Więcej

    Wokół nas morze ognia!

    W przeddzień 80. rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim w Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” otwarto wystawę „Wokół nas morze ognia. Losy żydowskich cywilów podczas powstania w getcie warszawskim”. Przedstawia ona tragedię powstańczego zrywu z perspektywy ukrywających się mieszkańców.

    Czytaj również...

    Wystawa dotyczy historii, która wydarzyła się właśnie tutaj, w Warszawie, na Muranowie, w miejscu, gdzie aktualnie stoi Muzeum „Polin” – mówi Marta Dziewulska, rzeczniczka placówki. – Opowiada o losach ok. 50 tys. cywilów, którzy podczas powstania ukrywali się w labiryncie bunkrów i skrytek. Nie należeli do bojowców. Ich cichy opór był jednak tak samo ważny, jak ten z bronią w ręku. Byli wśród nich: 20-letni Mietek Pachter, 21-letnia Mira Piżyc i 11-letnia Helena Kuczer, która dziś nosi nazwisko Krystyna Budnicka i jest jedną z ostatnich żyjących, którzy z getta ocaleli. 80. rocznica jest dla nas punktem wyjścia, by posłuchać ich opowieści. Ślady tych historii wciąż znajdują się pod powierzchnią ziemi…

    Łuna nad płonącym gettem warszawskim, najprawdopodobniej widok na szop szczotkarzy w kwartale ulic Świętojerskiej, Wałowej, Franciszkańskiej i Bonifraterskiej, kwiecień 1943 r. | Fot. Zbigniew Borowczyk, muzeum POLIN

    Powstanie w getcie

    Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” otwarto równo 10 lat temu, 19 kwietnia 2013 r., przy okazji 70. rocznicy wybuchu powstania w getcie. Gmach muzeum dokumentującego wielowiekową historię Żydów w Polsce znajduje się na Muranowie, czyli w śródmieściu Warszawy. Powstał w centrum dawnej dzielnicy żydowskiej miasta, zwanej Dzielnicą Północną. W 1940 r. Niemcy ogrodzili tę część miasta murem i stłoczyli w niej prawie pół miliona Żydów ze stolicy i okolic.

    – Uwięzieni w getcie ginęli w egzekucjach, umierali wskutek głodu, chorób i niewolniczej pracy – mówi Marta Dziewulska. – Latem 1942 r. Niemcy zorganizowali wielką akcję likwidacyjną, wywożąc z Warszawy do obozu zagłady w Treblince prawie 300 tys. Żydów. Wśród tych, którzy pozostali, zrodziła się idea zbrojnego oporu. Gdy 19 kwietnia 1943 r. 2 tys. Niemców wkroczyło do getta, by je ostatecznie zlikwidować, przeciwstawiło się im kilkuset młodych ludzi z konspiracyjnych – Żydowskiej Organizacji Bojowej i Żydowskiego Związku Wojskowego. Wycieńczonymi i słabo uzbrojonymi powstańcami dowodził Mordechaj Anielewicz. Większość z nich zapewne wiedziała, że nie mają szans, ale woleli zginąć w walce, by ocalić swoją godność. Pozostali mieszkańcy getta, ok. 50 tys. cywilów, przez wiele tygodni ukrywali się w kryjówkach i bunkrach. Walczyli o każdy kolejny dzień, godzinę, minutę. Pomimo rozpaczy, samotności, głodu, pragnienia i strachu. Przez wiele dni pozostali nieuchwytni, zeszli do podziemi i nie podporządkowali się rozkazom Niemców. Ci przez cztery tygodnie równali getto z ziemią, paląc dom po domu. Schwytanych bojowców i mieszkańców zabijali lub wywozili do obozów. 8 maja Anielewicz i kilkudziesięciu otoczonych powstańców popełniło samobójstwo. Nielicznym Żydom udało się wydostać kanałami z płonącego getta. 16 maja Niemcy na znak zwycięstwa wysadzili Wielką Synagogę przy ul. Tłomackie. Getto warszawskie przestało istnieć. Na jego terenie w gruzach pozostali już tylko nieliczni ukrywający się Żydzi. „Gruzowcy” zmagali się z brakiem wody i jedzenia. Ginęli z wycieńczenia i chorób, rozstrzeliwani przez Niemców. Niewielu udało się przejść na drugą stronę muru. Ostatni opuścili „cmentarzysko getta” w styczniu 1944 r.

    Zniszczony gmach byłych Koszar Artylerii Koronnej przy ul. Zamenhofa 19 wśród ruin getta warszawskiego, obecnie w tym miejscu stoi Muzeum „Polin”, sierpień 1947 r. Fotografia z albumu „Pomnik Bohaterów Getta Warszawy (Fotograficzna kronika budowy 1 VIII 1947 – 19 IV 1948)” Natana Rapoporta i Leona Marka Suzina
    | Fot. muzeum POLIN

    Dyskusje o tytule

    Tytuł wystawy „Wokół nas morze ognia” jest cytatem z relacji pana Maura, który w czasie powstania chronił się w bunkrze pod budynkiem przy ul. Nalewki 38.

    – W czasie pracy nad wystawą długo zastanawialiśmy się nad tytułem, który powinna nosić – mówi prof. Barbara Enkelking, autorka koncepcji wystawy. – Moim pierwszym wyborem było „Wielkie przekrwione oko” – cytat ze wspomnień Szymona Gliksmana, przy którego lekturze za każdym razem przenika mnie dreszcz: „Nocą płonące getto, jak wielkie przekrwione oko, spogląda na stolicę i daremnie czeka na ratunek. Płonące getto dniem i nocą krwawi, i dniem, i nocą giną w płomieniach ludzie”. Dopatruję się w tych zdaniach wielu emocji: nadziei i rozczarowania, samotności w obliczu śmierci, poczucia opuszczenia i zawodu.

    – Kolejnym z rozważanych tytułów była „Druga strona pomnika” – kontynuuje pani profesor. – To miało się odnosić bezpośrednio do stojącego przed gmachem Muzeum „Polin” pomnika, autorstwa Natana Rapoporta, którego bryłę i wyryte na nim płaskorzeźby bohaterskich walczących powstańców powszechnie znamy. Mniej znana jest druga, tylna strona monumentu, na której wyrzeźbione są postacie cywilnych mieszkańców getta idących na zagładę. Od początku chcieliśmy, by wystawa poświęcona była ludności cywilnej, dlatego taki wybór byłby adekwatny, odnoszący się także do wielu uczuć, takich jak: porzucenie, zapomnienie, poczucie bliskiej, nieuniknionej śmierci. Innym jeszcze pomysłem na tytuł był wers z „Campo di Fiori” Czesława Miłosza: „Tu, na tym właśnie placu”. Chodziło o podkreślenie historyczności i autentyzmu miejsca, w którym znajduje się wystawa i Muzeum „Polin” w ogóle – na terenie dawnego budynku przy ul. Zamenhofa 19, na którego podwórzu w czasie powstania w getcie Niemcy rozstrzeliwali i palili wyciągniętych z bunkrów Żydów. Uświadomienie sobie prawdziwości i znaczenia tego miejsca budzi w nas uczucia grozy, trwogi, przerażenia.

    Ostateczny wybór, zdaniem pani profesor, to odwołanie do wspólnych doświadczeń żydowskich cywilów, ukrywających się w schronach i piwnicach w czasie walk powstańczych w getcie. Wszyscy oni byli świadkami podpalania kolejnych domów, dusili się w dymie z braku powietrza. Niektórzy wydostali się z płonących bunkrów, inni pozostali w nich na zawsze. Ich uczucia obecne są na wystawie, szczególnie w przestrzeni schronów, gdzie jest mowa właśnie o pożarach, ale także o innych zagrożeniach, zdradach, strachu, panice, lęku przed śmiercią, samotności, a także o odpowiedzialności za innych, braterstwie i miłości.

    Czytaj więcej: Jesteśmy kustoszami tej pamięci. 80. rocznica powstania w getcie warszawskim

    Dwanaście świadectw

    Bohaterami wystawy jest pięć kobiet i siedmiu mężczyzn. Podczas powstania ukrywali się w bunkrach w różnych miejscach na terenie getta centralnego, szopów Többensa i Schulza oraz szopu szczotkarzy.

    – Nie znali się, choć trudno powiedzieć, czy nie zetknęli się ze sobą w jakimś momencie swojej drogi przez piekło powstania – mówi Zuzanna Schnepf-Kołacz, kuratorka wystawy. – Czasem przebywali blisko siebie, na sąsiedniej ulicy, w domu obok. Byli młodzi. Poza 11-letnią Krystyną Budnicką prawie wszyscy byli 20-latkami. Najstarszy Symcha Binem Motyl miał 34 lata. Pięć z tych osób nie przeżyło wojny, nie wiemy, jak zginęły. Przeżycia bohaterów i bohaterek wystawy były różne, ale uczucia i myśli w wielu punktach przecinały się i nakładały na siebie, tworząc jedną opowieść o rozpaczy, bezradności, samotności, opuszczeniu przez świat oraz świadomości, że koniec jest bliski. Świadectwa, których fragmenty czytamy i słyszymy na wystawie, powstały w czasie powstania, podczas ukrywania się po stronie „aryjskiej” lub we wczesnych latach powojennych. Tylko dwie relacje pochodzą z późniejszych lat.

    Większość śladów po powstaniu została zniszczona przez oprawców.

    – Głównym materiałem do opowiedzenia o przeżyciach cywilów są słowa, które pozostawili po sobie – kontynuuje pani kurator. – Autorzy i autorki tych zapisów stali się przewodnikami, ich głosy prowadzą nas przez wystawę, a zarazem przez ich przeżycia. W doborze tekstów źródłowych i – co za tym idzie – historii oraz postaci bohaterów i bohaterek wystawy, zależało nam na tym, aby perspektywa świadectw była jak najbliższa czasowi powstania, w jak najmniejszym stopniu dotknięta późniejszymi narracjami i przetworzona przez pamięć. Historie obrazujące losy cywilów w powstaniu przez długi czas nie były powszechnie znane i przedstawiane. Literatura przedmiotu, polska, izraelska i amerykańska, dotyczyła głównie kwestii militarnych i politycznych. A przecież relacje Żydów i Żydówek, którzy nie należeli do zorganizowanego podziemia w getcie, powstały w dużej mierze z myślą o daniu świadectwa ich przeżyciom, przekazaniu prawdy o Zagładzie.

    Wsłuchanie się zwiedzających w głosy dwunastu bohaterów i bohaterek oraz przekazanie ich doświadczenia było jednym z najważniejszych założeń prac nad wystawą.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    – Chodziło o pokazanie nie tylko warunków życia Żydów w powstaniu, ale przede wszystkim ich emocji, myśli, nadziei i dylematów – mówi Zuzanna Schnepf-Kołacz. – Takie ujęcie pozwala na zbliżenie się – w stopniu, w jakim jest to możliwe z pozycji współczesnego odbiorcy – do ich przeżyć oraz nadanie im uniwersalnego wymiaru. Słowa mają na wystawie szczególną moc i funkcję. Nie tylko przekazują doświadczenia i emocje ich autorów, ale stanowią także wyjątkowe świadectwo, często jedyny ślad, który pozostał po tych ludziach.

    Czytaj więcej: Litewscy Żydzi odpowiadają Putinowi

    Okiem aparatu

    Warszawska wystawa ilustrowana jest starannie dobranymi zdjęciami.

    – Najbardziej znany zapis fotograficzny jest autorstwa Niemców, pochodzi z raportu SS-Gruppenführera Jürgena Stroopa, kierującego pacyfikacją powstania w getcie, przygotowanego dla Reichsführera SS Heinricha Himmlera – tłumaczy kuratorka. – Dołączone do raportu 53 fotografie zostały zrobione na polecenie przełożonego Stroopa, Wilhelma Krügera, szefa SS oraz policji w Generalnym Gubernatorstwie. Raport Stroopa miał służyć uzasadnieniu racjonalności dokonania ostatecznej zagłady warszawskich Żydów i likwidacji getta. Bohaterami byli w nim Stroop i podlegli mu funkcjonariusze, a nie ofiary ich zbrodni. Pokazywanie tych obrazów na wystawie byłoby sprzeczne z jednym z jej głównych założeń, by podążać za głosem ofiar i przyjąć pespektywę Żydów. Stąd decyzja o użyciu tylko tych zdjęć z raportu Stroopa, które przedstawiają samych Niemców oraz jednej fotografii widocznych w oddali Żydów prowadzonych na Umschlagplatz. Ich niknące w dymie sylwetki symbolicznie oddają los cywilów w powstaniu.

    Poza raportem Stroopa jedyne znane fotografie wykonane w czasie powstania wewnątrz getta zostały zrobione po kryjomu przez Zbigniewa Leszka Grzywaczewskiego, który w czasie wojny służył w Warszawskiej Straży Ogniowej. Niemcy skierowali strażaków do płonącego getta. Mieli pilnować, żeby pożar nie przenosił się na domy po stronie „aryjskiej”. Autor zdjęć spędził w getcie blisko cztery tygodnie, najprawdopodobniej między 21 kwietnia a 15 maja 1943 r.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    – Odnalezienie negatywów wśród rodzinnych pamiątek przez Macieja Grzywaczewskiego, syna Zbigniewa, pozwoliło na potwierdzenie autorstwa zdjęć – mówi Zuzanna Schnepf-Kołacz. – Na wystawie pokazujemy negatywy jako oryginalny materiał, z którego później robiono odbitki i ich kopie. Na kliszy widać nieznaną dotychczas sekwencję poszczególnych kadrów. Wynika z niej, że autor wchodził do getta z aparatem więcej niż jeden raz. To seria w większości nieostrych i nierówno skadrowanych zdjęć. Na niektórych obraz jest częściowo przysłonięty elementami najbliższego otoczenia: ramą okna, ścianą budynku lub stojącymi postaciami ludzi. Fotografie, choć tak niedoskonałe, są bezcenne. Nie są autorstwa Niemców, powstały w celu udokumentowania wydarzeń niedostępnych dla wzroku ludzi poza murem.

    Na wystawie oglądać można także fotografie zrobione po stronie „aryjskiej”, pokazujące płonące getto zza muru. Zdjęcia wykonane przez Rudolfa Dameca, najpewniej w pierwszych dniach powstania, są wśród nich wyjątkowe.

    – To był człowiek, który szedł wzdłuż wschodniej granicy getta i robił zdjęcia. Wiemy, że był człowiekiem głęboko empatycznym, przechowywał u siebie w mieszkaniu Żydówkę, a jednocześnie głęboko poruszony tym, co widzi, miał potrzebę dokumentowania – komentuje Joanna Fikus, kierowniczka działu wystaw w Muzeum „Polin”. W 1943 r. Damec miał 34 lata. Był inżynierem z Gdyni, ale los spowodował, że od 1940 r. mieszkał z rodziną w Warszawie, a podczas powstania w getcie – przy ulicy Grzybowskiej, czyli tuż przy granicy getta.

    – Zdjęć ukazujących palące się podczas powstania getto i świadków mu się przyglądających jest mało. W kolekcji Muzeum „Polin” znajdują się dwa kolorowe slajdy autorstwa Zbigniewa Borowczyka, od lat prezentowane w galerii „Zagłada” wystawy stałej muzeum – mówi Marta Dziewulska. – Zdjęcia te uzmysławiają, jak bardzo powstanie było obecne na ulicach „aryjskiej” Warszawy w postaci dymu, popiołu i łuny ognia, których nie można było nie zauważyć.

    Wystawę „Wokół nas morze ognia. Losy żydowskich cywilów podczas powstania w getcie warszawskim” można oglądać w Muzeum „Polin” w Warszawie do 8 stycznia 2024 r.

    Czytaj więcej: „Getto” to najważniejszy spektakl w moim życiu


    Wspomnienie ocalonej

    | Fot. Anna Liminowicz , muzeum POLIN

    Krystyna Budnicka jedna z ostatnich, którzy przeżyli powstanie w getcie warszawskim. Jej świadectwo posłużyło m.in. za część scenariusza wystawy w Muzeum „Polin”.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Wychowywałam się w niezbyt zamożnej, ale szczęśliwej rodzinie, z siedmiorgiem starszego rodzeństwa. Gdy w 1939 r. wybuchła wojna, ukończyłam siedem lat i miałam pójść do szkoły. Oczywiście nie poszłam. Moja edukacja to było czytanie książek, których w domu nie brakowało. Zresztą mój najstarszy brat Izaak prowadził znaną w Warszawie czytelnię „Parnas”. Rok później znaleźliśmy się w getcie. Mieliśmy dużo szczęścia, bo nasze mieszkanie przy Muranowskiej było w jego obrębie, więc nie musieliśmy się przeprowadzać. Zostaliśmy w nim do 1942 r., bo wtedy, po masowych wywózkach do Treblinki, Niemcy zmniejszyli obszar dzielnicy żydowskiej i musieliśmy znaleźć nowe mieszkanie. Nie było z tym problemu, bo było bardzo wiele opuszczonych, wyposażonych lokali. Zamieszkaliśmy na Miłej. Żeby móc uciec na stronę aryjską, trzeba było spełniać trzy warunki: mieć odpowiedni wygląd, najlepiej blond włosy i niebieskie oczy, odpowiednie zasoby finansowe i przyjaciół po tamtej stronie. My ich nie spełnialiśmy. Ponieważ było coraz gorzej i niebezpieczniej, pod piwnicą nowego domu mój brat Rafał, technicznie wykształcony, zaprojektował bunkier, rodzaj ziemianki, ale z prądem i wodą. Zeszliśmy do niego w styczniu 1943 r. Ukrywało się w nim wiele osób, nie tylko z mojej rodziny. Właściwie nic tam nie robiłam, leżałam, spałam, niewiele się jadło, były racje żywnościowe. Gdy w getcie wybuchło powstanie, czułam, że coś się dzieje, bracia częściej wychodzili, przynosili wiadomości. Mieliśmy w bunkrze też radio, słuchaliśmy wiadomości z Londynu i mieliśmy nadzieję, że dotrwamy do czasu, jak przyjdą zbliżający się Rosjanie. Gdy Niemcy palili getto, w bunkrze było gorąco, czułam się jak w piecu chlebowym. Przetrwaliśmy w ukryciu do września, tracąc stopniowo członków rodziny mordowanych przez Niemców. Po wykryciu bunkra musieliśmy uciekać z niego kanałami. Bunkier był z nimi połączony. Rodzice nie znaleźli już na to sił, powiedzieli, że nie idą. Chciałam zostać z matką jak starsza siostra, ale mama kazała mi iść. Jakiś imperatyw przetrwania sprawił, że wydała mi to polecenie. Wyprowadził mnie brat Jehuda, który potem też zmarł, bo chyba zachłysnął się skażoną wodą w kanale. Ukrywałam się. Po upadku Powstania Warszawskiego znalazłam się w sierocińcu prowadzonym przez siostry szarytki. Przeżyłam wojnę jako jedyna z całej rodziny, zginęli wszyscy, zostałam zupełnie sama. Po wojnie pracowałam w Gimnazjum Sióstr Nazaretanek, studiowałam pedagogikę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i w Instytucie Pedagogiki Specjalnej. Jestem działaczką Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu. 8 maja skończę 91 lat.


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 16(46) 22-28/04/2023

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    Spacerem po krakowskim Festiwalu Miłosza

    Bardzo się cieszę, że „Kurier Wileński” o nas nie zapomina – wita nas z uśmiechem Anna Szczygieł, PR manager Festiwalu. Spotykamy się w upalny niedzielny poranek, ostatni czerwcowy, na krakowskim Rynku Głównym pod numerem 20, przed zamkniętą jeszcze bramą...

    Przypadek? Nie sądzę!

    Grali jak nigdy, przegrali jak zawsze. Niechlubnej tradycji stało się zadość i polscy piłkarze swój udział na dużym turnieju znów ograniczyli do trzech meczy grupowych. Mówi się powszechnie, że w obecnej formule mistrzostw Europy jest prawie niemożliwe, by szanse...

    Piłkarskie Euro w czasach kryzysu

    Kiedy 18 lat temu Niemcy były organizatorem piłkarskich mistrzostw świata, było to widoczne dosłownie na każdym kroku. Miasta gospodarze tonęły w okolicznościowych dekoracjach, flagi powiewały z okien licznych mieszkań, ulicami jeździły przyozdobione samochody. Mundial toczył się pod hasłem: „Świat...

    Kulturalne lato w Polsce kusi atrakcjami!

    21 czerwca zabrzmiał w polskich szkołach ostatni dzwonek i rozpoczęły się wakacje. Jak co roku pełne wydarzeń ze wszystkich obszarów kultury: muzycznych, literackich, teatralnych i filmowych.  Redakcja magazynu „Kuriera Wileńskiego” tradycyjnie przygotowała kalendarz tych, które naszym zdaniem zapowiadają się najatrakcyjniej....