Leszek Wątróbski: Keti, kiedy zaczyna się Twoja opowieść o muzyce?
Keti Popkhadze: Zawsze zaczyna się od dzieci. Od dziewczyn, które śpiewają, i od chłopaków, którzy próbują znaleźć własny dźwięk. Moja grupa istnieje już dwanaście lat. To długi czas. Moje dziewczyny są ze mną niemal od początku — dorastały razem z muzyką, razem z instrumentami, razem z tą wioską.
Jakiej muzyki ich uczysz?
Naszej. Tradycyjnej. Śpiewamy pieśni z Dżodzionie i okolic. To pieśni o naturze, o miłości, o codziennym życiu. Muzyka dżodziońska jest bardzo głęboka — nie tylko do słuchania, ale do przeżywania. Czasem łączy się z tańcem, czasem z ciszą. Muzyka w Gruzji nie jest domeną estrady, lecz przestrzenią spotkania. Śpiewa się wspólnie — bez podziału na wykonawców i słuchaczy. Tradycja polifonii, oparta na współbrzmieniu niezależnych głosów, jest metaforą społeczeństwa: każdy głos jest inny, ale dopiero razem tworzą harmonię. Muzyka gruzińska to zjawisko żywe, wielowymiarowe i głęboko zakorzenione w historii oraz codzienności. Jej tematy — miłość, natura, wiara, wspólnota i pamięć — pozostają niezmienne od wieków, podobnie jak brzmienie panduri czy wielogłosowy śpiew. To właśnie ta ciągłość sprawia, że gruzińska tradycja muzyczna wciąż porusza i fascynuje słuchaczy na całym świecie.
Ważną rolę odgrywają też instrumenty…
Tak, instrumenty są sercem tej muzyki. Gramy na panduri — to tradycyjny instrument strunowy — oraz na bas-panduri. One prowadzą melodię, ale też opowiadają historię. Każdy instrument ma swój głos, swoje miejsce. Bez nich ta muzyka nie byłaby sobą.
Prowadzisz szkołę muzyczną w niewielkiej miejscowości. Jak wygląda taka praca na co dzień?
Pracuję tu od sześciu lat. Uczę sama, jestem dyrektorką, nauczycielką, czasem organizatorką wszystkiego naraz. Kurs trwa zwykle pięć-sześć lat, ale to zależy od dziecka, od roku, od jego drogi. Po studiach — studiowałam gitarę i dźwięk — wróciłam tutaj, bo wiedziałam, że to właśnie tu muzyka jest najbardziej potrzebna.

To brzmi jak praca bez wolnych dni.
Bo tak jest. Pracuję codziennie. Nawet w niedzielę. Czasem żartuję, że mój tydzień ma osiem dni. W dzień uczę, wieczorami przygotowuję zajęcia, nocami pracuję nad muzyką. Ale nie narzekam. Dzieci dają mi energię. Ich radość jest największą zapłatą.
W twojej opowieści pojawia się także wątek muzyki chrześcijańskiej.
Tak, śpiewałam kiedyś pieśni chrześcijańskie. W naszej wiosce wiara i muzyka zawsze były blisko siebie. Dziś mam na to mniej czasu — pracuję dziewięć, dziesięć godzin dziennie — ale ta muzyka nadal jest we mnie. Nie znika. Ona po prostu czeka.
A przyszłość? Jak ją widzisz?
Uczę się codziennie. Muzyka uczy mnie pokory. Przyszłość to kontynuacja: dzieci, instrumenty, pieśni, wioska. Chciałabym, żeby ta muzyka nie zginęła, żeby przeszła dalej — z rąk do rąk, z głosu do głosu. Bo muzyka to nie zawód. To sposób bycia.
Gruzińska polifonia to rozmowa bez moderatora…
Pewnego wieczoru, gdy Kaukaz zapada w ciszę, a winorośl przestaje szeptać pod ciężarem dnia, Gruzja zaczyna mówić muzyką. Nie tą sceniczną, wygładzoną na potrzeby estrady, lecz surową, prawdziwą, wydobytą z gardła i pamięci. Muzyka gruzińska nie potrzebuje zaproszenia ani biletu. Ona po prostu jest — jak chleb na stole i wino w glinianym dzbanie. Zaczyna się zwykle niewinnie. Ktoś podnosi głos, jakby chciał sprawdzić, czy powietrze jeszcze pamięta dawny ton. Po chwili dołączają inni. Głosy nie ustawiają się w szeregu, nie dążą do europejskiej harmonii. One się ścierają, nachodzą na siebie, czasem niemal kłócą. I właśnie w tym sporze rodzi się sens. Gruzińska polifonia to rozmowa bez moderatora — każdy mówi swoje, a jednak wszyscy mówią o tym samym.

Dyskretni świadkowie
Pieśni opowiadają sprawy ostateczne, choć śpiewa się je przy stole. O miłości, która częściej boli, niż uszczęśliwia. O bohaterach, których imiona przetrwały tylko dlatego, że ktoś kiedyś je zaśpiewał. O pracy, która nadaje rytm dniom, i o śmierci, która nie jest końcem, lecz przejściem do innej opowieści. Gruzini śpiewają, bo w śpiewie porządkują świat — na ten, który był, i ten, który jeszcze nadejdzie. Instrumenty pojawiają się jak dyskretni świadkowie. Panduri brzmi jasno, domowo, jakby wyjęte wprost z izby, w której zawsze pali się ogień. Jego dźwięk nie dominuje, raczej podtrzymuje opowieść, przypomina, że to głos ludzki jest tu najważniejszy. Niżej pulsuje bas-panduri, solidny jak fundament starego domu. W zachodniej Gruzji miękkie chonguri kołysze melodię, jakby ktoś nucił ją dziecku do snu. A gdy przychodzi czas lamentu, chuniri potrafi przeciąć ciszę tak ostro, że aż trudno oddychać. Jest jeszcze rytm — doli, bęben, który budzi ciało. Bo gruzińskiej muzyki nie da się słuchać tylko uszami. Ona wchodzi w nogi, w ramiona, w kręgosłup. Taniec nie jest dodatkiem, jest odpowiedzią. Ruchem, który mówi: słyszę, rozumiem, jestem częścią.

Muzyka dla jednego człowieka
A czasem wszystko milknie, zostaje tylko salamuri. Pasterski flet, samotny jak droga w górach. Jego dźwięk przypomina wiatr, echo kroków, nawoływanie ptaków. To muzyka czuwania, nie dla tłumu, lecz dla jednego człowieka i jego myśli. Najważniejsze jednak dzieje się przy suprze. Uczta w Gruzji jest jak misterium. Toast wznosi się powoli, niemal nabożnie, a potem pieśń splata głosy nad winem. Nie ma tu publiczności. Każdy musi dołożyć swój głos — nawet jeśli drży, nawet jeśli nie trafia idealnie w ton. Bo w tej muzyce nie chodzi o perfekcję, lecz o obecność. O bycie razem.
Nic dziwnego, że świat uznał ten śpiew za dziedzictwo ludzkości. Bo gruzińska muzyka to nie tylko dźwięki. To pamięć, która nauczyła się oddychać. Modlitwa bez księgi. Historia, która nie została zapisana atramentem, lecz głosem. Gdy pieśń cichnie, nie znika. Zostaje w powietrzu, w górach, w winie. Czeka. Aż ktoś znów otworzy usta i przypomni światu, że są miejsca, gdzie muzyka wciąż jest sposobem życia, a nie tylko sztuką.







