Bo Sycylia ma w sobie coś, co sprawia, że człowiek nie chce jej tylko zobaczyć. Chce ją poczuć. Lubię łączyć leniwy wypoczynek na plaży ze zwiedzaniem.
Tak było i tym razem. Wybrałam zachodnie wybrzeże wyspy, prowincję Trapani, okolice Castelvetrano i Marinella di Selinunte. I znalazłam miejsce, które od pierwszego dnia mnie zachwyciło.
Wiecie dlaczego? Bo było… nigdzie.
Paradise Beach – raj na końcu świata
Hotel, który wybrałam, znajdował się niemal na pustkowiu. Z jednej strony morze, z drugiej wypalony słońcem, surowy sycylijski krajobraz. Żadnych sklepików, kawiarni, sąsiadów zaglądających przez płot. Tylko ogromny kompleks hotelowy, plaża, bezkresny horyzont i wijące się drogi, które prowadziły właściwie nie wiadomo dokąd.
Uwielbiam takie miejsca. Stając rano na hotelowym balkonie, miałam wrażenie, że świat kończy się właśnie tutaj. Morze, niebo, słońce i cisza. A jednak ten mój „koniec świata” wcale nie był odcięty od historii.
Zaledwie 12 km dzieliło nas od Marinella di Selinunte – niewielkiej, bardzo starej miejscowości związanej z grecką historią Sycylii. Dojeżdżał tam hotelowy bus, ale można było również wybrać się plażą. Około sześciu kilometrów spaceru brzegiem morza. Z mężem robiliśmy sobie takie właśnie wycieczki.
Marinella di Selinunte zauroczyła mnie od razu. Ma w sobie coś z małego kurortu z pocztówki – trochę sennego, trochę staroświeckiego, bardzo sycylijskiego. I właśnie tam spacerując, zaczęłam odkrywać, że ta część wyspy ma znacznie więcej do opowiedzenia, niż sugerowałaby jej wakacyjna atmosfera.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że kilka kilometrów dalej natrafię na historię, która całkowicie zmieni moje spojrzenie na miejsce, w którym mieszkam.

Castelvetrano – piękno, które boli
Innym miejscem, do którego można było dojechać hotelowym busem, było Castelvetrano – miasto o średniowiecznych korzeniach, położone około 20 km od hotelu. Pojechałam tam z ciekawością… I wróciłam z mieszanymi uczuciami.
Z jednej strony Castelvetrano zachwyca historią, architekturą i zabytkami. Z drugiej – trudno przejść obojętnie obok tego, co dzieje się w jego historycznym centrum.
Stare kamienice, piękne niegdyś fasady, zamknięte okiennice. Budynki, które kiedyś musiały tętnić życiem, dziś stoją opuszczone. Niektóre są tylko nadgryzione zębem czasu, inne popadają w ruinę.
Patrzyłam na nie i zastanawiałam się: jak to możliwe, że w miejscu o takiej historii pozwolono, aby tyle piękna po prostu niszczało?
Zaczęłam pytać, czytać, rozmawiać. I tak, trochę niepostrzeżenie, zwykła wakacyjna ciekawość zaczęła zamieniać się w moje małe dziennikarskie śledztwo.
Przyczyn jest wiele. Młodzi ludzie wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy i lepszych perspektyw. Część rodzin przeniosła się do bogatszych regionów Włoch albo za granicę. Stare domy pozostają puste, a ich skomplikowana sytuacja własnościowa często dodatkowo utrudnia sprzedaż czy remont.
Swoje piętno odcisnęło także tragiczne trzęsienie ziemi z 1968 roku, które spustoszyło zachodnią Sycylię. Niektóre miejscowości zostały niemal całkowicie zniszczone. Castelvetrano nie podzieliło ich losu, ale wiele starych budynków zostało uszkodzonych, a część historycznej zabudowy nigdy nie odzyskała dawnego blasku.
A potem pojawiło się jeszcze jedno słowo: mafia. I nagle zaczęły mi się układać w całość historie, o których wcześniej nie miałam pojęcia: Castelvetrano było rodzinnym miastem Matteo Messiny Denaro – człowieka, który przez dziesięciolecia pozostawał jednym z najbardziej poszukiwanych włoskich mafiosów. I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze…

Mój hotel pamięta więcej, niż chciał opowiedzieć
Hotel, który wybrałam na wakacje „Paradise Beach” – miejsce, które od pierwszego wejrzenia wydało mi się trochę dziwne. A właściwie – zbyt wystawne. Ogromne kryształowe żyrandole, kolumny podtrzymujące strop holu, mozaiki, wielkie restauracyjne sale. Przepych, który dziś jest już nieco przygaszony przez upływ czasu, ale nadal można go dostrzec.
Kiedy zobaczyłam to wszystko po raz pierwszy, powiedziałam do męża: – Wiesz co? Ten hotel wygląda tak, jakby tu urzędowała mafia. Powiedziałam to trochę żartem. Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo zbliżyłam się do prawdy.
„Paradise Beach” rzeczywiście pojawia się w historii młodego Matteo Messiny Denaro. Okazało się, że w drugiej połowie lat 80. i na początku lat 90. hotel był miejscem, które często odwiedzał. Pojawiał się tam wraz z ludźmi ze swojego otoczenia, a szczególne znaczenie miała dla niego pracująca w hotelu młoda Austriaczka Andrea Haslehner, nazywana „Asi”. I właśnie tutaj historia robi się naprawdę mroczna.
Bo hotel, który dla mnie był miejscem wakacyjnego odpoczynku, dla innych stał się sceną wydarzeń związanych z mafią.
Messina Denaro był wówczas młodym człowiekiem, który lubił życie w wielkim stylu. Według relacji osób znających tamte wydarzenia zamawiał najdroższy szampan i zachowywał się tak, jakby nie tylko cały hotel należał do niego, ale i cały świat. Miał tu swój pokój pod nr. 120.
Ale najważniejszą postacią tej historii nie był on. Był nią Nicola Consales – człowiek, który zarządzał hotelem i nie zamierzał pozwolić, aby grupa młodych mafiosów urządzała sobie w nim prywatne królestwo. Consales był człowiekiem wykształconym, znającym kilka języków, profesjonalistą, który chciał po prostu dobrze wykonywać swoją pracę. Z czasem znalazł się jednak w samym środku konfliktu, którego konsekwencje okazały się tragiczne. I tu pojawia się jeszcze jeden element tej historii. Jak się domyślacie – kobieta. Andrea Haslehner, młoda Austriaczka pracująca w hotelu. Obaj mężczyźni walczyli o jej względy. Zwycięzca był oczywisty.
21 lutego 1991 r. Nicola Consales zostaje zastrzelony. Nie w jakiejś ciemnej mafijnej spelunie. Nie w Palermo. Nie w miejscu, które kojarzyłoby się ze zbrodnią. Zginął zastrzelony w samochodzie, na podjeździe hotelu. Miał 44 lata.
Późniejsze ustalenia wymiaru sprawiedliwości potwierdziły, że został zlikwidowany przez Messino Denaro.
Od księcia Castelvetrano do człowieka widmo
Matteo Messina Denaro przez kolejne lata wyrastał na jedną z najważniejszych postaci sycylijskiej cosa nostry. Jego nazwisko pojawiało się w śledztwach dotyczących najpoważniejszych zbrodni mafijnych we Włoszech, w tym zamachów z 1992 r., w których zginęli sędziowie Giovanni Falcone i Paolo Borsellino, oraz późniejszych zamachów bombowych w Rzymie, Florencji i Mediolanie. Był bezpośrednio odpowiedzialny za co najmniej 70 morderstw. Najgłośniejsze było porwanie (1993) i zabójstwo (1996) 12-letniego syna mafioza, który poszedł na współpracę z policją.
Massina Denaro – dla jednych był symbolem potęgi Cosa Nostry. Dla innych człowiekiem, którego chroniła rozbudowana sieć powiązań, lojalności i milczenia. Przez niemal trzy dekady pozostawał nieuchwytny. Z czasem stał się niemal legendą. A właściwie – widmem. Człowiekiem, którego wszyscy szukali, ale którego nikt nie potrafił znaleźć. Aż w końcu przegrał z chorobą.
Kiedy zachorował na raka jelita grubego, korzystał z fałszywej tożsamości – Andrei Bonafede – i leczył się w Palermo. To właśnie ślad związany z leczeniem doprowadził śledczych do niego. Po prawie 30 latach ucieczki jego historia dobiegła końca. Zmarł 25 września 2023 r., mając 61 lat.
Ta historia zmieniła moje postrzeganie hotelu. Będąc w miejscu, w którym kiedyś pojawiał się młody Matteo Messina Denaro, zaczęłam patrzeć na nie zupełnie inaczej. Bo czasami jedziemy gdzieś odpocząć. A potem okazuje się, że miejsce, które wybraliśmy, ma własną historię.
I to ona właśnie znajduje nas. Moja sycylijska podróż miała być opowieścią o morzu, słońcu, plaży i pięknych miasteczkach. Tymczasem zaczęła się zmieniać w historię o wyspie, która pod warstwą turystycznego piękna skrywa także swoje najciemniejsze tajemnice. I wtedy przyszedł czas na Palermo.

Palermo – miasto, które ma dwie twarze
Jeśli Castelvetrano było dla mnie pierwszym spotkaniem z mroczniejszą stroną Sycylii, to Palermo okazało się już wejściem w sam środek tej historii.
Do Palermo nie da się po prostu przyjechać i powiedzieć: „zwiedzę kilka zabytków i jadę dalej”. To miasto trzeba poczuć; jest głośne, chaotyczne, czasami brudne, a chwilami zachwycająco piękne. Pachnie kawą, cytrusami, morzem i ulicznym jedzeniem. Obok wspaniałego pałacu można zobaczyć tam odpadający tynk, a za rogiem targ, w którym życie toczy się tak, jakby czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu.
I właśnie to w Palermo podobało mi się najbardziej.
Spacer zaczęłam oczywiście od jego najważniejszych zabytków. Katedra w Palermo robi ogromne wrażenie. Jest jak kamienna księga, w której zapisały się kolejne epoki i kultury, jakie przez wieki przechodziły przez Sycylię. Normanowie, Arabowie, Hiszpanie, każdy zostawił tutaj swój ślad. A potem pojechałam do Monreale. I tam naprawdę zabrakło mi słów.
Katedra w Monreale to miejsce, które trudno opisać bez popadania w przesadę. Wnętrze pokrywają złote mozaiki, które sprawiają, że człowiek ma wrażenie, jakby znalazł się w środku ogromnego, błyszczącego obrazu. Światło odbija się od złota, a postacie świętych i sceny biblijne tworzą niezwykłą opowieść.
Pomyślałam wtedy, że Sycylia potrafi być jednocześnie surowa i niezwykle bogata. Potrafi zachwycać krajobrazem, a chwilę później rzucić człowieka na kolana przed dziełem sprzed setek lat.
W samym Palermo czekała na mnie jeszcze Fontana Pretoria, słynna „Fontanna Wstydu”. Fontanna zyskała takie miano głównie ze względu na liczne nagie posągi, które w dawnych wiekach gorszyły mieszkańców oraz okoliczne zakonnice.
Miasto, które pokazuje śmierć
Ale Palermo ma również miejsca, przy których zachwyt szybko zamienia się w zadumę. Tak było w katakumbach kapucynów. To jedno z najbardziej niezwykłych i jednocześnie najbardziej przejmujących miejsc, jakie odwiedziłam – znalazłam się wśród setek zmumifikowanych ciał.
Przez kilka stuleci chowano tutaj ludzi, których rodziny mogły sobie pozwolić na kosztowną mumifikację. Ciała układano w korytarzach i niszach, często pozostawiając je w ubraniach, w których zmarli zostali przygotowani do pochówku.
A potem przyszła kolej na miejsce zupełnie innego rodzaju: Teatro Massimo. Ogromny, monumentalny i pełen przepychu – jeden z największych teatrów operowych w Europie.
I oczywiście nie mogłam nie wejść na słynne schody. To właśnie tutaj kręcono finałowe sceny trzeciej części kultowego „Ojca chrzestnego”. Stałam więc na tych schodach i przez chwilę miałam wrażenie, że historia filmu miesza się z historią miasta.
Palermo ma zresztą z kinem związek wyjątkowy. Ale tym razem nie chciałam oglądać mafii z ekranu. Chciałam zobaczyć ją z bliska, taką, jaka naprawdę zapisała się w historii Sycylii.

Mafia – historia, która nie jest filmem
Dlatego odwiedziłam również muzeum poświęcone mafii i walce z nią. I właśnie tam po raz kolejny uderzyło mnie, jak bardzo prawdziwa historia różni się od tej filmowej. Bo mafia to nie eleganccy panowie w garniturach, cygara i szklaneczka whisky. To strach. Milczenie. Duże pieniądze. I ludzie, którzy przez lata płacili za próbę przeciwstawienia się systemowi najwyższą cenę. Palermo pamięta o tych, którzy powiedzieli mafii „nie”!
Giovanni Falcone i Paolo Borsellino stali się symbolami walki z cosa nostrą. Ich nazwiska są dziś obecne w całym mieście. Obaj sędziowie walczyli z mafią i w 1992 r. obaj zginęli w zamachach.
Jednym z miejsc poświęconych tej pamięci jest dziś także Museo del Presente, dedykowane Falcone i Borsellino, gdzie historia walki z mafią została przedstawiona poprzez dokumenty, fotografie, przedmioty osobiste i współczesne instalacje.
Wśród miejsc, które warto zobaczyć, jest także Palazzo Steri – dawna siedziba trybunału inkwizycji. To kolejny z tych adresów, gdzie historia dosłownie wychodzi ze ścian. A przecież Palermo ma jeszcze Monte Pellegrino i Sanktuarium św. Rozalii, patronki miasta. To właśnie tam, wysoko nad Palermo, odnaleziono w XVII w. jej relikwie.
I tak podczas tej podróży zrozumiałam coś ważnego. Sycylia nie ma jednej historii. Ma ich tysiące. Jedne są złote jak mozaiki w Monreale. Inne piękne jak fasady pałaców. Jeszcze inne pachną pomarańczami i morzem.
A są też takie, o których wolano by nie mówić. Historia mafii jest jedną z nich. Ale Palermo coraz głośniej mówi o niej właśnie po to, aby pamiętać o tych, którzy mieli odwagę się jej przeciwstawić. I chyba dlatego wyjeżdżałam z Palermo z przekonaniem, że to miasto jest czymś więcej niż stolicą Sycylii. To miasto, które przez wieki patrzyło na narodziny i upadki potęg.
Miasto piękne i brzydkie jednocześnie. Pełne życia, ale też pełne śladów śmierci. Miasto, które ma dwie twarze. A może znacznie więcej…
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 40 (116) 10-16/10/2026








