Uciec z piekła

Samemu można się było wydostać poza teren obozu KL Auschwitz-Birkenau, ale przetrwać bez pomocy okolicznej ludności już nie. Powiodło się ok. 20 proc. wszystkich ucieczek – twierdzą zgodnie Mirosław Krzyszkowski i Bogdan Wasztyl, autorzy książki „Nas nie złamią. Jak Polacy uciekali z Auschwitz”.

Brama główna obozu KL Auschwitz ze słynnym szyderczym napisem: „Praca czyni wolnym”

Jakie czynniki wpłynęły na ulokowanie tego najstraszniejszego z obozów koncentracyjnych akurat w Oświęcimiu?

Bogdan Wasztyl: Obóz Auschwitz powstał z myślą o izolowaniu w nim polskich patriotów i konspiratorów walczących z niemieckim okupantem. Mniej więcej od końca 1939 r. wszystkie więzienia na Górnym Śląsku i w Zagłębiu były przepełnione w wyniku niemieckich represji na polskiej ludności, a lokalne władze okupacyjne apelowały o systemowe rozwiązanie tego problemu. Leżący na pograniczu Śląska i Małopolski Oświęcim wydawał się miejscem idealnym. Miasto dzięki liniom kolejowym było świetnie skomunikowane z tymi regionami, a stamtąd z całą Europą. Duży węzeł komunikacyjny znajdował się na skraju miasta, w widłach Wisły i Soły, więc można było w łatwy sposób odizolować obóz od świata zewnętrznego.

Mirosław Krzyszkowski: W dodatku istniała tam odpowiednia infrastruktura. Do I wojny światowej Oświęcim, należący do Austro-Węgier, był miastem granicznym, leżącym w pobliżu granic trzech zaborów. Fakt ten przez niemal pół wieku wykorzystywali liczni emigranci uciekający przed galicyjską biedą lub z terenów Rosji w poszukiwaniu lepszego życia do Niemiec, Brazylii czy Stanów Zjednoczonych. W 1915 r. nad ich losem ulitował się cesarz Franciszek Józef, który kazał wybudować stosowną infrastrukturę. Dzięki temu na lewym brzegu Soły, ponad dwa kilometry od centrum miasta, powstała osada mieszcząca biura emigracyjne oraz liczne budynki, w których emigranci mogli oczekiwać w przyzwoitych warunkach na uśmiech losu.

Czytaj więcej:

Heinrih Himmler odwiedzający budowę obozu w marcu 1941 r., na terenie zakładów kauczukowych Buna-Werke.

Rozumiem, że Auschwitz powstał z wykorzystaniem tej infrastruktury?

B.W.: Tak. To, co przez wiele lat było „bramą do raju”, nagle stało się „bramą do piekła”.

M.K.: Warto dodać, że w międzywojniu w osadzie barakowej – bo tak nazywano to miejsce – ulokowano przesiedleńców z Zaolzia, powstańców śląskich i ich rodziny, a później w części zorganizowano koszary Wojska Polskiego.

B.W.: Jesienią 1939 r. Oświęcim został włączony do Rzeszy, a późną wiosną 1940 r. rozpoczęto prace nad zorganizowaniem obozu koncentracyjnego. Kiedy 14 czerwca deportowano do Auschwitz pierwszy transport 728 polskich więźniów politycznych z więzienia w Tarnowie, umieszczono ich w obiektach dawnego Monopolu Tytoniowego, bowiem właściwy obóz nie był jeszcze gotowy na ich przyjęcie.

Jakie były przeszkody utrudniające ucieczkę z obozu?

B.W.: Usytuowanie obozu w widłach dwóch rzek, wysiedlenie większości mieszkańców miasta i dziewięciu wsi, w sumie kilkunastu tysięcy ludzi, utworzenie wokół obozu na obszarze 40 km kw. martwej strefy, zwanej obszarem interesów obozu, pozostającej pod wyłączną jurysdykcją SS. Pojawienie się na tym terenie bez specjalnej przepustki groziło śmiercią.

M.K.: Do tego dochodził straszliwy początkowo terror, który miał odstraszać potencjalnych śmiałków. Wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej – wybiórka na śmierć głodową dziesięciu więźniów w ramach represji za ucieczkę – było karą bezwzględną i okrutną. To sprawiło, że obozowy ruch oporu zainicjowany przez Witolda Pileckiego, który w obozie przebywał pod fałszywym nazwiskiem Tomasz Serafiński, nie organizował w tym czasie ucieczek, a nawet próbował je uniemożliwiać, by nie narażać współwięźniów na represje.

B.W.: Z czasem represje zaczęły łagodnieć, co nie znaczy, że nie były okrutne – pojmanych uciekinierów karano śmiercią, sprowadzano do obozu członków ich rodzin. Ucieczki organizowane przez obozową lub przyobozową konspirację planowane były w taki sposób, by nie cierpieli niewinni ludzie, by chronić współwięźniów przed represjami.

Kto i w jakich okolicznościach dokonał pierwszej ucieczki, czym się skończyła?

M.K.: Pierwsza była ucieczka Tadeusza Wiejowskiego, któremu pomogli pracujący w obozie polscy robotnicy cywilni. 

B.W.: Z tych pięciu Polaków zatrudnionych w niemieckiej firmie i pracujących przy rozbudowie obozu, członków Związku Walki Zbrojnej, którzy w ramach represji staną się więźniami obozu, wojnę przeżyje tylko jeden…

M.K.: Niestety, Wiejowskiemu udało się uciec, ale w końcu gestapo ustaliło, kto mu pomógł. Zanim to jednak nastąpiło, wszyscy więźniowi zostali ukarani długim apelem, trwającą 20 godzin torturą. Sam Wiejowski został w końcu schwytany i rozstrzelany.

Niemiecki posterunek wojskowy wokół Oświęcimia

Czy była możliwa ucieczka z obozu bez pomocy z zewnątrz?

B.W.: Na pozór tak, można się było np. wydostać poza teren obozu, ale przetrwać poza nim bez pomocy okolicznej ludności już nie. W każdą ucieczkę, która nie była wynikiem spontanicznego odruchu, zaangażowanych było wiele osób, zarówno współwięźniów, jak i ludzi z zewnątrz.

M.K.: Trzeba podkreślić, że te spontaniczne ucieczki także angażowały wiele osób, całe rodziny spośród polskiej ludności zamieszkującej jeszcze tereny wokół strefy obozu. Niemcy robili wszystko, aby Polaków było w tych okolicach jak najmniej. Temu służyły masowe wysiedlenia i sprowadzanie na te tereny niemieckich osadników. Zbieg szukający pomocy musiał zatem zapukać do odpowiednich polskich drzwi czy zagadać kogoś, kto mówił po polsku. Jeśli tu popełnił błąd, kończyło się to tragicznie. Niemieccy cywile, czy to dorośli, czy nawet dzieci, byli bardzo gorliwi w wydawaniu każdego nieszczęśnika szukającego pomocy. Tragiczna dla wielu więźniów ucieczka z karnej kompanii Augusta Kowalczyka skończyłaby się zapewne śmiercią tego znanego powojennego aktora, gdyby nie pomogła mu rodzina Ślązaków. Lyskowie ukrywali Kowalczyka w sąsiedztwie mieszkających w pobliżu Niemców, a po nawiązaniu kontaktów z polską konspiracją przekazali pod opiekę kolejnych ofiarnych ludzi. Natomiast były i takie tragiczne przypadki, jak spontaniczna ucieczka Jana Nowaczka. Pomogło mu wielu Polaków na kolejnych etapach ucieczki. Niestety, Nowaczek został w końcu pojmany, co skończyło się również śmiercią dla tych, którzy okazali mu wsparcie, gdyż zbieg wydał wszystkich gestapo. Ta mroczna historia ma jednak także swoją niezwykłą, piękną kartę, gdyż ojciec rodziny, która przyjęła Nowaczka na pierwszym etapie ucieczki, zgłosił się sam do obozu, aby Niemcy zwolnili jego spodziewającą się dziecka żonę, przetrzymywaną jako zakładniczka.

Historię ilu ucieczek z obozu udało się Panom zbadać, pracując nad książką? Czy wszystkie opisaliście, czy wybraliście tylko część?

B.W.: Oczywiście dokonywaliśmy wyboru, bo z wielu powodów nie sposób opisać wszystkich ucieczek. Interesowały nas szczególnie te, które nie były jedynie wynikiem troski o własne życie, ale próbą realizacji pewnej misji, zadań konspiracyjnych – zachowania świadków, przekazania światu dowodów niemieckich zbrodni, wreszcie zorganizowania pomocy dla więźniów obozu.

M.K.: Warto wspomnieć, że spośród 196 więźniów, którzy uciekli i przeżyli wojnę, niemal połowa jest bohaterami naszej książki.

Czytaj więcej: Julius Norvila: Sprawcy Holokaustu ukrywają się za całym narodem

Rtm. Witold D Pilecki na fotografii obozowej

*Jakie są proporcje udanych prób ucieczek do tych zakończonych fiaskiem?

M.K.: Udanych ucieczek było ok. 20 proc. spośród wszystkich, które miały miejsce.

Która z ucieczek była Panów zdaniem najbardziej brawurowa, proszę ją krótko opisać?

B.W.: Wszystkie ucieczki były na swój sposób brawurowe, mnie najbliższe są jednak te zorganizowane przez mjr. Jana Wawrzyczka „Danutę” i dowodzony przez niego, działający w sąsiedztwie obozu oddział Armii Krajowej „Sosienki”, który zorganizował najwięcej ucieczek z obozu. Dość powiedzieć, że pod koniec wojny pod rozkazami Wawrzyczka walczyło kilkudziesięciu uciekinierów z obozu.

W jaki sposób z obozu uciekł mocno związany z Wilnem rtm. Witold Pilecki?

M.K.: To była bardzo dobrze zaplanowana i zorganizowana ucieczka w trzyosobowym zespole. Więźniowie uciekali z piekarni pracującej dla obozu. Szczegóły są bardzo ciekawe i pasjonujące. Może lepiej ich nie zdradzać, warto poznać całą historię wraz z licznym zwrotami akcji. Zachęcamy do lektury książki. Być może też czytelnicy doszukają się wśród naszych bohaterów jeszcze kogoś z wileńskich terenów. Zostawiamy to ich wnikliwości.

Czy zbierając materiały do książki, opierali się Panowie jedynie na źródłach pisanych, czy też udało się porozmawiać z potomkami ocalałych uciekinierów lub też osób pomagających w ucieczkach?

B.W.: Bazowaliśmy również na relacjach świadków historii. Przez ponad 20 lat kontakty z byłymi więźniami obozu były istotną częścią mojego życia. Poznałem osobiście ponad stu, z wieloma się przyjaźniłem. Byli wśród nich uciekinierzy – bohaterowie naszej książki, m.in.: Kazimierz Albin, August Kowalczyk, Jerzy Bielecki, Kazimierz Piechowski, Edward Padkowski.


Mirosław Krzyszkowski (ur. 1964) ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wielokrotnie nagradzany twórca filmowy: reżyser, scenarzysta, autor zdjęć, montażu i animacji filmowej.

Bogdan Wasztyl (ur. 1964) również ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Reporter, publicysta, laureat wielu nagród dziennikarskich. Producent filmowy, scenarzysta, reżyser.

Wspólnie opublikowali bestseller historyczny „Pilecki. Śladami mojego taty”. Właśnie ukazała się najnowsza pozycja tego duetu autorskiego „Nas nie złamią. Jak Polacy uciekali z Auschwitz”.


Fot. archiwum Państwowego muzeum Auschwitz- Birkenau w Oświęcimiu, Centrum domumentacjI „Nieobojętni spod Auschwitz”


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 4(12) 29/01-04/02/2022