Woła o sprawiedliwość dla zamordowanych w niewoli. „Mają swoje twarze, imiona i historie”

Zabijanie jeńców wojennych – już nie żołnierzy, ale jeńców – to w rosyjskiej mentalności również zwycięstwo – mówi Ołeksandra Mazur, przewodniczącą organizacji pozarządowej Olenivka Community (pol. „Wspólnota Ołeniwki”), zrzeszającej bliskich ofiar rosyjskich zbrodni wojennych.

Czytaj również...

W 2022 r. w Ołeniwce Rosjanie wysadzili budynek z jeńcami wojennymi. Według prawa międzynarodowego jest to zbrodnia wojenna. Rosja twierdziła, że to ukraiński pocisk, jednak analiza, w tym ONZ, na dostępnym materiale, także satelitarnym, pokazała, że wybuch nastąpił wewnątrz. Rosja nie dopuściła niezależnych śledczych, także z ONZ, na miejsce wydarzenia. Rannym, którzy przeżyli wybuch, zakazano udzielania pomocy, nawet profesjonalnym medykom.

Rajmund Klonowski: Kogo zrzesza wasza organizacja?

Ołeksandra Mazur: Zrzeszamy rodziny jeńców wojennych – żołnierzy „Azowu”, wobec których Rosjanie dokonali w 2022 r. egzekucji w Ołeniwce. Część z tych osób zginęła, ich rodziny należą do organizacji. Część była ranna, ale przeżyła. Niektórzy już wrócili, niektórzy nadal są w obozach rosyjskich – i rodziny ich wszystkich także są w naszej organizacji. Dziś znamy już liczbę: w baraku, w którym Rosjanie dokonali tej egzekucji, były 193 osoby. Wybuch nastąpił w nocy z 28 na 29 lipca 2022 r.

A jak w ogóle ci żołnierze „Azowu” się tam znaleźli? Byli ściągani z różnych miejsc, z różnych pól bitew, czy trafili do niewoli z jednego miejsca?

To była obrona Mariupola, która trwała od początku wojny pełnoskalowej mniej więcej do połowy maja. Ostatnim jej bastionem był kombinat „Azowstal”. Obrona zakończyła się porozumieniem między Ukrainą a Rosją, że żołnierze wyjdą z miasta, które od paru miesięcy było całkowicie otoczone przez wojska rosyjskie, i trafią do obozów rosyjskich, a Rosjanie zapewnią im przy tym normalne traktowanie. Ale my to znamy tylko ze słów. Nigdy nie widzieliśmy dokumentu na ten temat.

Mówiono wtedy, w 2022 r., że biorą w tym udział również organizacje międzynarodowe – wymieniano m.in. Organizację Narodów Zjednoczonych i Międzynarodowy Czerwony Krzyż – że one też dbają o dobre warunki dla jeńców wojennych, którzy wychodzą z Mariupola. Ale to tylko słowa. Takiego porozumienia nikt z nas nigdy nie widział.

Było to, jak mówię, prawie w połowie maja – przez parę dni żołnierze przechodzili z Mariupola do obozu rosyjskiego. I tak tam trafili. Ale sytuacja potoczyła się odwrotnie. Nastąpiła ta egzekucja w lipcu, ale jeszcze w 2022 r., i przedtem, i potem jeńców wojennych torturowano, niektórych niestety zabijano.

Nawet w tym roku, w maju, była wiadomość, że w obozie rosyjskim zginął żołnierz „Azowu” – w wyniku tortur. I nie tylko on. A więc ta historia w ogóle nie była taka, jaką nam przedstawiano na początku, w maju 2022 r.

mazur-2026-10-10-2
Akcja rodzin jeńców wojennych. Kijów, kwiecień 2025 r. | Fot. archiwum prywatne, oprac. A.K

No właśnie, ta egzekucja w lipcu 2022 r. – co się wtedy stało?

Od osób, które były w tym baraku i przeżyły, a także od tych, którzy byli w innych barakach i coś widzieli albo słyszeli, wiemy, że tam nastąpił wybuch. Ten barak wcześniej nie był, powiedzmy, mieszkalny. Nikt tam nie mieszkał, to był osobno stojący skład. Grupa, na której dokonano egzekucji, była pierwszą, która tam zamieszkała.

Rosjanie zebrali tych ludzi z różnych baraków według jakiejś listy i umieścili w tym baraku. To też jest pytanie: dlaczego akurat taka lista? Łączy ich tylko to, że są z „Azowu”.

Ale najważniejsze w tej historii, jak mi się wydaje – i co jednoznacznie wskazuje na to, że zrobili to Rosjanie – jest to, że niektóre osoby być może mogłyby przeżyć. A rosyjska administracja zabraniała udzielania im pomocy medycznej.

Podam jako przykład historię Mykoły Karasia. To jeden z jeńców, którzy zginęli. Po wybuchu ktoś od razu był martwy, ktoś jeszcze żył, a nawet mógł udzielać pomocy innym. Przyjechała karetka i zdecydowano, że trzeba do niej zabrać Mykołę Karasia, bo jeszcze żył, ale potrzebował szybkiej pomocy. Przekazali go do karetki. Ale wtedy wyszła administracja obozu, a mianowicie działający na polecenie kierownika obozu Jewsiukowa – Niejołow. Wcześniej był obywatelem Ukrainy, ale przeszedł na stronę Rosji – czyli jest zdrajcą.

Tacy ludzie, kiedyś obywatele Ukrainy, którzy przeszli na stronę Rosji, są znani z tego, że wobec jeńców wojennych zachowują się szczególnie okrutnie.

No więc – Mykoła Karaś jest już w karetce. Wychodzi Niejołow, rozmawia z innymi i mówi, żeby Mykołę zabrać i że nikt karetką nie pojedzie. Zabrali go z karetki z powrotem do obozu, gdzie zmarł. Takich historii od świadków jest jeszcze kilka. Czyli był nie tylko wybuch wewnątrz baraku – dbano także o to, aby zmarli także ci, którzy wybuch przeżyli, gdyż Niejołow odprawił pogotowie, informując, że nikt z obozu karetką nie pojedzie.

Z czego wynika, że Rosjanie wzięli na celownik akurat żołnierzy „Azowu”?

„Azow” jako jednostka wojskowa od dawna ich interesował. Chociażby przez bitwę o Mariupol, tak znaną na początku wojny pełnoskalowej. Dla nich to zwycięstwo jest bardzo ważne i próbują je uzyskać wszelkimi środkami. Więc zabijanie jeńców wojennych – już nie żołnierzy, ale jeńców – to w rosyjskiej mentalności również zwycięstwo.

A czy nie jest też tak, że szczególnie nienawidzą „Azowu”, dlatego że – jak wskazuje nawet nazwa jednostki – rekrutuje się ona spośród mieszkańców wschodniej Ukrainy, których Rosja przyszła rzekomo wyzwalać, a którzy, jak się okazuje, walczą przeciw Rosji?

Już wspomniałam, że Niejołow i Jewsiukow byli kiedyś obywatelami Ukrainy. To ciekawy temat. Bywa, że rodzice byli Ukraińcami, ale człowiek jest już obywatelem Rosji, bardzo nienawidzi Ukrainy i działa przeciw niej. Albo ktoś był obywatelem Ukrainy, a potem z różnych przyczyn przechodzi na stronę Rosji i pracuje dla niej z wielkim okrucieństwem. To skomplikowany temat i, jak mi się wydaje, historyczny. Pisali o tym już w XX w. badacze: jak Ukraińcy, którzy mieszkają w Rosji, w Moskwie, w innych miastach, traktują Ukrainę. Istnienie niepodległych Ukraińców to dla osób ukraińskiego pochodzenia w Moskwie często psychologiczny problem.

W tym baraku w Ołeniwce były 193 osoby. Część z nich przeżyła, część wróciła już na Ukrainę. Jakie są ich losy, jakie wieści przynoszą?

Tym, co wiedzą, co pamiętają, o czym mówią, zajmują się organizacje, również międzynarodowe, z którymi oczywiście współpracujemy. Kiedy powstaje zbiór takich świadectw, następuje ich weryfikacja. W stresie ludzie mogą coś zapamiętać trochę inaczej, więc porównuje się, kto co mówi, jakie są szczegóły, o czym mówią wszyscy, a o czym mówi na przykład tylko jedna osoba i nikt inny tego nie potwierdza. Wszystko musi być zweryfikowane, inaczej łatwo to potem podważyć.

To wszystko jest bardzo dobrze zrobione. I choć ludzie byli w dużym stresie, świadectwa są zebrane profesjonalnie.

No i oczywiście jest rehabilitacja – dla wszystkich, ale dla niektórych trwa ona bardzo długo. Niektórzy są już od lat na Ukrainie, a jednak nadal potrzebują rehabilitacji medycznej. Nie mówię o psychologicznej, bo to w ogóle inny i skomplikowany temat. Ale nawet medycznej – po torturach, które w tych rosyjskich obozach są ciągle. Trzeba się z tego leczyć latami.

Rosjanie stosują tortury nie tylko wobec żołnierzy „Azowu”, ale też żołnierzy innych formacji, także wobec cywili.

Tak. Mówią o tym ludzie, którzy wrócili, przeżyli. I to także wobec osób spoza Ukrainy. Na przykład w 2023 r. jeździłam z ramienia naszej organizacji do Szwajcarii i jeździł z nami Aiden Aslin – Brytyjczyk, który walczył w armii ukraińskiej i trafił do niewoli rosyjskiej. Opowiadał o tym, co widział i co przeżył w rosyjskich obozach. Dla nich nie ma znaczenia, czy ktoś ma paszport ukraiński, czy jakiś inny, czy jest cywilem, czy żołnierzem. Wszystko im jedno. Torturują wszystkich.

mazur-2026-10-10-3
Nasza organizacja i organizacja „Wszanuj” podczas chwili ciszy. Kijów, rocznica Ołeniwki 2025 | Fot. archiwum prywatne, oprac. A.K

Co chcą w ten sposób osiągnąć? Wyciągnąć jakieś zeznania, informacje?

Myślę, że to jest sztuka dla sztuki. Bo tak samo zachowują się wobec swoich obywateli. Jeszcze przed wojną pełnoskalową pojawiały się czasem publikacje o tym, jak przetrzymywani są Rosjanie w rosyjskich więzieniach. To też codzienność. Oczywiście wydaje mi się, że bardziej okrutni są wobec tych, którzy są więźniami w wyniku wojny, niż wobec swoich więźniów, obywateli rosyjskich. Ale dla nich to jest coś, powiedzmy, normalnego, tradycyjnego, coś, co po prostu jest koniecznym elementem. Jeśli chodzi o wyciąganie informacji – wątpię, aby o to chodziło w tych torturach. Obecnie istnieje dużo technologii, żeby bardzo dobrze wiedzieć to, co trzeba wiedzieć, a nie zdobywać informacje przez torturowanie. Więc to po prostu to taka rosyjska tradycja. Możemy popatrzeć na historię, jak było w więzieniach sowieckich, jak było jeszcze w imperium rosyjskim. Nic się nie zmieniło.

Ile osób związanych z egzekucją w Ołeniwce pozostaje jeszcze w niewoli? I czy są jakieś sposoby, żeby ich z tej niewoli wyciągnąć?

Dla nas – skoro nie jesteśmy osobami, które pracują w rządzie – nie ma sposobu. Możemy po prostu o nich mówić i być może to jakoś wpłynie. Ale to też jest ciężkie. Bo np. wszyscy mówili o dziennikarce Wiktorii Roszczynie [Rosjanie zwrócili jej ciało w worku z napisem „niezidentyfikowany mężczyzna”, metka z nazwiskiem była w środku, badania DNA potwierdziły tożsamość; Rosjanie usunęli jej mózg, oczy, wycięli krtań, aby ukryć przed sekcją zwłok, że została zaduszona – przyp. red.], zagraniczni dziennikarze mówili o swojej koleżance, a jednak Rosjanie zamęczyli ją na śmierć. To nie pomogło.

My teraz też mówimy o ludziach, którzy przeżyli i są w rosyjskich obozach, a jednak odczuwamy, że nie mamy rzeczywistego wpływu na tę sytuację.

Ile osób jeszcze zostało – nie możemy powiedzieć, że znamy dokładną liczbę. Ale z tych, którzy wtedy byli w tym baraku i przeżyli, zostało jeszcze około 50.

Czy utrzymujecie kontakty z innymi organizacjami rodzin jeńców wojennych albo na przykład z rodzicami ukraińskich dzieci porwanych i wywiezionych w głąb Rosji?

Czasem spotykamy się podczas różnych wydarzeń, współorganizujemy z innymi organizacjami. Ale tak jak mówię, to jest temat, w którym odczuwamy, że nic nie potrafimy zrobić. Mówimy – ale czy to pomaga? Robimy cokolwiek, staramy się, ale w rzeczywistości to bardzo ciężkie i nie odczuwamy, że mamy na to wpływ.

A nie uważacie, że to, co robicie, ma sens choćby z perspektywy historycznej? Dokumentujecie to, co się stało, i dalsze losy tych jeńców. Inaczej po wielu latach ktoś powie, że w sumie nie wiadomo, co się z nimi stało – może uciekli do Mandżurii… [w ten sposób Stalin odpowiadał dziennikarzom i przedstawicielom rządów, pytających, co się stało z polskimi oficerami, których Rosjanie rozstrzelali w Katyniu – przyp. red.].

Dokumentujemy to, pokazujemy, mówimy światu o tym, czym w rzeczywistości jest Rosja. Bo Rosja ma swoją wersję popkulturową, a ma swoją wersję rzeczywistą. Tę rzeczywistą człowiek sobie uświadamia przed śmiercią, gdy na uświadomienie jest już za późno.

Smutne, że jeszcze w XXI w. trzeba to pokazywać raz jeszcze. Bo przecież w XX w. Rosja jako Związek Sowiecki stworzyła Gułag i pokazała wszystkim, jaka jest. Świat nie wyciągnął wniosków.

Co zatem należy mówić światu, żeby te wnioski wyciągnął?

Obecnie potrzebujemy tego, aby Rosja nie miała pieniędzy na prowadzenie wojny. Sytuacja jest taka, że ona tylko rozbudowuje swoje fabryki – dronów na przykład i innego sprzętu. Ma też wystarczająco pieniędzy, żeby płacić żołnierzom, żeby rekrutować za pieniądze nowych. Skąd ma te pieniądze? Z tego, że sprzedaje surowce. Ma jeszcze inne biznesy, ale najważniejsze, że sprzedaje ropę i inne drogie rzeczy. Dopóki są państwa, które kupują, które płacą Rosji, ta wojna się nie skończy.

Jedyny rzeczywisty wpływ, jaki można mieć, to zwracać się do swoich państw, żeby w ogóle nie było żadnych biznesów z Rosją. Bo niestety wciąż są tacy, którzy u niej kupują i płacą jej pieniądze, które ona wydaje bezpośrednio na wojnę, na niszczenie Ukraińców.

mazur-2026-10-10-4
Przygotowujemy się do otwarcia wystawy „Ołeniwka”. Swiatosław Popowycz – autor wystawy. Kijów, lipiec 2026 r. | Fot. archiwum prywatne, oprac. A.K.

Skąd można się dowiedzieć więcej o Ołeniwce?

Mamy już dużo takich projektów. Chronologicznie pierwszy był film z 2024 r. Nasza przedstawicielka Maria Aleksiejewicz napisała do Archiwum Wojny – to taka ukraińska organizacja – i oni stworzyli ten film z naszymi rodzinami, a także z osobami, które były jeńcami rosyjskimi. Są w nim napisy po angielsku.

Powstał już też nowy film i pracujemy teraz nad wersją angielską. Zrobiła go w 2026 r., z naszej inicjatywy, Platforma Pamięci „Memoriał”. Rodziny czterech osób piszą w nim listy do swoich bliskich: do trzech, którzy wtedy zginęli, a jedna żona – do męża, który przeżył.

Pisze też żołnierz, który był w tym baraku, przeżył i wrócił na Ukrainę – list do swojego pobratymca, który wtedy zginął. Występują też eksperci, opowiadają, co to w ogóle była za noc, co było przed nią, co potem, jakie są badania. Ja też opowiadam o naszej organizacji, nad czym pracujemy. Oba te filmy można znaleźć na YouTube – po prostu wystarczy wpisać tytuły w wyszukiwarce: „Свідки. Полон вбиває” (transkrypcja „Swidki. Połon wbiwaje”, pol. „Świadkowie. Niewola zabija”) oraz „Оленівка. Листи” (transkrypcja „Ołeniwka. Łysty”, pol. „Ołeniwka. Listy”).

Z tym pierwszym filmem jeździłam po Ukrainie, robiłam pokazy i spotkania, między innymi w Zaporożu. Staram się podjeżdżać bliżej frontu, bo tam ludzie potrzebują wsparcia – żeby wiedzieli, że ktoś do nich przyjeżdża, że ich nie zostawiono. Ten drugi film też niedługo zacznę tak samo pokazywać.

Mamy jeszcze ekspozycję „Ołeniwka”, też zrobioną w 2026 r., w takim współczesnym stylu. Poprzez tę ekspozycję opowiadamy historię tego obozu. Bo to ciekawa historia: Ołeniwka była kiedyś częścią wolnej Ukrainy. Analizujemy, jak się zmieniła pod okupacją, jak zmieniała się przez te lata. Szukamy teraz wsparcia, żeby pokazywać tę ekspozycję za granicą. Pokazaliśmy ją już w Kijowie, ale od początku pomysł był taki, żeby pokazywać ją za granicą, i teraz szukamy możliwości, gdzie to zrobić.

Nie jest duża – chcieliśmy, żeby była logistycznie możliwa do przewiezienia, nieskomplikowana, a jednak żeby w całości pokazywała tę historię. I żeby były tam nie tylko litery, ale też światło, dźwięki i tak dalej. Powiem od razu: ona nie jest straszna. Nie ma tam żadnych drastycznych treści. Nie jest oczywiście wesoła, ale bardziej informacyjna.

W ogóle wiele się u nas dzieje. Jest u nas artystka Anna Kisiliszyna, matka jednego z żołnierzy, który zginął. Nazywał się Oleksij „Lew” Kisiliszyn. Jest z Mariupola. Miała tylko jednego syna i tego syna, w młodym wieku, zabili Rosjanie właśnie wtedy w Ołeniwce. Jest nauczycielką i artystką. Maluje obrazy o Mariupolu, o Ołeniwce, jeździ po Ukrainie i za granicą. Teraz jest w Kanadzie, w różnych miejscach pokazuje swoje obrazy, występuje, opowiada – tak samo jak ja teraz w wywiadzie. Można ją obserwować w sieciach społecznościowych i zaprosić, na przykład na Litwę, do Polski – przyjedzie.

Uważa to po prostu za swój cel: pokazywać tę historię, jak potrafi – poprzez sztukę, poprzez opowiadanie. I działa bardzo dobrze.

A jeśli ktoś będzie jechać na wschód Ukrainy: jest takie małe miasto Kamieńskie, które jest teraz dosyć blisko części okupowanej przez Rosję. W Kamieńskim też są nasze rodziny. Jedna rodzina ma kawiarnię „PlusPlus”, w której odbywają się różne patriotyczne imprezy. Będą organizowali pokaz filmu „Świadkowie. Niewola zabija”, o którym wspominałam. Akurat dzisiaj Ołeksandra, właścicielka kawiarni, przysłała mi informację, że niedługo będzie pokaz. Można też tam pójść porozmawiać, bo Ołeksandra jest siostrą żołnierza (nazywał się Witali „Radyj” Zinczuk), który zginął tamtej nocy.

Mogę o tym bardzo długo opowiadać, bo gromadzimy prawie 200 rodzin. Część z nich działa aktywnie. A wszystko to razem można znaleźć w każdej sieci społecznościowej – wystarczy wpisać po angielsku „Olenivka Community” (pol. „Wspólnota Ołeniwki”). Mamy profile wszędzie i tam są nowe informacje o naszych wydarzeniach, o tym, co robią rodziny – na Ukrainie i za granicą.

Można tam też bliżej poznać osoby, o których mówię, że są ofiarami. Bo często mówimy o jakiejś liczbie, a tak naprawdę oni mają twarze, imiona i swoje historie. Na przykład dzisiaj też była publikacja – robimy je na urodziny. Kiedy urodziny ma ktoś, kto wtedy przeżył i wciąż jest w rosyjskich obozach, publikujemy jego zdjęcie: że dziś ma urodziny, jak się nazywa, że czeka na niego rodzina, że to już piąty rok w obozach. Taką samą tradycję mamy dla tych, którzy zginęli. Od 2024 r. na ich urodziny publikujemy ich zdjęcia, co roku w innej oprawie graficznej, a do tego krótką biografię, wspomnienia. Można po prostu zapoznać się z tymi ludźmi, zobaczyć ich twarze, przeczytać biografie, poznać rodziny i w ogóle naszą działalność.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 40 (116) 10-16/10/2026

Afisze

Więcej od autora

Niepokój na granicy

Nie jest żadną tajemnicą, że dywersanci działają z pełną przychylnością służb białoruskich i prawdopodobnie sami są elementem rosyjskiego aparatu. Podnosi to znacząco koszty transakcyjne dla projektowanego przez Amerykanów „układu...

Wyróżniony przez SNPnL Robert Kowgier: „Jaszuny to nowe centrum rejonu solecznickiego”

Rajmund Klonowski: W swoich badaniach zajmuje się Pan polityką regionalną, a Pana praca magisterska została wyróżniona przez Stowarzyszenie Naukowców Polaków Litwy. Jak wygląda polityka regionalna na Litwie i jak...

Niebezpieczne meandry tożsamości

Otóż nastolatkowie w jednym narodzie kulturowo mają więcej wspólnego ze swoimi rówieśnikami z innego narodu niż z pokoleniem własnych rodziców. Stąd można by nawet na upartego przyrównać kohorty socjologiczne,...