Vidmantas Janulevičius: Do jesieni wszystko zdrożeje

Vidmantas Janulevičius, prezydent Litewskiej Konfederacji Przemysłowców
| Fot.lpk.lt

Rozmowa z Vidmantasem Janulevičiusem, prezydentem Litewskiej Konfederacji Przemysłowców.


Producenci już od początku roku zapowiadają, że borykają się z niedoborem surowców i gwałtownym wzrostem ich cen. Ekonomiści twierdzą, że prawie wszystkie towary, od elektroniki po żywność, będą coraz droższe, a także, że możemy stawić czoła ich niedoborom. Czy to prawda, że ceny nadal będą rosły i może zabraknąć niektórych towarów?

Vidmantas Janulevičius: Do jesieni wszystko zdrożeje. Już widać światło w końcu tunelu, że pandemia zostanie opanowana, co powoduje odbudowę popytu i optymizmu na rynkach. Ten optymizm popycha konsumpcję do przodu. Zaczyna działać biznes, którego działalność była wstrzymana przez ponad rok w czasie kwarantanny. Na skutek tych zmian rośnie konsumpcja, co powoduje większy popyt. Wraz z szybkim wzrostem popytu ceny surowców zaczęły gwałtownie iść do góry. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego ceny surowców przemysłowych od 2016 r. wzrosły o 170 proc., tylko w pierwszym kwartale tego roku o 23 proc. Ceny metali od 2016 r. wzrosły o 194 proc. i o 31 proc. w ciągu kwartału.

Wszystko wskazuje na to, że do jesieni surowiec będzie drożał, a to znaczy, że produkt dla użytkownika końcowego także zdrożeje. To dotyczy wszystkich towarów i produktów. Wynagrodzenia także powinny wzrosnąć, ponieważ trudno będzie przeżyć z dzisiejszym wynagrodzeniem.

Myślę, że ceny będą rosły do jesieni, zanim zacznie się, nie wiem już która, fala koronawirusa. Moim zdaniem w końcu jesieni ceny staną w miejscu, a być może zimą nawet będzie taniej. Teraz ludzie w czasie pandemii zaoszczędzili niemało środków, Litwa w tym także nie jest wyjątkiem. Podobna sytuacja jest prawie we wszystkich państwach świata. Kraje Unii Europejskiej mają największe oszczędności w historii, na indywidualnych kontach leży ogółem około 8 trylionów euro. No i teraz ci, którzy zaoszczędzili, zaczynają pieniądze wydawać, co powoduje, że popyt rośnie, a razem i ceny. Widzimy, co na Litwie dzieje się z nieruchomościami, jak rosną ceny, a także popyt. A więc do jesieni nie ma dobrych wieści ani dla przemysłowców, ani dla konsumentów.

Czytaj więcej: Litwie (nie)grozi przegrzanie gospodarcze

Ceny wzrosną najbardziej w budownictwie
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Co najbardziej zdrożeje?

Ceny wzrosną najbardziej w budownictwie, ponieważ zużywa się tam dużo metalu, a ceny tego surowca w ciągu ostatniego kwartału wzrosły o 31 proc. i wszystko wskazuje na to, że będzie drożał nadal. To, że wszystko drożeje, wynika nie tylko z droższych surowców, ale także z powodu wzrostu cen na dostawę towarów, surowców z Azji, Chin, Japonii. Ponieważ popyt na kontenery znacznie wzrósł, cena dostaw materiałów wzrosła gwałtownie do 6 razy. Rok temu sprowadzenie kontenera z surowcem z Chin czy z innych państw Azji do Kłajpedy kosztowało 1 800 euro, a dziś to już 10 000-12 000 euro. Wzrost cen na sprowadzenie kontenerów z Azji to nie tylko ogromny popyt. Po tym, gdy kontenerowiec Ever Given blokował Kanał Sueski przez prawie tydzień, wprowadzono wiele ograniczeń środowiskowych dotyczących emisji CO2 ze statków przewożących te kontenery. Statki, które nie odpowiadają wymogom, dzisiaj stoją. W tych statkach ulepszane są silniki, instalowane są dodatkowe filtry i katalizatory, aby statki nie emitowały dużo dwutlenku węgla, w wyniku czego liczba statków bardzo się zmniejszyła, dlatego transport kontenerów stał się jeszcze droższy. A więc dzisiaj mamy droższy surowiec, droższy transport i dlatego też wszystko drożeje. I to, że dzisiaj wszystko drożeje, wcale nie oznacza, że producenci wyrobów gotowych i przemysłowcy zarabiają na tym. Tak naprawdę nic na tym nie zarabiają, ponieważ muszą patrzeć w przyszłość, koszty surowców, transportu rosną, wynagrodzenia także, a oni sami nie mogą ich pokryć z własnej kieszeni, nie mogą sami za wszystko płacić drożej i nie podnosić cen na sprzedawane produkty. Dlatego staje się to dużym problemem dla wszystkich, zarówno dla konsumentów, jak i producentów.

Czytaj więcej: Dochody gospodarstw domowych rosną

Wszystko wskazuje na to, że do jesieni surowiec będzie drożał
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Wybuch pandemii COVID-19, zamrożenie gospodarek, troska o własne bezpieczeństwo, obniżenie dochodów lub utrata pracy w zdecydowany sposób odcisnęły piętno na zwyczajach zakupowych konsumentów na całym świecie. Jak nawyki konsumpcyjne zmieniły się w naszym kraju?

Nawyki konsumpcyjne naszych obywateli w czasie pandemii mocno się zmieniły. Wprowadzenie lockdownu i zamknięcie sklepów stacjonarnych spowodowało skokowy wzrost sprzedaży online. Z jednej strony to i dobrze, ponieważ jeśli patrzeć na dłuższą metę handel elektroniczny pozwoli zaoszczędzić pieniądze tym samym producentom i konsumentom w przyszłości. W jaki sposób? Proszę sobie wyobrazić: producenci, przemysłowcy produkują dużo towarów, magazynują je w magazynach, potem są pośrednicy, supermarkety, które kupują od nich te towary i nakładają na te produkty dodatkowe 40 proc. a następnie droższy towar sprzedają w sklepach. W okresie pandemii każda firma produkcyjna, która wytwarza produkty dla konsumenta końcowego, czyli artykuły gospodarstwa domowego, sprzęt, zaczęła swój towar oferować bezpośrednio konsumentowi końcowemu bez pośredników, przez internet. Na przykład, jeżeli ja produkuję baterie słoneczne, w czasie pandemii zacząłem sprzedawać je przez internet bez pośredników, a w dodatku z instalacją, nie tylko w kraju, ale i za granicą. Jakie są tego plusy? Musiałem zatrudnić pracownika, który będzie instalował, a więc produkt z instalacją sprzedam drożej, a konsument kupi taniej, ponieważ nie ma pośrednika. Plusy – dodatkowe miejsce pracy, ja zarobiłem więcej, a konsument nabył taniej, ponieważ ja produkt sprzedam po tej samej cenie co pośrednikowi, a konsument zapłaci dodatkowo za to, że produkt zostanie dostarczony do domu i zainstalowany. Wszyscy na tym wygrywamy.

Początek pandemii koronawirusa spowodował wiele obaw wśród przedsiębiorców i pracowników. Groźba utraty pracy oraz zamknięcia prowadzonych biznesów z powodu lockdownu wisiała nad gospodarką. Cały świat zaczął drukować pieniądze, żeby pomóc ludziom przetrwać ten kryzys. Dzięki szybkiej interwencji państwa oraz wpompowaniu miliardów euro w gospodarkę, pandemię udało się przetrwać. Programy pomocowe państwa w ramach tarcz antykryzysowych pozwoliły zachować miejsca pracy i płynność finansową przedsiębiorcom oraz obywatelom. W pierwszej chwili mogłoby się wydawać, że kryzys światowy spowodowany pandemią wyhamuje wzrost cen z powodu znacznego spowolnienia gospodarczego. W efekcie działań państwa, znacznej stymulacji finansowej oraz konieczności dostosowania życia społecznego do nowych warunków ceny towarów i usług wzrosły. 

Ludzie zaczynają wydawać zaoszczędzone pieniądze, co powoduje, że popyt rośnie, a razem z nim i ceny
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Czy może to doprowadzić do wzrostu inflacji?

Prawdopodobnie tak, ponieważ bardzo dużo pieniędzy zostało wypuszczonych na rynek. Cały świat zaczął drukować pieniądze. Unia Europejska nie jest największym drukarzem pieniędzy, wydrukowano 2 biliony euro, natomiast za Atlantykiem wydrukowano 6 bilionów euro. Więc inflacja powinna być. Już teraz nawet jest widoczna. Wszystko drożeje. Wydrukowane pieniądze nie są oparte na towarach, zostały wydrukowane, abyśmy mogli je przejeść, aby ludzie mieli z czego żyć. Pieniądze zostały podzielone bez tworzenia wartości dodanej, bo większość firm nie pracowała, ludzie byli bez pracy, a jeść, płacić rachunki musieli wszyscy i tylko dzięki dotacjom i wsparciu państwa ludzie przeżyli. Wszyscy oszczędzali, ponieważ wydawać pieniędzy nie było gdzie, ludzie działali oszczędnie i zebrali te pieniądze, dzięki czemu jest teraz ta wielka siła nabywcza. Rośnie inflacja, ponieważ towary nie były produkowane.

Czy w najbliższym czasie może zabraknąć siły roboczej i surowców?

Niestety, ale siły roboczej już teraz brakuje. I jak najszybciej musimy zacząć myśleć o powrocie naszych obywateli do kraju. Dzisiaj mamy około 220 tys. bezrobotnych i prawie 40 tys. wolnych miejsc pracy i nie możemy znaleźć ludzi do pracy. Moim zdaniem połowa bezrobotnych, to nie są tak naprawdę bezrobotni, ale mają jakieś źródła dochodu. Być może pracują na czarno, być może otrzymują zapomogi, a pozostali w regionach to prawdziwi bezrobotni. Najgorsze jest to, że liczba wolnych miejsc pracy stale rośnie i siły roboczej nadal będzie brakowało. Dopóki będą płacone różnego rodzaju zapomogi, ludziom po prostu nie opłaca się pracować.

Co dotyczy surowców to myślę, że do jesieni na rynkach ich zabraknie.

Dziękuję za rozmowę.