Pięciobój to skomplikowana układanka. Dlatego tak mi się podoba!

| Fot. archiwum prywatne Marty Kobeckiej

O swoich pasjach sportowych, osiągnięciach i normalnym życiu, które dla profesjonalnego sportowca nie jest takie zwykłe, opowiada Marta Kobecka – polska pięcioboistka, szpadzistka i pływaczka, akademicka mistrzyni świata z 2018 r.


Urodziłaś się w Polsce, w Pruszkowie, jesteś zapewne związana z tym krajem i miastem. Jednak korzenie twojej rodziny sięgają Litwy, Trok, Karaimów. Dziadkowie mieszkali w Trokach. Czy religia, wiara, owe korzenie są ważne w twoim życiu?

Na pewno korzenie, w dużej mierze to one mnie ukształtowały. Myślę, że mam ogromne szczęście, że urodziłam się w tej kulturze. Grupa, jaką tworzy nasza mniejszość narodowa, to coś wyjątkowego. Choć nie wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni, to czujemy się jak jedna wielka rodzina. Ponadto moja mama ma korzenie kaszubskie, mogłam więc poznać jeszcze kolory innych kultur. W domu religia ma dla nas znaczenie jako ważny element tradycji, kultury i historii społeczności karaimskiej, obchodzimy święta.

Kim się tak naprawdę czujesz, Polką czy Karaimką?

Czuję się w 100 procentach Polką i w 100 procentach Karaimką. Mam duży sentyment do Trok i spędzałam na Litwie sporo czasu, szczególnie latem z rodziną i przyjaciółmi, którzy mieszkają tam na co dzień. Mam więc dużo znajomych Litwinów i jest to kraj bliski mojemu sercu. Dziadek urodził się w Trokach i przy ul. Karaimskiej stoi dom, który zbudował, babcia natomiast urodziła się w Wilnie. Dziadek Aleksander Kobecki jeszcze w latach 20. XX w. zamieszkał w Warszawie, a babcia po II wojnie światowej przeniosła się do Polski. W ten oto sposób Pruszków stał się moim rodzinnym miastem.

Karaimi to nieduża społeczność, ale mocno związana z tradycjami. Czy praktykujecie w rodzinie zwyczaje, święta? Jak to wygląda?

Obchodzimy nasze karaimskie święta, lecz mają one dla nas wartość bardziej kulturową niż religijną. W Warszawie zazwyczaj spotykamy się w domu jednego z Karaimów, domu kultury bądź na cmentarzu, w zależności od charakteru święta. Obchodzimy dane święto zgodnie z tradycją przekazywaną przez pokolenia. Zwykle na początku jest czytana modlitwa w języku karaimskim, a potem zasiadamy do stołu. Zawsze miło wspominam te wydarzenia, gdyż jest to okazja do spotkania się w większym gronie ze wszystkimi.

Czy wiesz, ilu jest w Polsce Karaimów?

Nie za dużo, prawdopodobnie ok. 200 osób, głównie w Warszawie, we Wrocławiu i w Gdańsku. Regularnie spotykamy się na różnych wydarzeniach kulturowych i religijnych. Z rówieśnikami utrzymuję stały kontakt m.in. dzięki istnieniu naszego zespołu folklorystycznego Dostłar, co w języku karaimskim oznacza „przyjaciele”.

Podkreślasz, że uwielbiasz przyjeżdżać na Litwę, od dziecka odwiedzasz ją i traktujesz jak drugi dom. Co ci się w niej podoba?

Lubię Litwę przede wszystkim za Troki, ale nie tylko. Litwa też jest piękna pod względem krajobrazowym i przyrodniczym. Lasy, jeziora, szerokie pola – ogrom zieleni. Miód dla duszy architekta krajobrazu. Zawsze jak przekraczam granicę, czuję, jakby czas zwalniał. Jest tu bardzo spokojnie i można poczuć bliskość z naturą. Lubię Litwę za jej niewielki rozmiar, ale i bogatą zawartość, za kameralność i spokój. Wilno z kolei jest miastem, w którym od razu poczułam się jak u siebie. Kryje w sobie dużo uroku. Byłam już tam wiele razy, ale cały czas odkrywam coś na nowo.

A kiedy odkryto twoje talenty sportowe?

Od małego podobno ciągnęło mnie do wody, mogłam siedzieć godzinami w morzu. Już w podstawówce startowałam na zawodach biegowych i tam dostrzeżono mój talent do biegu. Rzeczywiście miałam naturalny dryg do biegania. Potem wszystko potoczyło się szybko. Starty w zawodach krajowych dały mi przepustkę do kadry narodowej już w wieku 15 lat.

Może te zdolności to geny? Czy w twojej rodzinie byli sportowcy?

W mojej rodzinie aktywność fizyczna była zawsze: tenis, żeglarstwo, karate, ale uprawiane amatorsko. Nie miałam nigdy w rodzinie sportowca wyczynowego. Przecieram szlaki. Moi rodzice nie są związani w jakiś szczególny sposób ze sportem, ale zawsze bardzo mnie wspierali i wspierają. Jak byłam mała, na wszystkie treningi i zawody trzeba było mnie zawieźć. Jestem jedyną pięcioboistką z Pruszkowa, cała logistyka była na głowie moich rodziców. Mama razem ze mną wstawała o 6 rano na trening i wiozła na basen.

Ale zasługi moich rodziców na tym się nie kończą. Wciąż mnie wspierają, pomagają jak tylko mogą, by choć trochę ułatwić mi realizację napiętego grafiku. Są też moimi najwierniejszymi kibicami, niezależnie od wyniku. Mam ogromne szczęście, że ich mam i pozwalają mi spełniać marzenia.

Czy ktoś był dla ciebie idolem i „zaraził” sportem?

Do dzisiaj w portfelu noszę zdjęcie z Ireną Szewińską, gdy jako mała, chuda dziewczynka odbieram od niej medal za biegi przełajowe. Rok później również gratulowała mi obrony pierwszego miejsca. Od tamtej chwili była dla mnie wielkim autorytetem. Nie muszę opisywać jej ogromnych zasług. To królowa polskiego sportu.

Twoja kariera sportowa zaczęła się już w szkole podstawowej. Czy byłaś uzdolniona również w innych kierunkach?

Tak, już w podstawówce zaczęłam brać udział w szkolnych zawodach pływackich i biegowych. W wieku 10 lat dołączyłam do klubu pływackiego. Reprezentuję ten klub do dzisiaj. Na WF-ie radziłam sobie dobrze, ale wcale nie gorzej na matematyce, fizyce czy plastyce. Oprócz sportu ważna była dla mnie nauka. Myślę, że nawet ważniejsza. W mojej rodzinie jest wielu naukowców, i to z dziedzin ścisłych.

Czytaj więcej: Sportowcy z Litwy i Izraela z pozytywnym wynikiem testu na COVID-19

Jaki był wybór dalszej drogi? Czy na studia wybrałaś AWF?

Ależ nie! Duży nacisk kładłam na naukę. Chciałam pójść do dobrego liceum i porządnie przygotować się do matury. Potem poszłam na studia z architektury krajobrazu w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Szukałam kierunku, na którym będę mogła połączyć naukę ze sztuką, która jest jedną z moich pasji. Mam już tytuł magistra inżyniera architekta krajobrazu. Za pracę inżynierską pt. „Projekt strefy reprezentacyjnej na cmentarzu Karaimskim w Warszawie” otrzymałam II nagrodę w konkursie prac dyplomowych Stowarzyszenia Polskich Architektów Krajobrazu. Bardzo dobrze wspominam te pięć lat nauki, choć bardzo ciężko było połączyć to ze sportem.

Jak najlepsi zawodnicy funkcjonują na co dzień?

Każdy sport rządzi się swoimi prawami, ale mogę opisać, jak jest w pięcioboju. Trenujemy codziennie, zwykle po trzy, cztery dyscypliny jednego dnia. Czasem zdarza się zrobić cały pięciobój, ale to wyjątkowo. Na zgrupowaniach wychodzi mi ok. 30 godzin czystego wysiłku tygodniowo. Cała trudność polega na tym, aby prawidłowo ułożyć plan, jeśli chodzi o kolejność, liczbę jednostek i obciążenia. Skomplikowana układanka. W tygodniu zazwyczaj robię: pięć jednostek pływackich, sześć biegowych, cztery szermiercze, jedną jazdę konną, cztery strzelania i dodatkowo raz, dwa razy ćwiczenia na siłowni.

Życie sportowca jest głównie na walizkach. Rzadko jestem w domu. Jeśli nie przebywam na zgrupowaniu, to na jakichś zawodach. Miłą odmianą są jednak posiłki – możemy dużo jeść. Nie da się ukryć, że pięciobój definiuje naszą codzienność. Nawet gdy wybieram samochód, pierwszym kryterium jest to, czy zmieści się w bagażniku mój „jamnik” – to duża torba szermiercza, do której pakujemy cały sprzęt do pięciu dyscyplin.

Czytaj więcej: Futbol, napoje i pieniądze

Uprawiasz strzelectwo, szermierkę, pływanie. To skrajnie różne sporty!

Pięciobój to połączenie niemal wykluczających się dyscyplin. Zazwyczaj dobry pływak słabo biega. Anatomicznie też pływak różni się od lekkoatlety. W każdej dyscyplinie potrzebne są trochę inne predyspozycje. Ponadto sporty wytrzymałościowe często kolidują z technicznymi, np. bieg z szermierką. Nawet usposobienie jest inne dla strzelectwa, a inne dla pływania czy biegu. Trzeba być zatem bardzo wszechstronnym i elastycznym. Dlatego tak bardzo podoba mi się ta dyscyplina! Pięciobój uczy też pokory, ponieważ nigdy nie będziemy pływać tak dobrze jak pływacy czy biegać jak zawodowi lekkoatleci.

Najbardziej lubię trenować szermierkę. W dużej mierze to zasługa mojego wyjątkowego trenera Bohdana Andrzejewskiego, medalisty olimpijskiego i jedynego mistrza świata z Polski w szermierce. W tej dyscyplinie podoba mi się to, że oprócz sprawności i wytrzymałości trzeba użyć głowy. Bez poprawnej techniki i myślenia nie zajdzie się daleko.

Sport to rywalizacja. Czy istnieją przyjaźnie sportowe?

Pięciobój to sport indywidualny, ale nie da się funkcjonować i trenować bez drużyny. Myślę, że najbardziej wartościowe przyjaźnie mam właśnie ze świata sportu. Moją przyjaciółką jest była pięcioboistka, już nie trenuje, ale nadal mamy bliski kontakt. Teraz ona mnie wspiera w mojej karierze sportowej i mogę polegać na jej doświadczeniu.

Nigdzie nie nawiąże się takiej relacji jak na treningu, gdy razem trzeba wykonać jakieś ciężkie zadanie. Dodatkowo wspólne wyjazdy na zawody i zgrupowania stworzyły z nas zgraną ekipę. Teraz też z zawodnikami z kadry i trenerami spędzam więcej czasu niż z rodziną z uwagi na nasz tryb życia. Są jeszcze znajomości z zawodów. To niezwykle ciekawe móc spotkać w jednym miejscu ludzi z całego globu. Zawsze staram się z kimś porozmawiać.

Jesteś członkinią polskiej kadry narodowej w pięcioboju nowoczesnym. Już samo to jest wielką sprawą. Zostałaś akademicką mistrzynią świata, to wielkie osiągnięcie. Co to dla ciebie znaczy?

Bycie członkiem kadry narodowej już tyle lat to dla mnie wielkie wyróżnienie. To dla mnie zaszczyt i powód do dumy, że mogę reprezentować Polskę na najważniejszych imprezach sportowych. Usłyszenie Mazurka Dąbrowskiego na podium to uczucie nie do opisania. Cieszę się, że mogłam to przeżyć.

Jakie zawody przed tobą?

Dla mnie to już prawie koniec sezonu. Pozostały mistrzostwa Polski w sierpniu. Niestety, zabrakło mi szczęścia na Pucharach Świata w tym roku i zabrakło mi punktów w rankingu, aby otrzymać kwalifikację na igrzyska olimpijskie w Tokio. Ale Paryż już za trzy lata, więc nie zwalniam tempa. Jestem więc bardzo zmotywowana do dalszej pracy i mam nadzieję, że to dopiero początek większych sukcesów.

Kariera sportowa nie trwa długo. Jakie masz plany na przyszłość? Czy wiążesz je ze sportem? A może pójdziesz w zupełnie innym kierunku, ukończyłaś bowiem architekturę krajobrazu.

Póki zdrowie i chęci pozwolą, to chciałabym trenować i wykorzystać ten czas jak najlepiej. Gdy już przyjdzie pora pożegnać się z pięciobojem, mam nadzieję, że zrealizuję się w mojej drugiej sferze zainteresowań, czyli architekturze krajobrazu. Obecny tryb życia nie pozwala mi pracować w zawodzie, ale staram się nie wypaść z obiegu i rozwijam moje umiejętności graficzne, czytam literaturę związaną z architekturą. Sportu jednak nigdy nie zostawię. Zawsze będę aktywna. Może będę trenować amatorsko tylko szermierkę albo startować w zawodach pływackich lub biegowych jako Masters, kto wie.

Jakie masz jeszcze inne pasje, hobby? Czy znajdujesz czas na związki, przyjaźnie, miłość?

W wolnym czasie lubię rysować i grać na pianinie. To dla mnie formy relaksacji, mogę natychmiast odciąć głowę od codziennych problemów i obowiązków. Nie wyobrażam sobie też odpoczynku bez mojego psa, bardzo lubię go szkolić i uczyć się komunikacji z nim. Od zwierząt można się wiele nauczyć. Nie mam szerokiego grona znajomych, jest to kilka osób bardzo mi bliskich. Co do miłości – myślę, że jak się tak owa pojawi, to z pewnością znajdę dla niej czas.

Sukcesy Marty Kobeckiej w pięcioboju nowoczesnym

1. miejsce – Puchar Świata w sztafecie miks (Sofia, 2019).
1. miejsce – Akademickie Mistrzostwa Świata w sztafecie miks, 4. miejsce indywidualnie (Budapeszt, 2018).
1. miejsce – mistrzostwa Europy U-24 w sztafecie miks (Drzonków, 2018).
2. miejsce – mistrzostwa Europy seniorów w sztafecie (Niżny Nowogród, 2021).
2. miejsce – mistrzostwa Polski seniorów (Drzonków, 2020).
15. miejsce – mistrzostwa świata seniorów (Kair, 2021).


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 31(88) 31/07-06/08/2021