Krótka historia
Festiwal Polskich Filmów Fabularnych jest organizowany od roku 1974. To najbardziej trójmiejskie wydarzenie w historii: pierwsza edycja miała miejsce w Sopocie i w Gdańsku, do 1986 r. tylko w Gdańsku, a od 1987 r. tylko w Gdyni. Początkowo skromnie, w dwóch kategoriach (film kinowy i film telewizyjny), dzisiaj obok Konkursu Głównego (16 filmów), osobne jury nagradza filmy w konkursach: Perspektywy (długometrażowe fabuły, 8 tytułów) i Konkursie Filmów Krótkometrażowych (28). Poza tym kilkadziesiąt innych nagród i wyróżnień, okolicznościowych cykli, projekcji specjalnych oraz wiele wydarzeń towarzyszących.
W czasie sześciu festiwalowych dni, od 21 do 26 września, odbyło się kilkaset projekcji festiwalowych w Gdyńskim Centrum Filmowym, Teatrze Muzycznym w Gdyni i Kinie Helios, które obejrzało rekordowe ponad 80 tys. widzów.
Smutny bilans
W Polsce produkuje się b. dużo filmów. Co najmniej 60 pełnometrażowych fabuł rocznie i dziesiątki seriali, co stawia kraj w czołówce kinematografii europejskich pod względem ilościowym. Do najbardziej prestiżowego Konkursu Głównego zakwalifikowano w tym roku 16 fabuł, z założenia były to najlepsze filmy ostatnich miesięcy. Niestety, oprócz kilku tytułów, obraz polskiego kina w roku 2026 jest smutny.
Bardzo krytycznie wypowiedział się na temat tegorocznej propozycji Tomasz Raczek, jeden z najważniejszych polskich krytyków filmowych. Wg niego polskie kino artystyczne, bo takie jest pokazywane na festiwalu, jest na krawędzi. Największą słabością są słabe i schematyczne scenariusze, młodzi rozczarowują, starzy powoli usuwają się w cień.
Niestety, trudno nie zgodzić się z Raczkiem. Tylko kilka filmów wyróżniło się spośród 16 ocenianych, a skoro te były najlepsze, to co mówić o niezakwalifikowanych? Krytycy i jurorzy pod przewodnictwem Krzysztofa Zanussiego byli zgodni: najlepszym filmem był kameralny obraz Macieja Sobieszczańskiego pt. „Przez ścianę”, który nieoczekiwanie pokonał faworyzowaną przed festiwalem „Ojczyznę” Pawła Pawlikowskiego (nagroda za reżyserię w Gdyni i w… Cannes), zgłoszoną przed festiwalem do Oscara. Dużo świeżości i bezpretensjonalności wniósł film Łukasza Rondudy pt. „Powiedz mi, co czujesz” (Srebrne Lwy) z nagrodzoną rolą debiutanta Jan Sałasińskiego. Jan Komasa swoim drugim zagranicznym filmem potwierdził, że w tej chwili ma największą szansę spośród wszystkich polskich filmowców na karierę światową. Jego „Dobry chłopiec” zdobył nagrodę publiczności oraz nagrody za scenariusz, montaż i główną rolę męską dla Ansona Boona, którego możemy oglądać obecnie w drugim sezonie „Strefy gangsterów” u boku Pierce’a Brosnana, Helen Mirren i Toma Hardy’ego. Także cztery nagrody zdobył „Hot Spot” w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej (muzyka, dźwięk, kostiumy i Złoty Pazur), która również aspiruje do podboju światowego, ale tym filmem nie zbliżyła się do celu.
Najbardziej rozczarowały filmy, które miały ogromny potencjał: „Mniej obcy” i „Violetta Villas”. Pierwszy o Janie Borysewiczu, założycielu Lady Pank (produkcja Netflix), drugi o gwieździe estrady, która dysponowała niezwykłym głosem zasługującym na wielką karierę. To były tzw. bieda filmy. Filmy historyczne wymagają odpowiedniego budżetu, tutaj go wyraźnie zabrakło, a na dokładkę niedopracowane scenariusze i brak umiejętności prowadzenia aktorów przez reżyserów dopełniły czary goryczy. Na bogato było za to na festiwalowej prezentacji filmu „Violetta Villas”: przed premierową projekcją w Gdyni na scenie pojawiło się 65 osób z ekipy! No cóż, jak się bawić, to na całego.
Kwitując tegoroczne święto polskiego kina, należy mieć nadzieję, że za rok będzie lepiej…



