Z rezydencji, którą Stefan Pac kupił w 1633 r., niewiele zostało. Główny gmach rozebrano na przełomie XIX i XX w., przetrwało południowe skrzydło z przybudówką.
Według przekazów pałac miał tyle sal, ile miesięcy w roku, tyle komnat, ile tygodni, i tyle okien, ile dni. Po powstaniu listopadowym, w którym walczył Ludwik Pac, adiutant Napoleona, majątek skonfiskowano, a w 1837 r. strawił go pożar. Gość zaznacza, że powszechnie uważa się, że podpalono go celowo, by zatrzeć ślady wywiezienia kosztowności. Pałacowy park ciągnął się podobno na trzy kilometry. Dziś zostały z niego fragmenty i niedawno oczyszczone stawy.
Projekt na resztę życia
Sam Kęstutis Derliūnas urodził się w Jeznie, dokąd jego babcia przybyła z Prus. Zabudowania zna od dziecka — zna miejscowość i miejscowe legendy. Gdy skrzydło trafiło na sprzedaż, kupił je wraz z jedną trzecią hektara ziemi.
— Może to i ryzyko. Żeby się w coś takiego wpakować, trzeba oddać część swojego życia, nie tylko pieniądze i zdrowie. Człowiek albo projektuje swoje życie, albo bierze to, co Bóg da — a to nie zawsze się pokrywa z tym, czego człowiek by chciał. Więc projektuję — mówi.
Na co dzień współzarządza funduszami kapitałowymi, które kupują firmy, rozwijają je i sprzedają. Z wykształcenia jest ekonomistą. W skrzydle nie mieszka — żyje w Kownie, a w okolicy ma zagrodę. Gości przyjmuje w kilku urządzonych już pokojach.
Od fundamentów po polichromie
Prace zaczęto od podstaw. Piwnice były zalane, a fundament od strony jeziora zsuwał się po skarpie — trzeba go było zabetonować. Kolejny etap to dach: sowiecki eternit ma ustąpić nowemu pokryciu.
— Fundamenty i dach nie są tak efektowne jak wnętrza, może też i nie tak piękne, ale to podstawa każdego budynku. I jego historia — podkreśla Derliūnas.
Trzecią kondygnację, dobudowaną za Sowietów na potrzeby internatu, już uporządkowano. Teraz kolej na sale drugiego piętra. Pod farbą kryją się polichromie, czyli wielobarwne malowidła ścienne, zamalowane kilkoma warstwami. Właściciel liczy na praktyki studentów konserwacji z uczelni sztuk pięknych.
Paradoksalnie sowieckie zamalowania mogły malowidła zakonserwować. Zapytaliśmy, czy nie kusi go „euroremont”, czyli generalny remont ze zrobieniem wszystkiego w jednolitym stylu, twierdzi, że raczej nie.
— Można otynkować, zamalować i gotowe, ale tu nie jest tak prosto. Zostawiamy to, co autentyczne, tam, gdzie są polichromie, gdzie są cenne właściwości — wyjaśnia.
Największy problem to dokumenty
Odkopano też dawny system ogrzewania gorącym powietrzem, podobny do tego z zamku w Trokach. Sowieci przerobili jego kanały na wentylację, ale właściciel liczy, że dwa lub trzy uda się wykorzystać jako kominki. Czyli bliżej pierwotnego założenia.
Państwo — jak mówi nasz gość — bezpośrednio nie pomaga, bo brakuje programów dla takich obiektów. Wsparcie można dostać najwyżej na badania i projektowanie. Największym kłopotem jest jednak brak dokumentów. Na Litwie archiwa prawie się nie zachowały, dlatego nasz gość liczy na potomków dawnych właścicieli i polskie zbiory.
— To było wspólne państwo, Litwy i Polski, więc ratowanie tego dziedzictwa to wspólna sprawa. Tamto państwo było naprawdę potężne, a dziś jest bardzo zapomniane. Trzeba tę pamięć odzyskiwać — konkluduje Kęstutis Derliūnas.


