnie, przebiegała granica z Niemcami. Miasto liczyło w 1939 r. ponad 15 tys. mieszkańców, z których trzecią część stanowili Żydzi.

1 września przed świtem na śpiącą ludność spadły pierwsze bomby II wojny światowej.

Przerwany sen

– Żyją jeszcze ludzie, którzy ten atak przeżyli. Jest ich już naprawdę niewielu, pojedyncze osoby, które mogą o nim opowiedzieć. Od wielu lat, 31 sierpnia, w przeddzień wybuchu wojny, organizujemy ich spotkania z młodzieżą, harcerzami, by dawali świadectwo. W tym roku takie spotkanie też się odbędzie – informuje Jan Książek, dyrektor Muzeum Ziemi Wieluńskiej w Wieluniu.

Rozważamy z dyrektorem przyczyny, dla których Niemcy tak bestialsko zaatakowali spokojne, nieumocnione miasto, w którym nie stacjonował żaden oddział wojska. – Pytanie to należałoby postawić decydentom, którzy wydawali rozkazy i tym samym wyrok śmierci na miasto – mówi nasz przewodnik. – Nie wiemy, co ich decyzje spowodowało, jest kilka hipotez. Najbardziej prawdopodobna to sianie terroru i paniki na tyłach polskich wojsk, bo między Wieluniem a granicą stacjonowały pułki Armii Łódź. Jest też hipoteza, że atak miał przetestować w warunkach bojowych udoskonalone sztukasy, słynne junkersy 87B.

Pechem Wielunia było położenie. Znajdował się na linii uderzania 8. i 10. armii niemieckiej, dla których wiodła tędy najkrótsza droga na Łódź i Warszawę. Niemcy z jednej strony sobie ją otwierali, z drugiej – w sposób niewyobrażalnie barbarzyński terroryzowali ludność, która uciekała w głąb kraju, blokując drogi. One i tak były kiepskiej jakości. Utrudniało to ruchy polskich oddziałów, tworzyło chaos, który był przez Niemców wywoływany z rozmysłem. Tak sprawdzała się w praktyce doktryna Blitzkriegu – wojny błyskawicznej, stworzona kilka lat wcześniej pod kierunkiem Heinza Guderiana.

Niemcy na pewno widzieli, co bombardują. Zrzucenie kilku bomb na zabytkowy gmach kościoła farnego pw. Michała Archanioła z wysoką na ponad 30 metrów wieżą nie mogło być nieświadome | Fot. Mirosław Grabczak, Muzeum Ziemi Wieluńskiej

Setki ofiar

Historycy spierają się, czy wojna rozpoczęła się atakiem pancernika „Schleswig-Holstein” na Westerplatte, czy też wcześniej zaatakowano Wieluń. – Sprawa jest otwarta i dyskusyjna, ale nie licytujemy się w tej kwestii – tłumaczy dyrektor Książek. – Westerplatte jest punktem oporu i bohaterstwa polskiego żołnierza. Natomiast bombardowanie Wielunia i straty wśród jego ludności cywilnej dopełniają prawdziwy obraz początku wojny. Wskazują, jak ona będzie wyglądała, w którą stronę podążała, i że będzie bezpardonowa, polegająca na zabijaniu także zupełnie przypadkowych osób. Wieluń był bezsprzecznie pierwszym aktem tego ludobójstwa. Atak spadł na niego gdy zdecydowana większość mieszkańców spała jeszcze w swoich łóżkach, a część szykowała się, wychodziła do pracy.

Pewne jest, że Wieluń był pierwszym miastem zbombardowanym w czasie II wojny światowej. Dane, kiedy dokładnie nastąpił pierwszy nalot, nie są jednak do końca precyzyjne. Na pewno było to w okolicach godziny piątej rano, ale trudno ustalić czas z dokładnością do minuty. W relacjach zbieranych w latach 50. XX w. od osób, które bardzo dobrze pamiętały rok 1939, podawane są rozbieżne godziny.

– Pierwszy nalot spowodował zbombardowanie szpitala, dużego obiektu, na owe czasy jednego z największych szpitali powiatowych, wedle części świadków oznaczonego namalowanym nieco wcześniej czerwonym krzyżem – mówi Jan Książek. – Niemcy na pewno widzieli, co bombardują. Zrzucenie kilku bomb na zabytkowy gmach kościoła farnego pw. Michała Archanioła z wysoką na ponad 30 metrów wieżą nie mogło być nieświadome. Podobnie jak na synagogę i centrum miasta, Stary i Nowy Rynek. Niektórzy piloci zeznawali, że widzieli w centrum kawalerię, ale to absolutna nieprawda, jedynie chęć usprawiedliwienia zbrodni. Wojska polskie przemieszczały się przez Wieluń w stronę granicy, ale wcześniej. Miasta nikt nie bronił, bo w Wieluniu 1 września na pewno nie było wojska. Było atakowane przez pilotów Luftwaffe zupełnie bezkarnie.

W wyniku najprawdopodobniej trzech ataków w dniu 1 września zniszczono ponad 50 proc. zabudowy, a aż 70 proc. centrum miasta legło w gruzach. Trudniej oszacować straty w ludziach. Paliły się domy, zawalały stropy, ginęli ludzie. – Dyrektor Szpitala Wszystkich Świętych, doktor Zygmunt Patryn, który mieszkał na terenie szpitala, opowiadał o ratowaniu ludzi – kontynuuje Książek.

– Później, przymuszony do pracy w okresie okupacji w innym już budynku szpitala, miał usłyszeć od Niemców, że podczas bombardowania zginęło kilkaset osób. Nie potrafimy tej liczby potwierdzić, nie we wszystkich przypadkach sporządzono akty zgonu, co dotyczyło szczególnie ludności żydowskiej, której w mieście zamieszkiwało ponad 5 tys., właśnie w rejonie centrum. Mamy duże braki wiedzy w tym zakresie. Mamy udokumentowanych ok. 200 ofiar, ale wciąż próbujemy weryfikować różne informacje, które nadal do nas trafiają. Na wieluńskim cmentarzu jest kilka grobów ofiar bombardowania, ale to znikoma cząstka. Na pewno były setki ofiar, ale precyzyjnej liczby nie potrafię podać. W samym szpitalu zginęły przynajmniej 32 osoby – opowiada dyrektor.

Wystawa pamięci

Jedną z wystaw stałych w Muzeum Ziemi Wieluńskiej – dofinansowywaną ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP – jest wystawa „Świadkowie mówią… Wieluń 1 września 1939”.

– Ma charakter narracyjny – mówi dyrektor muzeum – Mieści się w trzech salach, na ponad 200 mkw. Rozpoczynamy ją, ukazując zarys opowieści o przedwojennym Wieluniu. Prezentujemy powiększone, podświetlone zdjęcia mieszkańców, przybliżamy niektóre postaci, dokumenty i pamiątki z tamtego czasu wyciągnięte spod gruzów zbombardowanego miasta. Opowiadamy o administracji tamtego czasu, prezentujemy symboliczne biurko przedwojennego burmistrza. Potem przenosimy się w przestrzeń ukazującą tragedię miasta, jego najważniejszych obiektów, przede wszystkim: fary, synagogi, kościoła ewangelicko-augsburgskiego, szpitala i innych budynków.

W kolejnej sali wchodzimy niejako na staromiejski rynek, oglądamy duże powiększenia niemieckich fotografii lotniczych obrazujących skalę zniszczenia. Zdjęcia, które znajdują się w zbiorach muzeum, są prawie w komplecie zdjęciami niemieckimi. Są one nieco podkolorowane celem ożywienia, przykuwają wzrok.

– Pokazujemy też oryginalne fotografie wykonane przez żołnierzy niemieckich i ruchome obrazy, na których widać zbombardowane miasto i wkraczających Niemców – informuje dyrektor Książek.

– Te dziesiątki zdjęć się przenikają i w ten sposób dochodzimy do przestrzeni z twarzami osób, które zginęły. Nie mamy zbyt wielu ich zdjęć, ale pokazują przekrój wiekowy niewinnych ofiar. Są malutkie, nowonarodzone w szpitalu dzieci, młodzież, dorośli…W końcu trzecia sala zawiera wspomnienia oraz współczesne fotografie świadków bombardowania i setki kolejnych ilustracji ukazujących skalę zniszczenia miasta – mówi nasz przewodnik.

Podczas bombardowania zginęło kilkaset osób. Nie we wszystkich przypadkach sporządzono akty zgonu, co dotyczyło szczególnie ludności żydowskiej | Fot. Sebastian Janicki, Muzeum Ziemi Wieluńskiej

Tajemnica Horsta Schollego

Różnych, z reguły bardzo dramatycznych opowieści o niemieckim ataku na Wieluń zachowało się dzięki muzeum wiele. Przytoczymy jedną, ciekawą i jednocześnie smutną. Okazuje się, że wśród niemieckich najeźdźców na Wieluń na pewno był przynajmniej jeden jego wcześniejszy mieszkaniec.

– Horst Scholle, uczeń Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki, przeniósł się do Wielunia już jako gimnazjalista, z Łodzi lub raczej z któregoś spod łódzkich miast – opowiada dyrektor Jan Książek. – Wiosną 1939 r. został namierzony, że fotografuje Wieluń, zbiera informacje, sporządza jakieś plany i notatki. Policja próbowała go aresztować, ale okazał się od niej sprytniejszy, nagle zniknął. Pojawił się we wrześniu w mundurze pilota Luftwaffe, choć bardziej prawdopodobne wydaje nam się, że służył w służbie naziemnej niż jako pilot czy strzelec pokładowy. Przynajmniej w trzech wspomnieniach pojawia się informacja, że spotykano go na ulicach.

Dyrektor Książek wspomina swoje spotkanie z Zygmuntem Adamskim, absolwentem wieluńskiego gimnazjum Kościuszki, później cenionym reżyserem dokumentalistą, który był przez kilka miesięcy szkolnym kolegą Horsta Schollego.

– Adamski nie wiedział, co się stało w 1939 r., spotkał Schollego już później w Warszawie, na ul. Marszałkowskiej – relacjonuje. – Zobaczył go w mundurze niemieckim i poznał od razu, gdy ten szedł w jego kierunku. Nie wiedział, co zrobić, wystraszył się, chciał przejść na drugą stronę, ale Scholle go zawołał, zaprosił na obiad do niemieckiej restauracji. Zjedli wspólnie, ale Adamski nie odważył się zapytać o niemiecki mundur. Rozmawiali jedynie o szkole, koleżankach, dawnych czasach. Później nigdy więcej się już nie spotkali. My też nie znamy dalszych losów Schollego, nie wiemy, czy przeżył wojnę.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 34 (98) 29/08-04/09/2026

Afisze

Więcej od autora

Koniec lata w Pokrojach. W dawnym majątku von Roppów

Przez Wiłkomierz z Wilna to ok. 180 km, nieco ponad dwie godziny jazdy samochodem. W sam raz na jednodniową letnią wycieczkę, ale śmiało można pomyśleć i o całym weekendzie,...

Urlopowe refleksje

Da się wylegiwać całe dnie na kurlandzkich plażach, czytając zaległe książki i gazety, obserwując nielicznych ludzi i wpatrując się w bezkres morza. Na plażach kurlandzkich, bo w Połądze ceny...

Srebrne dziewczyny! Sukcesy polskich sportsmenek

Katarzyna Niewiadoma-Phinney na podium najważniejszego wyścigu kolarskiego kobiet na świecie stanęła już po raz piąty z rzędu. Trzy razy, w latach 2022, 2023 i 2025 była trzecia, a w...