Więcej

    Straży Granicznej RL oraz naszym kolegom z Polski i Łotwy udało się zapanować nad sytuacją

    Czytaj również...

    W maju, czerwcu i lipcu br., kiedy rozpoczął się kryzys graniczny, wszyscy nielegalni migranci byli zatrzymywani. Nie mieliśmy jednak możliwości prawnych, aby ich zawracać. Od 3 sierpnia pojawiła się możliwość zawracania nielegalnych migrantów z granicy. Od tamtego czasu nie wpuściliśmy prawie 8 tys. osób na terytorium Litwy – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” gen. Rustamas Liubajevas, szef Straży Granicznej RL.

    gen. Rustamas Liubajevas, szef Straży Granicznej RL
    | Fot. Marian Paluszkiewicz

    Pierwsze, co rzuca się w oczy w pańskim przypadku, to nazwisko, które nie brzmi litewsko…

    Tak, jestem Tatarem. Historia mojej rodziny sięga Wielkiego Księstwa Litewskiego. Urodziłem się w Wilnie, w którym mieszkam całe życie, z wyjątkiem 11 lat, które spędziłem w Warszawie, pracując we Frontexie. Moi rodzice są pochowani w Wilnie.

    Reklama

    Pan skończył filologię na Uniwersytecie Wileńskim. Jak Pan trafił do Straży Granicznej?

    Faktycznie, ukończyłem filologię. To był początek lat 90., państwo dopiero się kształtowało. W latach 1984–1986, czyli jeszcze w czasach sowieckich, służyłem w wojskach pogranicznych. Kiedy zaczęły powstawać struktury Straży Granicznej RL, to ludzi mających doświadczenie w tej dziedzinie nie było. Natomiast ja coś niecoś wiedziałem, czym jest ochrona granic. Zostałem przyjęty w struktury Straży Granicznej, która wówczas była departamentem w Ministerstwie Ochrony Kraju. Swoją karierę rozpocząłem od placówki Straży Granicznej na lotnisku w Wilnie. W 1994 r. Straż Graniczna została przekształcona w Departament Policji Granicznej przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Od tego czasu pozostaję w tej strukturze. W okresie od 2005 do 2017 r. pracowałem we Frontexie.

    Jak Pan się znalazł we Frontexie?

    Początkowo zostałem tam oddelegowany jako ekspert, wtedy Frontex dopiero się tworzył. Później stanąłem do konkursu i zostałem szefem działu badań i rozwoju. Następnie stanąłem na czele działu zasobów ludzkich. W 2017 r. zakończył się mój kontrakt i postanowiłem powrócić na Litwę. Od grudnia 2017 r. byłem zatrudniony w Straży Granicznej jako doradca. Potem trafiłem do Departamentu Polityki Bezpieczeństwa Publicznego i Migracji. W 2018 r. zostałem kierownikiem tego departamentu. Od grudnia 2019 r. jestem szefem Straży Granicznej. Tak w skrócie wygląda moja zawodowa biografia.

    Czy Frontex to było dla Pana dobre doświadczenie?

    Frontex daje wiele możliwości zdobycia różnorodnego doświadczenia. W tamtym czasie, kiedy do niego dołączyłem, dopiero się tworzył, więc osobiście brałem udział w jego tworzeniu. W ciągu pierwszych pięciu lat byłem odpowiedzialny za organizację wspólnych operacji na zewnętrznych granicach UE – to właśnie wtedy powstała ta koncepcja. Wspólnie z kolegami z innych krajów tworzyliśmy strukturę agencji. Po pięciu latach powierzono mi kolejne ważne zadanie. To był czas, kiedy zaczęto tworzyć zespoły szybkiego reagowania. Byłem odpowiedzialny za zasoby ludzkie i techniczne w trakcie wspólnych operacji. Wtedy nasza praca przede wszystkim koncentrowała się na południowej flance UE. Wówczas to właśnie tam były największe problemy z nielegalną migracją, czyli w Grecji, we Włoszech, Hiszpanii. Tam były organizowane największe operacje. Tam zorganizowano pierwsze operacje szybkiego reagowania, które wykorzystaliśmy teraz na wschodniej granicy UE. Naprawdę, to był bardzo dobry czas, aby zapoznać się z systemami ochrony granic innych państw. Z tamtego czasu zachowałem dużo kontaktów i znajomych, nie tylko we Frontexie, lecz także w Komisji Europejskiej oraz w innych krajach unijnych. Te znajomości pomogły mi teraz, kiedy musieliśmy opanować sytuację na granicy z Białorusią.

    Czytaj więcej: Wileńska jednostka straży granicznej uroczyście uczciła nadchodzący Dzień Straży Granicznej

    Czyli kontakty osobiste w pańskiej pracy są aż tak ważne?

    Oczywiście.

    Kiedy rozpoczął się kryzys migracyjny na litewsko-białoruskiej granicy, można było usłyszeć głosy, że ten odcinek granicy dotychczas był prawie niechroniony. Czy zgodzi się Pan z taką opinią?

    Nie zgadzam się, ponieważ w maju, czerwcu i lipcu br., kiedy rozpoczął się kryzys, wszyscy nielegalni migranci byli zatrzymywani. Nie mieliśmy jednak możliwości prawnych, aby ich zawracać. Zgodnie z prawem musieliśmy ich wszystkich przyjąć, dlatego tak dużo znalazło się ich na Litwie. W sierpniu dowódca operacji podjął odpowiednią decyzję i od 3 sierpnia pojawiła się możliwość zawracania nielegalnych migrantów z granicy. Od tamtego czasu nie wpuściliśmy prawie 8 tys. osób na terytorium Litwy. Tak naprawdę osób, którym przysługuje prawo azylu, jest bardzo mało. Nie twierdzę, że udaje nam się wszystko w 100 proc. Ale aż 90 proc. nielegalnych migrantów zatrzymujemy albo przy samej granicy, albo w strefie przygranicznej. Właśnie z tego powodu potok migrantów został przez Białoruś skierowany na granice z Polską i Łotwą. Później Łukaszenka z różnych przyczyn skupił się na granicy z Polską i wszyscy obserwowaliśmy, jak ciężka sytuacja zrobiła się na pograniczu polsko-białoruskim. Jednak zapewniam, nam oraz kolegom z Polski i Łotwy udało się zapanować nad sytuacją. Można powiedzieć, że prawie udało się rozwiązać problem.

    Jak w praktyce to wygląda, kiedy pogranicznicy, w sumie w jednej chwili, muszą ustalić, czy dana osoba ma prawo zostać na Litwie i ubiegać się o status uchodźcy.

    Po pierwsze, trzeba powiedzieć, że ok. 90 proc. nielegalnych migrantów nie ucieka przed wojną. Praktyka Departamentu Migracji pokazuje, że w większości wypadków takim osobom azyl nie jest udzielany. Ci ludzie z różnych przyczyn – całkiem możliwe, że wielu z nich zostało oszukanych przez organizacje przestępcze lub reżim Łukaszenki – przyszli tutaj w poszukiwaniu lepszego życia, dlatego nie mogą się ubiegać o azyl. Oni jednak chcą skorzystać z różnych narzędzi prawnych, które oferuje UE. Nie mając innych podstaw, próbują nielegalnie dostać się na Litwę. Po drugie, trzeba pamiętać, że tych ludzi wykorzystał reżim Łukaszenki, który miał konkretne cele polityczne. Łukaszenka chciał zdestabilizować sytuację w UE i dlatego zdecydował się na atak hybrydowy przeciwko Litwie, Polsce, Łotwie i całej Unii.

    Jednak ważny jest też aspekt humanitarny. Ostatnio pojawia się wiele informacji o małych dzieciach, które nie są wpuszczane na Litwę.

    Zgodnie z wytycznymi szefa operacji mamy prawo decydowania, czy dana osoba albo osoby mogą być wpuszczone lub nie. Są osoby, którym zezwala się przekroczyć granicę. W jaki sposób? Przede wszystkim analizowany jest ich stan zdrowotny. Jeśli ludzie skarżą się na problemy zdrowotne, to zawsze są wzywani lekarze lub tacy ludzie są transportowani do placówek medycznych. Chociaż znamy wiele przykładów, kiedy migranci po prostu udawali chorych. Kiedy mamy pewność, że ich zdrowiu i życiu nic nie zagraża, to wtedy są odsyłani z powrotem na Białoruś.

    Co dotyczy dzieci, powiem tak: to, że mamy do czynienia z dzieckiem, nie decyduje o tym, czy może zostać wpuszczone, czy nie. Są różne sytuacje. Czasami ludzie sami twierdzą, że nie chcą pozostać na Litwie. Po niedawnych wydarzeniach na przejściu granicznym Kuźnica Białostocka-Bruzgi migranci zostali przekierowani przez służby białoruskie na granicę z Litwą. Tymczasem oni nie bardzo chcą przekraczać granicę, bo mają świadomość tego, że prawdopodobnie zostaną zatrzymani i co najmniej pół roku spędzą w zamknięciu. Szansa na prześlizgnięcie się przez Litwę jest niewielka. Oni często mówią, że nie chcą na Litwę, tylko do Mińska, że już stracili wszelką nadzieję; albo że ponownie spróbują się dostać na granicę z Polską.

    Trzeba pamiętać, że oni są nieustannie dezinformowani przez reżim Łukaszenki oraz organizacje przestępcze, na zasadzie: „Zaczekajcie trochę, zaraz Niemcy przyjmą odpowiednią decyzję i zezwolą wam na azyl”. Dlatego bardzo często, kiedy są zatrzymywani przez naszych funkcjonariuszy, to dobrowolnie udają się z powrotem. Dzieci tak naprawdę nie jest dużo. Migranci to przede wszystkim młodzi mężczyźni w przedziale wiekowym od 20 do 40 lat. Trzeba pamiętać, że ich model rodziny różni się od naszego. Czasami idą większymi grupami, gdzie są wujkowie, kuzyni – i kiedy zezwalamy na przekroczenie granicy tylko najbardziej zagrożonym osobom, to oni się na to nie zgadzają. Chciałbym podkreślić, że teraz ci ludzie mają możliwości powrotu do ojczyzny, więc gdy ryzykują życie swoich dzieci, to robią to na własną odpowiedzialność.

    Nie jest prawdą, że im grozi niebezpieczeństwo w kraju pochodzenia. Wojny tam nie ma od wielu lat. Owszem, sytuacja ekonomiczna jest tam zła. Tak, żyć tam jest trudno. Jednak kiedyś na Litwie też sytuacja była trudna. Nie jest to jednak przyczyna do łamania prawa innego kraju. Trzeba zrozumieć, że jeśli jest podstawa, to można legalnie ubiegać się o azyl. Ten system działa. Nie możemy ponadto ulegać presji krajów niedemokratycznych.

    Czytaj więcej: Czy naprawdę potrzebne są media na granicy?

    Przed kryzysem migracyjnym granica z Białorusią najczęściej w mediach była wspominana w kontekście przemytu. Jak teraz wygląda sprawa? Przemyt zwiększył się czy zmniejszył?

    Przemyt rośnie. Oczywiście, teraz częściej zatrzymujemy przemytników, ponieważ mamy na granicy większe zasoby ludzkie i techniczne. Jednak przemytnicy zaczęli wykorzystywać nowe technologie: drony lub pociągi towarowe, w których można ukryć bardzo dużo towaru. Przemyt przez białoruską granicę dotyczy przede wszystkim papierosów. W roku ubiegłym przemyt z powodu ograniczenia ruchu granicznego na całym świecie się zmniejszył. Teraz obserwujemy, że rośnie.

    Wróćmy do początku rozmowy – Pan ukończył rosyjską szkołę…

    Tak.

    Czy z powodu bycia przedstawicielem mniejszości narodowej odczuwał Pan kiedyś dyskomfort lub to jakoś przeszkodziło Panu w karierze?

    Nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Nigdy nie miałem żadnych konfliktów na tym tle. Może mój przypadek jest trochę inny. Tatarzy od dawien dawna byli zintegrowani z Litwą. Zarówno w czasach Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak i w okresie międzywojennym. Sporo Tatarów było wojskowymi, dlatego nigdy nie odczułem jakiejkolwiek dyskryminacji.

    A czy Pan udziela się we wspólnocie tatarskiej?

    Niestety nie. Z jednej strony nie mam zwyczajnie czasu, z drugiej – nie wyznaję islamu. Jestem prawosławny. Historia litewskich Tatarów jest bardzo skomplikowana. Są chrześcijanie, są muzułmanie.


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 51(147)18/12/2021-07/012/2022

    Reklama

    Afisze

    Więcej od autora

    Premiera filmu o Jerzym Ordzie — jednej z najoryginalniejszych postaci Wilna

    Premiera filmu „Jerzy Orda. Anarchista według św. Augustyna” odbyła się we środę 23 listopada w Narodowej Galerii Sztuki. Film pokazano jako element obchodów 700-lecia Wilna. W dniach 7–10 grudnia dokument będzie wyświetlany w stołecznym kinie „Skalvija”. Pod prąd historii Wileńska dziennikarka...

    Jurij Felsztinski: 24 lutego rozpoczęła się III wojna światowa

    Antoni Radczenko: W poniedziałek miał Pan w Wilnie prezentację książki „Trzecia wojna światowa? Bitwa o Ukrainę”, której współautorem jest Michaił Stanczew. Czego nowego dowie się z niej czytelnik litewski? Jurij Felsztinski: Książka została wydana jeszcze w 2015 r. Wówczas została...

    Litwa jest przygotowana na przyjęcie nowych uchodźców z Ukrainy

    Niepowodzenia na froncie Rosja próbuje kompensować niszczeniem infrastruktury cywilnej, aby w ten sposób zmusić Ukrainę do negocjacji pokojowych. Praktycznie każdego dnia Rosjanie dokonują zmasowanych ataków rakietowych na terenie całej Ukrainy. Prezydent Wołodymyr Zełenski upublicznił warunki, po spełnieniu których Kijów...

    Politolog: „Społeczeństwo darzy wojsko zaufaniem”

    Obchody 104. rocznicy powołania Litewskich Sił Zbrojnych rozpoczęły się jeszcze w sobotę Mszą świętą w Kłajpedzie. W Szawlach okolicznościowa impreza odbędzie się dziś, czyli 22 listopada. Natomiast w Wilnie i Kownie — 23 listopada. W tym dniu w Muzeum...