List czytelnika: Zostawmy nazwiska, budujmy ronda!

Od kilku lat, a właściwie od roku 2005, kiedy ukończyłem szkołę w Turgielach i wyjechałem na studia do Polski, coraz krytyczniej patrzę na sprawy, które zostawiłem gdzieś za sobą. Na stosunkach międzynarodowych wpadłem w wir wykładów i zainteresowań, które rzadko były w jakiś sposób powiązane z Wilnem czy Wileńszczyzną.

Nie planowałem powrotu po ukończeniu studiów, co z kolei, przynajmniej w moim odczuciu, na jakiś czas zwalniało mnie od obowiązku przejmowania się problemami kraju, który opuściłem, a tym bardziej sprawami regionu, z którego pochodzę. One jednak nie dawały o sobie zapomnieć. Powracały nie tylko podczas moich odwiedzin u rodziny, ale również podczas zwykłych codziennych przemyśleń.

Znajomi na imprezie, profesorzy na wykładach, koledzy w pracy, często jakby wywoływali mnie do tablicy, poruszając temat dotyczący Litwy. Musiałem zająć jakieś stanowisko. Najczęściej zajmowałem to, które zupełnie odbiegało od ogólnie przyjętej wizji Polaka z Kresów, dyskryminowanego przez całe życie na wszystkich możliwych płaszczyznach, który musiał wyjechać na studia do Polski, gdyż ze względu na swoje pochodzenie nie mógłby zdobyć godziwego wykształcenia u siebie. Najczęściej też, mimo że swoje opinie opierałem na, jak mi się wydaje, mocnych argumentach i przykładach, na twarzach uczestników rozmowy malowało się zdumienie.

Od ponad 8 lat, obraz Polaków na Litwie: biednych, poszkodowanych, dyskryminowanych i uciskanych przez władze, nie zmienił się w Polsce w ogóle. Pytania, które często słyszę, w wielu przypadkach zdradzają nikłą znajomość tematu. Jeśli jest inaczej, to najczęściej ta znajomość opiera się na mieszance stereotypów, wypowiedzi polityków oraz doniesień medialnych. Wszystkie te rzeczy razem, zniekształcają w dużym stopniu obraz sytuacji Polaków na Litwie w oczach Polaków z Polski. Nie chciałbym jednak zagłębiać się w rozmyślania nad naszym wizerunkiem na zewnątrz. Nie tym razem. Chciałbym zwrócić uwagę na inne aspekty, a mianowicie: czy konflikt o nazwy ulic i pisownię nazwisk po polsku jest konfliktem kluczowym i na to, jakie są i jakie powinny być nasze, jako Polaków, priorytety.

W tym miejscu można by było napomknąć o nacjonalizmie. Nie będę przytaczał książkowych definicji. Każdy coś o nim słyszał, każdy coś o nim wie. Mało kto jednak się przyzna otwarcie, że jest nacjonalistą. Wszyscy jesteśmy przecież patriotami. Co prawda, jeśli chodzi o Polaków na Litwie, nie zawsze wiadomo, jaki to jest patriotyzm i w którą stronę zwrócony. Niejednokrotnie przecież słyszymy zarzuty ze strony Litwinów, że kochamy Polskę bardziej niż kraj, w którym się urodziliśmy i mieszkamy. Wątpliwe jest, czy w ogóle, uczucie, które żywimy do jakiegokolwiek innego kraju można nazwać patriotyzmem. Czy jesteśmy patriotami i jeśli tak — to jakimi? W odpowiedzi posłużę się piosenką, którą tak bardzo lubi ks. Józef Aszkiełowicz: „My Polacy z Wileńszczyzny, nas nie mało tutaj jest, nie żyjemy na obczyźnie, tu ojczyzna nasza jest”. Przyjmijmy więc dla ułatwienia, że jeżeli już jesteśmy patriotami, to przede wszystkim patriotami lokalnymi.

Dlaczego zacząłem o nacjonalizmie, a skończyłem na patriotyzmie lokalnym? Żeby pokazać, jak łatwo można manewrować pomiędzy pojęciami. Fachowcami w tej sztuce są politycy. Pod płaszczem patriotyzmu potrafią zmieścić wiele innych treści, często krzywdzących, budzących agresję, wzmacniających niechęć do innego narodu. Nie mówię o politykach z jednej czy z drugiej strony sceny politycznej ani o politykach litewskich, czy reprezentujących mniejszość polską, ale o politykach ogólnie. Nie istotne jest, po której stronie sporu są, w jakim języku rozmawiają. Wielu korzystało i korzysta z możliwości podniesienia sobie słupków popularności swoją wypowiedzią, nawet jeśli będzie to wypowiedź nieprawdziwa, przesadna, wymierzona w osobę czy w jakąś grupę ludzi — po prostu niebezpieczna. Wypowiedź rzucona na podatny grunt, podlana bezrobociem, nawożona krzywdą po nieudanej transformacji ustrojowej oraz dużym rozwarstwieniem społecznym, może przynieść niespodziewane owoce.

Mieliśmy z nimi do czynienia na początku lat 90., kiedy można było dostać w twarz od przechodzącego nieznajomego za rozmowę po polsku czy rosyjsku w miejscu publicznym; mamy z nimi do czynienia 11 marca, kiedy widzimy łysych chłopców ze swastykami wykrzykujących znane hasło „Litwa dla Litwinów”. Owoce te dają o sobie znać, kiedy po raz kolejny słyszymy od naszej sąsiadki, że nie nauczyła się języka litewskiego, bo nienawidzi Litwinów albo od znajomego, który mówi, że chętnie by wszystkich Litwinów powystrzelał.

Kilka dni temu, na profilu Turgiel na Facebooku, zaczęła się dyskusja o planowanej przebudowie centrum miasteczka. Właściwie to się nie zaczęła, a tam się przeniosła, gdyż wcześniej dyskutowano na żywo na spotkaniach i jak to na wsi – między sobą. Skrzyżowanie naprzeciwko kościoła ma być przebudowane. Za 4 mln litów z funduszy unijnych powstanie rondo, przejścia dla pieszych, szerokie chodniki, latarnie. Starostwo stawia na bezpieczeństwo. Mieszkańcy mają różne zdania na temat projektu. Jedni są za, inni przeciw. Nie chcę jednak skupiać się na argumentach. Ważne jest to, że mieszkańcy Turgiel i okolic rozmawiają na Facebooku o tym, co ich naprawdę obchodzi: że wreszcie coś się zmienia i że będą mogli przejść bezpiecznie przez ulicę. Są opinie, że wygląd centrum miasteczka zmieni się na lepsze albo inne: że trzeba niestety pożegnać się z takim naszym, swojskim charakterem tego miejsca, bo będzie bardziej europejsko. Śledzę z zainteresowaniem dyskusję i nawet się wypowiadam. Nagle zdaję sobie sprawę, że rozmawiamy przecież tylko o rondzie, ale jakie to może być interesujące! Przejrzałem dla ciekawości całą historię wpisów na profilu Turgiel na Facebooku i nic! Nie ma nic o nazwiskach ani nazwach ulic! Czy to możliwe?

Może po prostu trzeba zdać sobie w końcu sprawę z tego, że nikogo to nie interesuje! A jeśli kogoś uraziłem tym uogólnieniem (za co przepraszam), to zapewne są to osoby, które naprawdę nie mają większych problemów niż ich nazwisko albo nazwy ulicy pisane „nie po polsku”. Znam niestety inne przypadki: rodziny, znajomych ze szkoły i ich rodzin, sąsiadów, którzy mają inne powody do zmartwień. Nie muszę chyba ich wymieniać, bo są wszystkim znane. Proszę do nich dołączyć własne i powstanie Wielka Lista Zmartwień Polaków na Wileńszczyźnie. Będzie długa, ale wątpię, czy znajdą się na tej liście problemy, o których najczęściej mówią politycy nas reprezentujący i media nas informujące.

Konflikt polsko-litewski na Litwie coraz bardziej się zaognia. Strony przerzucają się mało merytorycznymi argumentami: że Polacy na Litwie i tak mają dobrze (tak, chcemy mieć dobrze, bo jesteśmy obywatelami tego kraju), że Litwini nie mają podstaw, żeby się obawiać nadmiernego wpływu Polski (historia mówi o tym, że niestety mają takie podstawy). Może powinniśmy ten konflikt na chwilę zostawić? Tak jak w czasie kłótni, kiedy głęboko oddychamy kilka razy, pijemy kilka łyków wody i zauważamy, że trochę się uspokoiliśmy. Może media powinny zacząć pytać polityków o ich plany gospodarcze, o projekty, które planują przeprowadzić na Wileńszczyźnie? O gospodarce rozmawia się trudniej — trzeba się skupić, coś przeczytać, być może też czegoś nowego się nauczyć, a w końcu coś powiedzieć. Proces myślowy mógłby ostudzić obie strony. Może wtedy politycy skupiliby się i powiedzieli coś konkretnego? Coś, co będzie równie interesujące dla mieszkańców, jak rondo albo przejście dla pieszych powstające pod oknem ich domu.

Aleksander Gavlas

Odpowiedź redakcji TUTAJ