Odliczanie czasu do Nowego Roku na swoim ręcznym zegarku!

„Lubię swój zegarek jak pozytywnie nieubłagany czas!” – mówi 23-letni Daniel z podwileńskiego Landwarowa
| Fot. archiwum własne

O ile kiedyś królowie z lubością odmierzali czas na zegarku piaskowym przed oczyma przyszłego skazańca, o tyle teraz zegarek na ręku dla współczesnego człowieka jest wyznacznikiem stylu i statusu społecznego, twardo odmierzającym czas odchodzący, ale też ten nadchodzący, w którym trzeba zwyciężać.

„Lubię swój zegarek jak pozytywnie nieubłagany czas!” – śmieje się Daniel z podwileńskiego Landwarowa, który swój kosztujący ponad 900 euro czasomierz otrzymał przed czterema laty na urodziny od swojej mamy.

Reklama

Popisać się przed płcią piękną?

– Ten zegarek już, po prostu, dosłownie wrósł mi w rękę. Z nim nie rozstaję się w pracy, idę pod prysznic, śpię na ręce wbitej w poduszkę. Ale – nie, nie jest dla mnie symbolem męskości! – śmieje się zapytany, czy to szpan przed pannami „każe” mu nosić tę stalową bransoletę, która przecież – w sytuacjach wyjątkowych może służyć nawet jako obronny kastet. – Tradycyjny zegarek, nie te tam nowoczesne gadżety, dla mnie jest symbolem czasu, który odmierzamy swoją uczciwą pracą i mozolnym wysiłkiem – poważnieje 23-letni chłopak, który pracuje w jednej z największych logistycznych firm transportowych kraju.

Czytaj więcej: Święty Mikołaj w czasie pandemii pracuje zdalnie

Jego cadillac

– W pracy wszyscy od razu zauważyli „mego cadillaca”! – Daniel wspomina swój pierwszy dzień w pracy, kiedy tłumaczył zdziwionym, że zegarka potrzebuje, by… nie spóźnić się do pracy. No, bo taki samonakręcający się czasomierz sam nieoczekiwanie nie wyładuje się jak komórka. – Zawsze sam podkręca sprężyny – robi to automatycznie – zaznacza.  

Ze złotą Sławą tylko do kościoła!

Babcia innego znajomego ma drobny zegareczek słynnej radzieckiej marki „Sława”.

– Z grubym szkiełkiem i złotą bransoletką. Wiem, bo kiedyś, przy naprawie, jeden taki wileński zegarmistrz chciał go ode mnie od razu, bez naprawy, kupić. Nie oddałam, choć wtedy bardzo potrzebowałam pieniędzy. To moja pamiątka po mamie, którą przekażę córce… – mówi pani Stefania, która lubiła pójść do kościoła ze swoim „zegareczkiem”. Lubiła, bo nie zawsze swoją „sławeczkę” zakładała na rękę przed Mszą św. Raz ze strachu, że „jakiś drań” zerwie jej z ręki, kiedy np. będzie rozmawiać przez komórkę, a dwa, że „teraz kościoły zamknięte i w telewizji ogląda swoją Polonię”.      

Cena takich „zegarków” to wydatek co najmniej 300 euro…
| Fot. pixabay.com

Młodzi noszą „dla solidności”

Robertas, 19-letni sportowiec w drużynie piłkarskiej jednego z krajowych uniwersytetów, mówi, że wśród jego kolegów nie ma wielkich fanów noszenia zegarka na ręku.

– Na boisku nawet mowy nie ma o czymś dyndającym na ręku – choćby to była wstążka od ukochanej. Sędzia zawsze każe to zdjąć – mówi. – Teraz są modne różne inteligentne zegarki na rękę, tzw. smartwatche. Nie tylko pokazują czas, mają budzik, mogą poinformować o SMS-ach (są sprzężone ze standardowym telefonem), ale też mają internet, latarkę, a nawet barometr. Że o pomiarach ciśnienia już nie wspomnę! – zaznacza młody sportowiec.

Czytaj więcej: Artur Armacki: Trudno mi być widzem

Cena to co najmniej 300 euro…

– I po co mi ta zabawka? – śmieje się Robertas, ale przyznaje, że od 18 urodzin ma „zwykły, normalny” zegarek za 80 euro, który zakłada do garnituru, kiedy idzie na jakieś oficjalne wydarzenia kolegów. – Ot, tak, dla dodania „solidności”…

Sklepy zamknięte, ale naprawa działa

Wszystkie sklepy oferujące markowe, i nie tylko, zegarki – zgodnie z dyrektywą rządu o zaostrzeniu rygorów kwarantanny – są zamknięte. Jeżeli więc jeszcze teraz ktoś chce zrobić prezent komuś pod choinkę – np. kupić prawdziwy zegarek na rękę, to ma do wyboru wyłącznie dwie drogi – przez internet i przez… punkty napraw. O ile te pierwsze są wyłącznie w wirtualnej przestrzeni, ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami (obecnie wyższe ceny i dłuższy czas dostawy), o tyle w punktach naprawy w największych sklepach, można znaleźć dobre okazy używanej, ale i nowej „solidnej techniki nie z Chin”.

Nawet baterie amerykańskie!

W wileńskim sklepie Maxima, przy ulicy Mindaugo, działa punkt obsługi i naprawy zegarków. „Czynne w dniach pracy. Naprawa w niecałą godzinę!” – mówi przez telefon starszy pan, ale zaznacza, że chodzi tu przede wszystkim o wymianę baterii do „kwarcowych zegarków”. Chińskich zegarków z „plastikowymi mechanizmami” nie remontuje. „Daję 100-procentową gwarancję na co najmniej rok!” – zaznacza wskazując, że używa wyłącznie baterii amerykańskich, za 4-8 euro i że też ma nowe zegarki, jak też te „trochę używane, nakręcane ręcznie”.