Trauma po traumie. Dyskusja o repatriacji i zesłaniu

Dyskusję „Trauma po traumie” zorganizował Polski Klub Dyskusyjny
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Repatriacja oraz zsyłki po II wojnie światowej zmieniły na zawsze krajobraz Wilna i Wileńszczyzny. Temu tematowi była poświęcona dyskusja zorganizowana przez Polski Klub Dyskusyjny i Muzeum MO. Wśród prelegentów byli nie tylko zawodowi historycy oraz działacze społeczni, ale również szeregowi uczestnicy tych procesów.

Dyskusja „Trauma po traumie: deportacje litewskich Polaków” odbyła się 14 lipca i była swoistą kontynuacją wystawy „Trudny wiek. Szapocznikow – Wróblewski – Wajda” prezentującej twórczość trojga przedstawicieli pokolenia „zarażonych wojną”: pochodzącego z Wilna malarza Andrzeja Wróblewskiego, rzeźbiarki Aliny Szapocznikow   oraz światowej sławy reżysera Andrzeja Wajdy. Gośćmi spotkania zorganizowanego przez PKD byli: badaczka zajmująca się polityką historyczną, problematyką pamięci i traumy w regionie Europy Wschodniej, politolożka, wykładowczyni Uniwersytetu Wileńskiego Violeta Davoliūtė, członek polskiej sekcji Wspólnoty Więźniów Politycznych i Zesłańców Ferdynand Kozłowski, politolog i historyk Andrzej Pukszto oraz sygnatariusz Aktu Niepodległości Litwy Zbigniew Balcewicz.

Zapomniane wydarzenie

Zdaniem organizatorów okres okupacji niemieckiej na Litwie kojarzy się z represjami, jednak nadal mało się mówi o przymusowej repatriacji i deportacji społeczności polskiej przez władze sowieckie. – O tym temacie bardzo trudno rozmawiać. Jest mało artykułów oraz książek. Można odnieść wrażenie, że ten okres jest zapomniany i zapomniane są zdarzenia mu towarzyszące – oświadczył na wstępie moderator dyskusji Adam Rożewicz, który wspólnie z prezeską PKD Dorotą Sokołowską prowadził spotkanie. 

Andrzej Pukszto na początku w kilku zdaniach nakreślał obraz epoki, która zapanowała w Wilnie i na Litwie po II wojnie światowej. – Z ogromnej wspólnoty żydowskiej w Wilnie po wojnie zostało tylko 1-2 proc., w przypadku Polaków wileńskich chyba 70-80 proc. Jednak praktycznie od połowy lipca 1944 r. zaczynają się areszty Polaków. (…) Później między polskim rządem komunistycznym a rządem stalinowskim podpisano umowę w sprawie repatriacji. Historycy dotychczas dyskutują na temat samego terminu. Bo termin oczywiście jest stalinowski, który wymyślili stalinowscy biurokraci. Dlatego często słowo „repatriacja” jest brana w cudzysłów – podzielił się z zebranymi historyk i politolog. W latach 1945-47 Wilno opuściło 90-100 tys. mieszkańców. Większość z nich to byli Polacy, chociaż zgodnie z podpisaną umowę Litwę mogli opuścić wszyscy mający przed 1 września 1939 r. obywatelstwo polskie, więc skorzystali z tego również Żydzi. Druga repatriacja odbyła się w latach 1956-59, czyli na początku „chruszczowowskiej odwilży”. Wówczas Litwę opuściło kolejnych 50 tys. lokalnych Polaków. W drugiej połowie lat 50-tych z wyjazdu skorzystało wiele osób, które kilka lat wcześniej były wywiezione na Sybir.

Czytaj więcej: „Twar­dy Orzeszek” wystąpił na scenie DKP. „To ogromny prezent, że chcieli nas zobaczyć”

W dyskusji wzięli udział nie tylko zawodowi badacze, ale również szeregowi uczestnicy tamtych procesów
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Opuszczone miasto

Violeta Davoliūtė zgodziła się z organizatorami dyskusji, że o powojennych represjach względem litewskich Polaków mówi się bardzo mało. – Jeśli weźmiemy na przykład wywózki z czerwca 1941 r., to zobaczymy, że dotyczyły one zarówno Litwinów, Polaków oraz Żydów. Niestety, w infrastrukturze litewskiej pamięci historycznej ta wieloetniczność jest słabo akcentowana. Miałem okazję uczestniczyć w kilku wystawach. Przed 2-3 laty na jednej z takich wystaw – to była inicjatywa prywatna – były reprezentowane pamiętniki zesłanki Polki z Wilna. To była jedna z niewielu tego typu inicjatyw – podkreśliła naukowiec.

Davoliūtė zaznaczyła, że na razie litewskie podejście do historii jest zbytnio etnocentryczne. – Musimy zrozumieć jedną rzecz, że wojna i dwie pierwsze okupacje spowodowały na tych terenach drastyczne i przymusowe przesiedlenia ludności (…) Dlatego musimy zastanawiać się nad długoterminowymi skutkami, jakie dotknęły miejscowości, które ludzie musieli opuścić. Mówiąc o Wilnie w tym kontekście, że w tamtym czasie liczba mieszkańców Wilna zmniejszyła się faktycznie o połowę – zaznaczyła politolożka.

Violeta Davoliūtė sądzi, że litewskie podejście do historii jest zbyt etnocentryczne
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Czytaj więcej: „Gdzie mieszały się wpływy kulturowe i gospodarcze”. Muzeum Sybiru wydało książkę o Kresach

Życie na zesłaniu

Pochodzący z Okielnik członek polskiej sekcji Wspólnoty Więźniów Politycznych i Zesłańców Ferdynand Kozłowski został wywieziony na Syberię wraz z rodziną w 1951 r. Miał wtedy 13 lat. Dzieląc się z publicznością swoją historią życia pan Ferdynand podkreślił, że jego rodzice w odróżnieniu od sporej części rodziny nie skorzystali z pierwszej repatriacji i dlatego w Polsce ma kilkunastu kuzynów i kuzynek, a na Litwie tylko jednego.

W jego okolicy kołchoz założono w roku 1950. – W 1951 r. rozpoczął się u nas pewien niepokój. Później szukałem o tym jakiejś informacji, ale nic nie znalazłem. Nikt chyba nie opisał tych wydarzeń. Było tak – ludzie zebrali się i powiedzieli: jesienią zasialiśmy sami, to sami zbierzemy i sobie zabierzemy. Co później zrobimy dla kołchozu, to kołchozowi oddamy. I jakoś tak wszyscy zaczęli zbierać plony z byłych swoich pól. To bardzo nie spodobało się władzom kołchozu. Mój ojciec był brygadzistą, ale zrobił to co inni, zamiast agitować do oddawania plonów kołchozowi – opowiedział Kozłowski. Po kilku miesiącach ojciec został wyrzucony z kołchozu, a później z całą rodziną zesłany na Syberię.

Na zesłaniu rodzina Kozłowskich spędziła cztery lata. Jego zdaniem stosunek miejscowej ludności był przychylny. Przewodniczący tamtego kołchozu, jak tylko przybyli na miejscu, od razu kazał ich nakarmić. Jednak od razu po śmierci Stalina zaczęto pisać do różnych instancji z prośbą powrotu do domu. Ostatecznie zostali zrehabilitowani w roku 1956. Niestety z powodu swego zesłania pan Ferdynand nie został przyjęty na studia wyższe.

Sygnatariusz Zbigniew Balcewicz oświadczył podczas dyskusji, że Litwinom i Polakom nadal brakuje szczerej rozmowy o historii. – Trzeba od nowa tworzyć relacje między ludźmi. To muszą robić nie politycy, tylko obywatele. Partie polityczne dzisiaj mówią tak, jutro inaczej. Dla nich najważniejsze jest zebrać głosy na wyborach – podkreślił działacz społeczny oraz pierwszy redaktor naczelny odrodzonego „Kuriera Wileńskiego”.