Wybierając się z Wileńszczyzny, najlepiej zaplanować w Kuldydze (łot. Kuldīga) cały weekend. Raz, że w jedną stronę, przez Poniewież i Szawle, to prawie 400 km i jednodniowa wyprawa ze zwiedzaniem, może okazać się męcząca. Dwa – na miejscu naprawdę jest co robić i na pewno nie będziecie się nudzić, zostając przez dwa, a nawet trzy dni.
Filmowe plenery
Gdyby Jerzemu Hoffmanowi przyszło nakręcić ekranizację „Znachora” dziś (dokonał jej w 1981 r.), w Kuldydze i okolicach znalazłby wszystkie potrzebne plenery i nawet niespecjalnie musiałby trudzić scenografów do czynienia jakichś większych korekt. Niespełna 12-tysięczne miasto stanowi przykład wyjątkowo dobrze zachowanego tradycyjnego zespołu urbanistycznego, który z małej średniowiecznej osady w okresie od XVI do XVIII w. przekształcił się w ważny ośrodek administracyjny księstwa Kurlandii i Semigalii. Do dziś w dużej mierze zachowały się siatka ulic z tamtych czasów i tradycyjne domy z drewnianych bali, a także świadczące o wpływach zewnętrznych style, których bogactwo wynikało z kontaktów między miejscowymi rzemieślnikami i przybyszami z innych krajów bałtyckich.
Początki Kuldygi sięgają wieku XIII, pierwsza zachowana o niej wzmianka pochodzi z dokumentów bp. Wilhelma. W tym okresie zbudowano zamek inflanckiej gałęzi zakonu krzyżackiego, nazwany później Goldingen. Osada pod nazwą Bandava istniała tu już jednak wcześniej, będąc jednym z centrów plemiennego państwa Kurów.
Prawa miejskie Kuldyga uzyskała w 1378 r., 20 lat później wstąpiła do Związku Hanzeatyckiego. Okres największego rozkwitu przeżywała na przełomie XVI i XVII w., będąc przez 20 lat stolicą Księstwa Kurlandzkiego – polskiego lenna.
We wrześniu 1659 r., w okresie potopu szwedzkiego, wojska Rzeczypospolitej zajęły zamek. Blisko 800 żołnierzy, niedysponujących większą liczbą dział, zdobyło twierdzę, której broniło prawie dwa razy więcej zbrojonych, stanowiących trzecią część sił szwedzkich w Kurlandii. W granicach Rzeczypospolitej Kuldyga pozostawała do trzeciego rozbioru, po nim znalazła się w Imperium Rosyjskim.

Wehikuł czasu
Stare miasto – stanowiące unikatowy zespół budowli w skali całej Łotwy – jest niezwykle urokliwe. Charakterystyczna XVII- i XVIII-wieczna drewniana zabudowa pozwala poczuć się po przyjeździe, jakby człowiek wysiadł nie z samochodu, ale z wehikułu czasu. – Miasto miało bardzo dużo szczęścia, prawie nie ucierpiało w trakcie II wojny światowej – informuje sympatyczna pani w punkcie informacji turystycznej, wręczając mapkę z zaznaczonymi największymi atrakcjami.
Zwiedzanie najlepiej rozpocząć przy Placu Ratuszowym i pójść w ulicę Baznīcas. Tu bije serce Kuldygi, nie brakuje klimatycznych restauracji i kawiarni (domowe ciasto z konfiturą z kaliny koralowej w przytulnej „Marmelade” to niebo w gębie). Przy głównym deptaku warto zwrócić uwagę na kilka domów. Ten pod nr. 7 uchodzi za najstarszy w mieście, zbudowano go w 1670 r., zaś w tym pod nr. 17 podczas wojny północnej mieszkał w styczniu 1702 r. sam szwedzki król Karol XII.
Zdecydowanie należy odwiedzić też trzy zabytkowe świątynie: katolicki Kościół św. Trójcy, prawosławną Cerkiew Opieki Matki Bożej i luterański Kościół św. Katarzyny. Pierwszy w naszej ocenie jest najbardziej klimatyczny, w ostatnim – zamienionym w czasach sowieckich ze względu na znakomitą akustykę w salę koncertową – warto zwrócić uwagę na żyrandole, ambonę i organy.
Z historią regionu bliżej można zapoznać się w Muzeum Krajoznawczym, znajdującym się w miejscu dawnego zamku. Obejrzeć można tu m.in. stare czarno-białe zdjęcia dokumentujące rozwój Kuldygi.

Ventas rumba
Dla wielu największą atrakcją, dla której podążają do Kuldygi, jest wodospad Ventas rumba. Venta to oczywiście łotewska nazwa rzeki Windawy, nad którą miasto jest położone. Wodospad na Windawie zawsze stanowił kluczowy element Kuldygi. Uniemożliwiał żeglugę w górę rzeki, powodując, że stanowiła ona ostatni port dla łodzi i statków. W 1615 r. przyczynił się też jednak do tego, że miasto zostało zniszczone przez powódź.
Próg na rzece w Kuldydze jest najszerszy w Europie, podczas wiosennych roztopów rozciąga się nawet na 270 m, normalnie na mniej więcej 250 m. Jedną z największych budowli rzecznych na naszym kontynencie jest też łączący brzegi Windawy ceglany most z 1874 r. Właśnie z niego wodospad prezentuje się chyba najefektowniej. Most ma prawie 165 m długości.
Wodospad na Windawie jest malowniczy, choć niewysoki. Woda spada z wysokości dwóch metrów, ale jej siła i tak jest na tyle duża, że wymaga nieco odwagi, by zdecydować się wejść pod jej strumień. Śmiałków nie brakuje, bo kąpiel ma walory zdrowotne i oczyszczające. Woda jest wyjątkowo czysta, a bóle głowy po kilku minutach jej działania znikają jak ręką odjął.
Nie brakuje też ochotników, którzy próbują pokonać szerokość rzeki, idąc w bród nad wodospadem. Nie jest to zadanie łatwe, bo nurt jest silny, a dno śliskie i nierówne. Trzeba bardzo uważać i poświęcić na wyzwanie sporo czasu. Na co bardziej leniwych, nieco dalej, ponad progiem, czekają przyjazna plaża i miejskie kąpielisko.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 35 (101) 05-11/09/2026






