W sobotę 20 czerwca na deskach Litewskiego Narodowego Teatru Opery i Baletu w Wilnie wystąpił Reprezentacyjny Polski Zespół Pieśni i Tańca „Wileńszczyzna”. Był to koncert wieńczący 45 lat działalności formacji, założonej jeszcze przez śp. Gabriela Jana Mincewicza.
Co było do zobaczenia, już widzieliśmy. Postaram się zatem nakreślić to, co mogłem obserwować ze względu na swoją wygodną – jako dla dziennikarza – pozycję.
Wygodna pozycja obserwacyjna
Wszystko, co się działo przed, w trakcie i po koncercie, mogłem widzieć także za kulisami, rozmawiać z autorami tego sukcesu, z tancerzami, chórzystami i solistami. Tę możliwość zawdzięczałem zaproszeniu kierownik zespołu, dr Natalii Sosnowskiej, abym współotwierał koncert 45-lecia jako dziennikarz „Kuriera Wileńskiego” – gdyż zespół i redakcja naturalnie ze sobą współpracują od początków istnienia.
Koncert zaczynał się planowo o godz. 18:30 z naturalnym poślizgiem, dla przybywających w godzinach poszczytowych gości. Sami artyści musieli być oczywiście o wiele wcześniej, faktycznie od rana. Mnie zawołano na godz. 14, ponieważ o godz. 15 zaczynała się próba generalna. Próba dość nietradycyjna, ponieważ zespół wcześniej ogłosił na łamach „Kuriera Wileńskiego” możliwość wejścia na nią tym, dla których biletów nie starczyło – z uprzednim skontaktowaniem się z kierownictwem zespołu. Zatem próba generalna miała swoją quasi-publiczność.
Było parę zaskoczeń. Okazało się, że w polskim zespole są nie tylko Polacy, lecz także Litwini i artyści wielu innych narodowości. Słychać to było po językach, akcentach, a także wiem o tym z rozmów z nimi. Ucieszyło mnie, że kultura i twórczość jest takim skutecznym pomostem. Na rozmowy szersze jednak przyjdzie czas po próbie generalnej, przed samym koncertem, gdyż przed i w trakcie próby rozgardiasz jest zbyt intensywny.

Dziennikarze harowali od popołudnia
Zobaczyłem na miejscu kolegów po fachu z TVP Wilno, którzy też już od godzin popołudniowych byli na miejscu, na długo przed koncertem. I byli niemal do końca, co jest godne uwagi – biorąc pod uwagę, jak intensywnie pracują, co wie każdy, kto ma możliwość obserwować ich „w terenie”.
Na początku byłem w pewnym sensie ciałem obcym. Tym dziwnym łysym panem w garniturze, który chodzi i zadaje pytania – a z niestabilności wolnych chwil (co jakiś czas trzeba było kogoś znaleźć, coś przenieść, gdzieś wybiec) w wielu przypadkach nawet się nie przedstawił. Ten dziwny łysy pan nie pasował do ogólnego obrazka, bo gdy wszyscy wymieniali strój lubelski na wileński, wileński na litewski, litewski na krakowski itd. – to on chadzał korytarzem z aparatem i pytał, jaki jest nastrój. Niemniej temu dziwnemu panu trochę informacji skapnęło.
Wspomniałem stroje wileńskie i nim przejdziemy do opisu samego koncertu, warto się na nich chwilę zatrzymać. Poprosiłem artystów, aby mi te stroje pokazali i o nich opowiedzieli. Faktycznie są to stroje zrekonstruowane i oparte na tradycyjnych ubiorach typowych dla Wileńszczyzny. Słyszymy czasem żarty, że „przyjeżdżają Koroniarze z Polski na Litwę, a ich tutaj witają dzieci w krakowskich strojach, swoich nie mają”. Tak, witają w krakowskich narodowych (stroje narodowe i stroje ludowe to zgoła odmienne kategorie), jednak nieprawdą jest, że wileńskich nie mają. Mają! To chociażby sukmany czarne z czerwonymi kołnierzami, czerwone kamizelki dla dziewczyn, parciane portki.
Trzeba uważać na korale
Jednak strojów tych nie zakłada się niczym narzuty, potrzebuje to czasu. Jak tancerze to robią? – Najważniejsze to nie fiksować się na akuratności (skrupulatności) i czasem trzeba z siebie prawieże ściągnąć, rzucić na krzesło i wleźć w nowy strój jak w masło. To jeśli naprawdę nie ma czasu. Ale trzeba z pośpiechem być ostrożnym, bo mamy delikatne rzeczy, jak korale – jeśli się porwą… – No lepiej nie porwać! – dzieli się z nami jedna z artystek.
Słychać dyscyplinujący głos Leokadii Klukowskiej, głównej choreograf zespołu. O pani Loni słyszałem już dużo wcześniej, ale obserwować ją w pracy z bliska miałem okazję po raz pierwszy. To osoba o wysokiej kulturze osobistej, charakteryzująca się tak pieczołowitą dbałością o poprawność językową – niezależnie od języka, w którym akurat musi mówić – że na początku myślałem, że pani Lonia jest z Polski. Jej polszczyzna jest nienaganna. Jednak gdy usłyszałem, że z równie wielką akuratnością mówi po litewsku i rosyjsku, gdy tego wymagała sytuacja, zrozumiałem, że pani Lonia jest „nasza”. Stanowcza łagodność, z jaką mobilizowała młodzież, może po części wyjaśniać nadzwyczaj gromkie brawa, które otrzymała po koncercie.

Czujne oko Natalii Sosnowskiej
Kierowniczka zespołu dr Natalia Sosnowska, w ciągłym porozumieniu z dźwiękowcami i technikami teatru, czuwała nad sprawnym przebiegiem prób i samego koncertu. Chłodnym okiem nadzorowała, aby zespół działał jak w zegarku, a w tym wspierali ją najaktywniejsi artyści zespołu. Niektórzy z nich wyrośli do rangi nieoficjalnych „wiceprezesów” pod względem obszerności obowiązków.
Nadszedł czas koncertu. Sala już od godz. 18 zaczęła się zapełniać. Miałem jeszcze chwilę porozmawiać chwilę o emocjach z weteranami. Pani Krystyna, która w „Wileńszczyźnie” występowała u zarania zespołu, przyjechała aż spod Szawel. Nie jest w tym odosobniona, gdyż wielu weteranów musiało przybyć z wcale nie najbliższej okolicy.
– Po prostu musimy tu być, to przecież nasza „Wileńszczyzna”. I planujemy, jak Bóg da, wystąpić i na 50-leciu! Liczymy, że nas zaproszą, a my na pewno na zaproszenie odpowiemy – z przedwystępowym spokojem „Kurierowi Wileńskiemu” opowiadała Krystyna, weteranka zespołu. Wtórowały jej Wiesława i Witalia.
Słowa uznania od prezydentów
Nadszedł czas koncertu. Swój list przysłał prezydent Republiki Litewskiej Gitanas Nausėda. List odczytała doradczyni dr Jolanta Karpevičienė. Swoje własne pozdrowienie przeczytała po polsku i litewsku – zaś słowa samego prezydenta, ze względu na obszerność, już tylko po litewsku.
„Szanowni kierownicy i członkowie zespołu »Wileńszczyzna«, drodzy przyjaciele Litwy i Polski. Cieszę się, mogąc pozdrowić was ze znaczącą okazją, 45-leciem działalności artystycznej Reprezentacyjnego Polskiego Zespołu im. Gabriela Jana Mincewicza „Wileńszczyzna”. To nie tylko jubileusz waszego kolektywu. To doniosła kulturowej służby ludziom i wspólnocie i państwu historia. Przez cztery z połową dekady zespół »Wileńszczyzna« stał się jednym z najwyrazistszych i najbardziej rozpoznawalnych ambasadorów kultury Wileńszczyzny, cieszącym się szacunkiem nie tylko w kraju, ale też za jego granicami. To świetny przykład, jak sztuka łączy narody, wzmacnia tożsamość obywatelską i pielęgnuje pamięć historyczną. Dziś możemy cieszyć się jak nigdy bliskimi relacjami Polski i Litwy, dwóch partnerów strategicznych. Opierając się na wspólnej historii i bogatym dziedzictwem kulturowym kładą razem twardy fundament dla tworzenia przyszłości bezpiecznej i pokojowej Europy. Szczególnie cenię konstruktywny i serdeczny dialog z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Karolem Nawrockim oraz premierem Donaldem Tuskiem” – brzmiał list prezydenta RL Gitanasa Nausėdy, czytany ze sceny przez jego doradczynię.
Swój list przysłał także prezydent RP Karol Nawrocki. Odczytał go Artur Soroko, radca minister w Ambasadzie RP w Wilnie. „Gratuluję jubileuszu działalności artystycznej Reprezentacyjnego Polskiego Zespołu Pieśni i Tańca »Wileńszczyzna« im. Gabriela Jana Mincewicza. Dziękuję wszystkim, którzy przez 45 lat angażowali się w nieprzerwane funkcjonowanie i wszechstronny rozwój tej wyjątkowej formacji” – przekazał prezydent RP Karol Nawrocki.
„Dzięki Państwa staraniom zespół »Wileńszczyzna« stał się uznaną instytucją kultury o międzynarodowej renomie i żywym pomnikiem dziedzictwa polskości na Litwie, znakiem narodowej dumy i tożsamości oraz mocnych więzi łączących nas, Polaków, wszędzie tam, gdzie żyjemy, pracujemy i tworzymy. (…) Wspominając nasze miłe spotkania w 2018 r. podczas koncertów w Gdańskim Muzeum II Wojny Światowej oraz w 2025 r. w Ambasadzie Polskiej w Wilnie, wyrażam nadzieję, że swoimi licznymi występami na Litwie, w Polsce oraz w innych krajach, także na innych kontynentach, nadal będą Państwo budować pozytywny, atrakcyjny wizerunek miejscowej społeczności polskiej oraz całej rodzimej kultury ludowej, tak spójnej w swym przywiązaniu do wartości patriotycznych i duchowych, a zarazem urzekającej bogactwem różnorodności” – słyszeliśmy ze sceny.

Pozdrowienie ministra i – czas grać!
Po listach prezydentów przyszedł czas na słowa resortu kultury. Wiceminister kultury RL Edita Utarienė wręczyła też dyplomy najbardziej zasłużonym – ich nazwiska podawaliśmy przy relacji z koncertu w poprzednim numerze wydania codziennego „Kuriera Wileńskiego”. Po resorcie kultury – dar od Samorządu Rejonu Wileńskiego, słowa partnerów i przyjaciół zespołu.
Nadszedł długo wyczekiwany koncert. Leciało wszystko, co można wymarzyć. Od polonezów przez mazurki po muštinis, tańce mickuńskie czy cygańskie. W tym wszystkim były też wykonania wokalne i chóralne – jak chociażby słynny polonez Kleofasa Ogińskiego „Pożegnanie z ojczyzną”. W ramach ciekawostki wspomnieć można, że utwór ten z dodatkiem białoruskich słów był jednym z rozważanych projektów na hymn niepodległej Białorusi w postsowieckiej, ale jeszcze nie-Łukaszenkowskim kraju.

Praca twórcza nie przychodzi bez ceny
To, co działo się na scenie, każdy widział. Emocje się wylewały. Podobnie było za kulisami, wszak praca twórcza nigdy nie przychodzi bez okupienia siłami duchowymi. W szatniach działo się wszystko – panika, radość, płacz, śmiech. Gdy zobaczyłem załamaną jedną z artystek, chciałem pocieszyć, opowiadając niezwiązane z tematem głupoty. To złoty środek, niejednokrotnie go przetestowałem – nieświadomy kretyn plotący co mu ślina na język przyniesie to świetny „rozwiewacz” negatywnych emocji, a kto zna żywiołowość naszych zespołów wileńskich, ten wie, że poligon do testowania tego podejścia miałem bardzo dostępny. Tym razem jednak sposób zawiódł, wzruszenie było zbyt wielkie. Z nadzieją, że nie obraziłem artystki, ruszyłem szukać, gdzie mogę za kulisami jeszcze się przydać.
W międzyczasie dotarliśmy do przerwy. 30-minutowe okienko otworzyło możliwość wszystkim, którzy chcieli przed zakończeniem koncertu podziękować zespołowi za występ. Z kwiatami dla twórców wpadła Danuta Kowalczuk-Mieczkowska, choreografka odpowiedzialna m.in. za coroczne polonezy maturzystów na Placu Katedralnym. Była krótko.
– Artyści bardzo skupieni, nie będę tutaj rozpraszała, dobrze było ich zobaczyć! – krótko skomentowała tuż przed opuszczeniem „zakulisia”.
Miejsce występu mówi samo za siebie
Pomagając to tu i tam – bo moja rola, potrzebna tylko na otwarciu koncertu, była już skończona – znajdując to tych, to tamtych, przenosząc parę rzeczy, doczekałem końca koncertu. Wtedy mogłem wreszcie złapać tych, których ciężko było uchwycić między występami.
– Gdyby nie doświadczenie w tym zespole, inne moje inicjatywy nie byłyby możliwe. (…) Zespół „Wileńszczyzna” spełnia swoją misję, do której został powołany. Niech fakt, że wystąpiliśmy dziś na deskach tej, a nie innej sceny [w Litewskim Narodowym Teatrze Opery i Baletu – przyp. red.] mówi sam za siebie. To nie jest pierwsza lepsza scena. To miejsce, gdzie pracują najwyższej klasy profesjonaliści, to miejsce wyróżnienie – wyjaśnił „Kurierowi Wileńskiemu” German Komarowski, który wystąpił na scenie jako weteran.
Z kolei choreografka Teresa Bożerodska opowiedziała, że emocji było mnóstwo – ale takie, aby nie zostawiły uszczerbku długofalowego, żartowała.

Dyscyplina musi być!
Złapałem w ostatniej chwili panią dr Natalię Sosnowską i Leokadię Klukowską. Drugą panią zapytałem, jak to robi, że nawet gdy już emocje sięgają zenitu, a najmłodsi artyści biegają i guzdrzą się z zakładaniem strojów, to pani Lonia, gdy któregoś złapie, to niemal po główce pogłaszcze i nie krzyknie.
– Różnie bywa, bardzo różnie! – żartuje pani Lonia. Pani Natalia potwierdza.
– Zależy kiedy, nie zawsze tak bywa. Czasem trzeba powiedzieć ostrzejsze słowo. Ale nie ma poziomu bez dyscypliny, bez konstruktywnych uwag. Musimy pewne rzeczy mówić, dla własnego rozwoju członków – zaznaczyła pani Natalia.
– No, a z panem to chyba się zobaczymy za te 5 lat, na 50-leciu, miło było poznać! – na pożegnanie rzuciła pani Lonia.
Pani Natalia Sosnowska dodatkowo zaznaczyła, że sukces, jakim był koncert, nie byłby możliwy ani bez instytucji Polski, ani bez instytucji Litwy.
– To, co mówiliśmy ze sceny na koncercie, tegoroczny jubileuszowy koncert nie byłby tak barwny, gdyby nie wsparcie Senatu RP i ambasady. Zaangażowane z polskiej strony było mocne i często osobiste. Ale pamiętajmy, że zespół dużo zawdzięcza także stronie litewskiej, która mocno nas wspiera, liczne instytucje, samorządowe i państwowe. To dzieło niejedną ma matkę – dodała Natalia Sosnowska.

Członka „Wileńszczyzny” poznasz po kulturze osobistej
Wychodząc, otworzyłem dwóm małym dziewczynkom drzwi. Bardzo grzecznie podziękowały. Usłużność i kultura osobista to jest coś, co charakteryzuje każdego członka tego zespołu, także najmłodszego. Co utwierdziło mnie w przekonaniu, że taki zespół to „druga szkoła” – gdyż na punkcie „grzeczności” jestem wyczulony.
W przypadku członków „Wileńszczyzny” nawet gdybym chciał, nie mam do czego w tej kwestii się przyczepić. Zostaje powtórzyć gest pana Wiesława Pietrzaka, prezesa Koła Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” w Węgorzewie. Przed koncertem, gdy składał swoje urazy uznania na scenie, wniósł symboliczny ludowy kapelusz – tylko po to, aby go założyć, a wtedy w geście uznania go przed kierownictwem zespołu z głowy zdjąć. Zatem – chapeau bas!
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 25 (71) 27/06-03/07/2026










