Mija 40 lat od wbicia gwoździa do trumny ZSRS. Polacy na Litwie wspominają strach i szepty

Przed 40 laty doszło do największej katastrofy w dziejach energetyki jądrowej. Rozmawiamy z Polakami na Litwie, którzy pamiętają tamte dni. Tamte wydarzenia wywierają wpływ nawet na dzisiejszą politykę energetyczną naszego kraju.

Czytaj również...

Katastrofa w Czarnobylu była jednym z najważniejszych wydarzeń XX w. Choć doszło do niej na terenie dzisiejszej Ukrainy, jej skutki były odczuwalne na całym świecie, w tym na Litwie.

Boleśnie ucierpiała także Białoruś, co podkreśla noblistka Swietłana Aleksijewicz w swojej „Czarnobylskiej modlitwie”. Jej rozmówczyni, Natalia Rosłowa z mohylewskiego komitetu kobiet „Dzieci Czarnobyla”, mówi: „O nas, Białorusinach, świat dowiedział się po Czarnobylu. To było nasze okno na Europę. Jesteśmy równocześnie i jego ofiarami, i jego kapłanami. Strach to powiedzieć… Niedawno to zrozumiałam…”.

Tragedia ta ze względu na sposób, w jaki była ukrywana przez władze Związku Sowieckiego, okazała się jednym z gwoździ do trumny czerwonego imperium. Niektórzy badacze do dziś sugerują, że była to wręcz główna przyczyna pierwszych pęknięć w zabetonowanym systemie ZSRS.

Katastrofa wydarzyła się krótko po ogłoszeniu tzw. pieriestrojki i głasnosti, czyli przebudowy i polityki jawności. Na jawność jednak trzeba było zaczekać – i ZSRS zdecydował się na nią dopiero przyparty przez arenę międzynarodową.

Wiele osób pamięta ten czas jako moment niepewności i strachu. Brakowało informacji, a ludzie próbowali zrozumieć, co się wydarzyło. Zapytaliśmy Polaków na Litwie, którzy w tamtym czasie dorastali czy już studiowali, jak wspominają te dni. Jeden temat wraca u wszystkich naszych rozmówców – milczenie.

„Mówiono, że będziesz chory”

Strach docierał nie tylko do tych, którym groziła mobilizacja, ale także do zwykłych uczniów. – Dowiedziałam się w szkole [o Czarnobylu – przyp. red.]. Mówiono, że ludzie uciekają. Bali się, aby dym nie doszedł do nas. Wszyscy się bali. Powiedziano o katastrofie dopiero kilka dni po fakcie. Proszono ludzi, żeby pojechali pomóc przywieźć ludzi z Ukrainy. Mówiono, że będziesz chory [po powrocie – przyp. red.]. Ludzie bali się, że jak wyjadą to, nie wrócą do domu. Niektórym obiecano kwartery [ros. mieszkania; w ZSRS mieszkania przydzielało państwo w ramach systemu kolejek – przyp. red.] za wyjazd, ale nie wiadomo, czy nie była to plotka – mówi mieszkanka Wilna Irena, która w tamtym czasie była uczennicą jednej z polskich szkół na Wileńszczyźnie.

W rozmowie z innym świadkiem tamtych czasów, Jerzym, dowiadujemy się, że wśród powoływanych do wojska panował strach, że będą wysłani właśnie do Czarnobyla. – Na szczęście nie musiałem – przyznaje z radością Jerzy w rozmowie z nami.

Z kolei Karol (prawdziwe imię znane redakcji) wskazuje, że gazety nie podawały żadnych informacji o katastrofie. – Dowiedziałem się na uniwersytecie, powiedzieli nam o tym wykładowcy. W gazetach nie było podanej żadnej informacji, tylko że był wybuch i potrzeba ludzi, aby zbierać śmieci i udzielać pomocy. Tym, kto był w kolejce po mieszkania, dawano je bez kolejki, jeśli wyjadą pomóc – wyjaśnia w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” Karol, ówczesny student na jednej z kowieńskich uczelni.

Czarnobylska katastrofa.
Czarnobylska katastrofa była jednym z gwoździ do trumny czerwonego „więzienia narodów” | Fot. domena publiczna, autor nieznany

„Liczyli na mieszkania, to się nie wydarzyło”

Kolejna nasza rozmówczyni opisywała strach przed działaniem radiacji na jej ciążę, gdyż widzieli objawy u tych, którzy z Czarnobyla wracali. – Gdy wydarzyła się katastrofa, nie od razu o wszystkim powiedziano, informowano z opóźnieniem. W tym czasie byłam w ciąży i bardzo bałam się, aby radiacja nie miała wpływu na moje dziecko. Dużo ludzi wyjeżdżało na prace do Czarnobyla. Wracali zarażeni, złaziła im skóra. Oczekiwali, że otrzymają mieszkania – niestety, to się nie wydarzyło. Staraliśmy się dzieci nie wypuszczać na podwórko, żeby nie zachorowały – opowiada nam Leonarda, mieszkanka Nowej Wilejki.

Hanna, która wtedy była uczennicą, wspomina, że była piękna pogoda. To właśnie ona zachęcała do wychodzenia na zewnątrz. – Byłam wtedy w szóstej klasie. Nie pamiętam dokładnie samego wybuchu, który był w kwietniu, ale pamiętam, że jesienią tego samego roku chodziliśmy z ojcem na grzyby. Było ich naprawdę dużo i takie były ładne – zwłaszcza borowiki! Razem z tatą zebraliśmy dwa pełne kosze. Pogoda była wtedy dobra i wszystko było spokojne – opowiada nam Hanna, która dziś pracuje jako pielęgniarka.

Podobnie kruchą idyllę tamtych lat wspomina inny rozmówca, rolnik Józef (imię zmienione). – Poszedłem z synem sprawdzić nasz las, ponieważ żona zauważyła, że niektóre drzewa są w połowie suche, jakby spalone. Na miejscu zobaczyliśmy, że od południowej strony liście były przypalone, natomiast po drugiej stronie drzewa pozostawały zielone. I wtedy ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, wymieniać się informacją o tym, co wydarzyło się – relacjonuje rolnik.

„Dotychczas nie opowiadał, co działo się w Czarnobylu”

Tymczasem księgowa Maria (imię zmienione) zauważa, że panował względny spokój. – Mimo wszystko nie było paniki, każdy zajmował się swoją pracą. W kołchozie [w państwowym gospodarstwie – przyp. red.] pracowano tak jak wcześniej. Zwykli ludzie spokojnie zajmowali się swoimi obowiązkami. Kto miał gospodarstwo, ten nadal je prowadził i dbał o zwierzęta oraz pola. Wszyscy starali się pomagać sobie nawzajem i pilnować porządku – opowiedziała nasza rozmówczyni.

Jednak w rozmowach powraca wątek dużego niepokoju wynikającego z braku informacji. – Miałam znajomego, który tam wyjechał. Nikt nie powiedział mu, po co, dokąd ani dlaczego. Było wiadomo jedno, że trzeba jechać. Wrócił zupełnie inny, jakby nie był tą samą osobą. Dotychczas nigdy nie opowiadał, co tam się dokładnie się wydarzyło i jak to wszystko wyglądało – opowiada Faustyna (imię zmienione), nauczycielka.

Tak samo na brak informacji wskazuje pan Krzysztof, mieszkaniec okolic Wilna. – Przez trzy dni nikomu nic nie mówiono, choć działały trzy kanały [telewizyjne – przyp. red.] i wszystko było ukrywane. Dopiero po trzech dniach poinformowano o tej katastrofie. Pamiętam też, że próbowano mobilizować mężczyzn. Bardzo dobrze zapamiętałem ten czas, bo był dobry sezon na grzyby, wiele osób wyjeżdżało w stronę Białorusi, my również – bo właśnie tam zbieraliśmy grzyby. Widziałem, że niektórzy mieli nimi wypełnione całe bagażniki. Gdy minęło więcej czasu, nikt nie mówił, że źle się czuje – wszyscy byli zdrowi. Była też bardzo ładna pogoda – wspomina Krzysztof.

Jak doszło do katastrofy czarnobylskiej?

Do wybuchu 26 kwietnia 1986 r. doszło podczas testu bezpieczeństwa, który miał sprawdzić, czy reaktor może działać w sytuacji awaryjnej. Testy były opóźniane ze względu na specyfikę funkcjonowania Związku Sowieckiego – powierzchownie traktowanych procedur i częstej rozbieżności stanu „na papierze” a w rzeczywistości. Sama procedura testu rozpoczęła się 25 kwietnia, ale przez liczne problemy po drodze przeciągnęła się na kolejną zmianę pracowników, którzy nie byli o niej odpowiednio poinformowani.

W trakcie eksperymentu również popełniono poważne błędy, a sam reaktor typu RBMK miał wady konstrukcyjne. O niektórych wadach nie wiedzieli nawet pracownicy elektrowni, mimo że były one wcześniej zgłaszane, chociażby po wypadku w leningradzkiej elektrowni dziesięć lat wcześniej.

Jednak polityka propagandy sukcesu i wszechogarniająca korupcja sprawiły, że apele naukowców zignorowano. Reaktor wciąż miał te same wady konstrukcyjne.

Próba ratowania nie pomogła

Problem zaognił się, gdy pracownicy elektrowni, utraciwszy kontrolę nad reaktorem, postanowili go wyłączyć awaryjnie przyciskiem AZ-5. W ramach tej procedury są do reaktora wkładane grafitowe pręty, które spowalniają reakcję, aż do całkowitego wygaszenia reaktora. Przez wady konstrukcyjne procedura ta zamiast wygaszenia reaktora jeszcze bardziej pogorszyła stabilność reaktora. Przegrzane pręty bezpieczeństwa nie działały tak, jak powinny. Osłabiło się chłodzenie, skokowo zwiększyła się ilość pary, która dodatkowo zwiększyła reaktywność reaktora. Reaktor faktycznie stał się bombą.

Z naciśnięciem przycisku AZ-5 klamka zapadła i nic już nie mogło zatrzymać katastrofy. Doszło do utraty kontroli nad reaktorem, wybuchu i skażenia środowiska. Zapalił się grafit, a radioaktywne substancje zostały rozrzucone po okolicach i wystrzelone w powietrze.

Samo zasypywanie żarzącego się reaktora trwało 10 dni. To jednak był tylko początek problemów. Zasypany reaktor nie znaczy – ugaszony. W „sercu” elektrowni katastrofa się pogłębiała.

Decyzje podejmowano pod presją i za późno

Ewakuacja mieszkańców Prypeci, miasta przy elektrowni, rozpoczęła się kilka dni po wybuchu. Ludzi wywożono autobusami, pozwalając im zabrać jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Nie rozdawano tabletek jodu, aby uchronić przed wchłanianiem radioaktywnych cząstek. Obiecano im, że wkrótce wrócą do swoich domów.

Łącznie z zamieszkanych terenów ewakuowano ok. 115 tys. osób, choć niektóre szacunki mówią o jeszcze większych liczbach. W tym czasie wiatr roznosił substancje promieniotwórcze nad Ukrainę, Białoruś, zachodnią część Rosji oraz inne regiony Europy.

Z kolei 28 kwietnia w Szwecji, czyli dwa dni po katastrofie, w elektrowni jądrowej Forsmark aktywował się alarm ze względu na podwyższone promieniowanie. Wyłapane izotopy promieniotwórcze były takie, jakby zapalił się rdzeń reaktora. Tymczasem szwedzka elektrownia działała bez zarzutu, co wywołało podejrzenia, że izotopy nie pochodzą z tej elektrowni.

Wiatry, modele pogodowe, sygnatury chemiczne – wszystko wskazywało na południowy wschód, na Związek Sowiecki. Analiza laboratoryjna potwierdziła to ponad wszelką wątpliwość: izotopy pochodziły z reaktora, ale nie ze Szwecji ani z Finlandii.

Na konferencji prasowej Birgitta Dahl, szwedzka minister środowiska, skrytykowała Związek Sowiecki za milczenie.

Związek Sowiecki kłamał

ZSRS po reakcji Szwecji został zmuszony do odpowiedzi, opublikował krótki komunikat dopiero 28 kwietnia 1986 r. wieczorem. Michaił Gorbaczow, sekretarz generalny partii komunistycznej ZSRS, usprawiedliwił długie milczenie tym, że władze sowieckie same początkowo nie wiedziały, z czym naprawdę mają w Czarnobylu do czynienia, a informacja była podana od razu po wyjaśnieniu. Późniejsze śledztwa pokazały, że twierdzenia Gorbaczowa nie były szczere.

Kilka miesięcy po katastrofie, po wielu mniej lub bardziej racjonalnych działaniach, które pochłonęły kolejne ofiary, rozpoczęto prace budowlane ogromnej betonowej osłony, tzw. sarkofagu. Miał on ograniczyć emisję promieniowania z uszkodzonego reaktora.

Konstrukcję wzniesiono w bardzo trudnych warunkach, ponieważ wysokie promieniowanie uniemożliwiało długą pracę ludzi. Pracownicy przebywali 10–40 minut na zmianie.

W 2025 r. Rosja uderzyła dronem w sarkofag

W 2016 r. stary sarkofag zastąpiono nową, większą stalową konstrukcją, która została sfinansowana przez społeczność międzynarodową i już niepodległą Ukrainę. Nowa osłona ma zapewnić lepsze zabezpieczenie reaktora na kolejne dekady.

Pod koniec 2025 r. sarkofag został trafiony przez rosyjskiego drona wysłanego przeciwko Ukrainie, w związku z czym jego funkcja jest spełniana dziś tylko częściowo. Nowsze doniesienia medialne świadczą, że kopule grozi całkowite zawalenie, jeśli nie zostaną rozpoczęte naprawy. Te z kolei są utrudnione przez rosyjski ostrzał.

czarnobyl-2026-04-25-2
Urokliwe wileńskie Fabianiszki zasłynęły użyczeniem swoich okolic producentom serialu „Czarnobyl” – architektura jest podobna do tej w przyczarnobylskiej Prypeci | Fot. Diana Wołkanowska

Jak Litwa stała się sceną „Czarnobyla”?

Co ciekawe, słynny serial produkcji HBO „Czarnobyl” z 2019 r. kręcony był w większości na Litwie. Jednym z głównych zadań twórców było odtworzenie sowieckiej atmosfery. „Litwa stała się częścią Europy i przebyła długą drogę, a teraz musieliśmy wrócić do przeszłości i odkryć ją na nowo” – mówił wtedy Craig Mazin, scenarzysta serialu.

Zniszczone „reaktory” zbudowano w studiu filmowym w Wilnie, ale większa część akcji rozgrywa się w mieście – 60 z 88 dni zostało nakręconych w Wilnie, aby ukazać najbardziej autentyczne życie ludzi. Szczególnie upodobana przez filmowców była dzielnica Fabianiszki, która architektonicznie oddaje ducha tamtych czasów.

Do tego wykorzystano wnętrza Muzeum Okupacji i Walk o Wolność jako serialowe więzienie KGB. Pałac Kultury i Sportu to były serialowy hotel i restauracja w Prypeci. Pałac Tyszkiewiczów przy ul. Trockiej stał się miejscem procesu sądowego. Naturalnie do nagrywania scen okołoelektrownianych użyto Ignaliny, gdzie mieści się litewska, już wygaszona elektrownia jądrowa.

Życie w Czarnobylu po katastrofie

Katastrofa w Czarnobylu przekształciła okoliczne tereny w jeden z najbardziej skażonych obszarów na Ziemi. Wysoki poziom promieniowania w wielu miejscach utrzymuje się do dziś. Jednak w ostatnich latach badacze odkryli, że niektóre zwierzęta żyjące w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia różnią się fizycznie i genetycznie od swoich odpowiedników występujących w innych częściach kraju.

Przyroda odradza się tam w niezwykłym tempie, a okolice Czarnobyla coraz bardziej przypominają naturalny rezerwat pełen rzadkich gatunków roślin i zwierząt. Wśród dzikiej przyrody, która odzyskała te tereny, żyją także nieliczni mieszkańcy, tzw. samosioły. To osoby, które nie znalazły dla siebie innego miejsca i samowolnie powróciły na skażony obszar.

Co ludzie zamieszkują gospodarstwa, w których żyli przed awarią, a jeśli te uległy zniszczeniu, zajęli domy po sąsiedzku. Powroty mieszkańców do strefy wokół Czarnobyla były różnorodne. Niektórzy wracali już w pierwszych latach po awarii, inni trochę później.

W niemal opuszczonych wioskach nie ma bieżącej wody, często brak energii elektrycznej, a większość mieszkańców zmaga się nie tylko z samotnością, lecz także z podeszłym wiekiem.

Mimo mieszkających w strefie tzw. samosiołów region ten przez lata odwiedzali także turyści. Wycieczki do Czarnobyla były przez dłuższy czas bardzo popularne i organizowane przez licencjonowane firmy. Odbywały się zawsze z przewodnikiem, najczęściej jako wyjazdy jednodniowe.

Poruszanie się było dozwolone tylko po wyznaczonych trasach, obowiązywał zakaz dotykania przedmiotów oraz kontrola poziomu promieniowania. Wycieczki umożliwiały doświadczyć skutków katastrofy i zobaczyć opuszczone miasta, przypominając o konsekwencjach awarii. Po wybuchu wojny na Ukrainie w 2022 r. turystyka w tym regionie została wstrzymana.

czarnobyl-2026-04-25-3
Zamykanie elektrowni atomowej w Ignalinie było równie kosztowne, co jej otwieranie, gdyż wymaga odpowiedniego zabezpieczenia | Fot. Emilija Jaksibogaitė, ELTA

Likwidacja ignalińskiej elektrowni, swąd Czarnobyla

Warto przypomnieć historię elektrowni z tego samego typu reaktorem co w Czarnobylu – mianowicie elektrownię jądrową na Litwie, w Ignalinie. Od pełnego wygaszenia elektrowni w Ignalinie wkrótce minie 17 lat. Działała w latach 1983–2009. Budowa pierwszego reaktora została rozpoczęta jeszcze w 1977 r.

Ignaliński reaktor był podobny do czarnobylskiego – typu RBMK. To bardzo ekonomiczny reaktor, który nie wymaga wysoce wzbogaconego uranu, a w dodatku może służyć do produkcji plutonu dla celów wojskowych.

Po katastrofie uważano je za niebezpieczne. Elektrownia nawet była nazywana „bliźniaczą siostrą elektrowni jądrowej z Czarnobyla”. Planowano, że siłownia będzie dostarczać energię elektryczną nie tylko dla terenów Litwy, lecz także Łotwy, Białorusi i dzisiejszego obwodu królewieckiego.

Z Ignaliną Litwa straciła większość energii

Likwidacja elektrowni jądrowej w Ignalinie była przedstawiana jako jeden z warunków przystąpienia Litwy do Unii Europejskiej. Pierwotnie chodziło raczej o dostosowanie do norm bezpieczeństwa niż o całkowitą likwidację. Dostosowanie elektrowni do norm bezpieczeństwa UE byłoby jednak bardzo kosztowne, dlatego uznano, że bardziej opłacalne będzie jej zamknięcie. Do takiej atmosfery przyczyniły się m.in. doświadczenia z Czarnobyla.

Litwa straciła główny obiekt dostarczający energię, gdyż elektrownia w Ignalinie pokrywała większość krajowego zapotrzebowania. Dziś ten obrazek wygląda inaczej, jest równoważony m.in. przez odnawialne źródła energii (OZE) – jak panele słoneczne, wiatraki i temu podobne.

Litwa powraca do debaty nad atomem – już bezpieczniejszym i stabilniejszym niż rozwiązania proponowane przez Rosję.


Artykuł powstał w ramach praktyk w redakcji „Kuriera Wileńskiego” (dziennikarz prowadzący praktyki: Apolinary Klonowski). Informacje zebrano na podstawie: mat. pras., inf. wł., arch. pryw.

Diana Wołkanowska
Joanna Pietkiewicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 16 (45) 25/04-01/05/2026

Afisze

Więcej od autora

Fotoreportaż z 55-lecia Wileńskiej Szkoły w Leszczyniakach [GALERIA]

Więcej na temat obchodów święta szkoły — w najbliższym wydaniu dziennika „Kurier Wileński”.Chwile uwiecznił fotoreporter „Kuriera Wileńskiego” Marian Paluszkiewicz.https://kurierwilenski.lt/2026/03/04/szkola-ktora-inspiruje-dlaczego-rodzice-wybieraja-wilenska-szkole-lazdynai/

2. edycja programu stypendialnego „Poland. Bussines Adventure”

Program skierowany jest do przedstawicieli polskiej diaspory na całym świecie w wieku 21-35 lat, posiadających polskie obywatelstwo lub Kartę Polaka. Zakłada on odbycie 3 - miesięcznego stażu (w okresie...