Apolinary Klonowski: Jak ten zakaz telefonów, który wprowadziła Polska, wygląda z perspektywy polskich szkół na Litwie?
Chrystyna Masalska: To niełatwe pytanie, bo u nas też staramy się trzymać podobnych zasad, choć nieformalnie i szkołom jest dana duża swoboda. Jeśli mówimy o zakazie, to już teraz widzę wśród uczniów cztery grupy.
Pierwsza grupa to dzieci, które w ogóle nie mają z tym problemu. Telefon widać u nich rzadko i krótko – sprawdzą, czy mama nie napisała, i odkładają. Jeśli trzeba na początku lekcji oddać telefon do pudełka, oddają bez słowa sprzeciwu.
Druga grupa też oddaje telefony, ale korzysta z każdej okazji, gdy nauczyciel zapomni – a przy natłoku obowiązków to się zdarza. Na przerwach są w telefonie bez przerwy, często na dwóch ekranach naraz. Żadna uwaga nie robi wrażenia. Nie odpoczywają, a potem trudno im się skupić na lekcji.
Trzecia grupa to klasyczne urwisy – biegają, przeszkadzają, ale są żywe, działają, wyładowują emocje. Każdy psycholog powie, że to normalny etap rozwoju. Oczywiście taki urwis bywa problemem, bo nie daj Boże coś się stanie – ale on nie siedzi na miejscu, takie dziecko jest aktywne. Dopiero gdy się wybiega i zrobi mu się nudno na lekcji, sięga po telefon, jeśli nie został odłożony do pudełka.
Czwarta grupa to najtrudniejszy przypadek – dzieci, którym w ogóle nie zależy na nauce. Szkoła to dla nich po prostu miejsce, gdzie trzeba spędzić czas i nic ich nie przekona ani nie zastraszy. Przy wprowadzeniu zakazu pierwsza grupa zrozumie, o co chodzi. Z resztą będzie problem.
W czym jest zatem problem, w braku odgórnego zakazu?
Niestety, problem często bywa w rodzinach i ich priorytetach. Jeśli dziecko ma dobrą relację z rodzicami, od małego tłumaczy się mu, co dobre, a co złe – to nauczyciel potem takie dziecko tylko prowadzi, ale nie musi z nim walczyć.
Rodzice często obwiniają nauczyciela, że nie potrafił zaciekawić. Co to znaczy? Dziecko musi rozumieć, że nauka to poważna sprawa, a nie zabawa i skakanie wokół niego.
Widzę pewną zasadę. Tam, gdzie relacja z rodzicami jest dobra – niezależnie od zamożności rodziny – problemów nie ma. Tam, gdzie w domu coś szwankuje, mamy kłopoty: po pierwsze, nauczyciel przestaje być autorytetem. W ogóle znikają jakiekolwiek autorytety.
Po drugie, dzieci mają bardzo drogie telefony, z najwyższej półki. A jeśli któryś spadnie albo zginie? Odpowiedzialność łatwo spada wtedy na nauczyciela. To w dużej mierze zależy od rodziców – nauczyciel mówi, że tak ma być, a rodzic w domu mówi co innego: „Nic się nie stało, trzymaj w kieszeni, nie mów”.
W Danii dyskutuje się o zakazie smartfonów do 15. roku życia w ogóle, z obowiązkowymi karami – jak za podanie dziecku papierosa. Kiedyś normalne było usypianie dzieci alkoholem, żeby mniej płakały, dopóki nie zaczęło w to ingerować państwo…
Zakazywać można wiele, władza może dużo deklarować – ale jak to wyegzekwować, skoro w rodzinach i na ulicy widać zupełnie inny obrazek? Rodzic pcha wózek jedną ręką, w drugiej trzyma telefon. Relacji nie ma – nikt nie mówi dziecku: „zobacz, jakie drzewo”, „to jest roślinka”, „to jest samochód”. Dziecko nie mówi, ale słyszy, ale rodzic nie chce do niego mówić.
Druga sprawa: rodzice idą, rozmawiają, a dziecku w wózku dają telefon. Od maleństwa uczy się, aby wzięło telefon do ręki i nie przeszkadzało. Zamiast tłumaczyć i budować dialog, dają telefon, żeby dziecko było ciche. Skoro od niemowlęctwa ma telefon w ręku, czy tacy rodzice później dadzą radę mu go zabronić? Wątpię.
Warto też zwrócić uwagę, że dzieci owszem oddają telefony na lekcji – ale mają ich już dwa, a nawet trzy. I to dziecko idzie z nim do toalety, dotyczy to zarówno chłopców, jak i dziewczyn.
Telefony jak kiedyś papierosy. Czy to świadczy o naprawdę dobrej sytuacji materialnej rodzin w polskich szkołach na Litwie?
Niewygodne, ale dobre pytanie – ale część dzieci oddaje po prostu atrapy, stare, zepsute telefony, których w domu się nazbierało. Kombinują. Zakaz sam w sobie jako pedagog niewiele daje, bo dzisiejsze dzieci są zupełnie inne niż my.
Kiedy moje pokolenie chorowało, leżało się godzinami w łóżku i wpatrywało w wzór na kilimie. Największą karą było dla nas zakaz wyjścia na podwórko – wtedy w domu kombinowaliśmy: graliśmy w statki, w kółko i krzyżyk. Mieliśmy rozwiniętą wyobraźnię.
Dziś od małego tę wyobraźnię się zabija. Dziecko przy zakazie nie wie, co ze sobą zrobić, nie widzi dla siebie żadnej alternatywy.
Czyli dać alternatywę?
Jeśli czegoś zabraniamy, musimy dać coś w zamian. Puste miejsce nie zostaje puste – dziecko, od którego coś odebrano, może pójść w gorszą stronę: ze złością, z niechęcią, czasem po prostu się gdzieś zawieruszy.
Co więc może zastąpić telefon?
Dobrym rozwiązaniem byłoby danie dzieciom na przerwie możliwości, żeby gdzieś podziały energię. Niektóre szkoły już sobie z tym radzą – kupują stoły do gry w szachy, w futbol stołowy, stawiają ping-pong na korytarzu. Jeśli dzieci dostaną inne opcje spędzania czasu, to jest wyjście.
Podoba mi się na przykład pomysł z Azji – przerwy taneczne. U nas mogłoby to zadziałać podobnie: jedna Belgijka wprowadziłaby taką przerwę taneczną w swojej szkole, dzieci zaczęły tańczyć i z czasem, choćby raz w tygodniu, dołączałoby ich coraz więcej.
Zakazy działają, jeśli wprowadza się je od najmłodszych. Jeśli zaczniemy dopiero z ósmą czy dziewiątą klasą i po prostu coś im zabierzemy, nic nie dając w zamian, dla nastolatka to prawdziwa tragedia, zwłaszcza psychologicznie.
Szkoły muszą same szukać takich rozwiązań. Władza zawsze deklaruje, że robi to dla naszego dobra, ale nie proponuje konkretów i nie daje finansowania na to, jak to wprowadzić.
Czyli popiera Pani zakaz, który wprowadziła Polska?
Jestem za takim zakazem, bo telefony zabijają mózgi naszych dzieci – ich mózgi tępieją na naszych oczach. Ale dzieci muszą dostać alternatywę. Gdyby państwo ją pokazało, może same by po telefon nie sięgały – bo trzeba zagrać z kolegą, bo dziewczynki pójdą potańczyć, bo zaczną żyć innymi emocjami. Kiedy dziecko ma inne możliwości, telefon staje się niepotrzebny.
W tym roku byłam na obozie, gdzie telefony zabierano na cały dzień i oddawano tylko po obiedzie, na godzinę. Dzieci przez cały dzień były zajęte, więc nie było nawet czasu, żeby usiąść z telefonem: pobudka, prysznic, śniadanie, sprzątanie pokoi, obiad, potem godzina na telefon, później zajęcia sportowe. Jeśli w szkole zapełnimy dzieciom czas czymś innym, myślę, że problemu by nie było.
Chcę jeszcze podkreślić, że rola rodziców i relacje rodzinne mają największe znaczenie. Dziecko dobrze wychowane, które przychodzi do szkoły, nie będzie wybiegać w czasie lekcji, bić się, kłócić – bo wie, co wolno, a czego nie, nie ma w sobie złości i niewyjaśnionych emocji. Ale jeśli w domu wolno wszystko, to jak potem czegoś dziecku zabronić? Stąd konflikty – zwłaszcza kiedy sam rodzic staje po stronie dziecka przeciwko nauczycielowi, twierdząc, że to nauczyciel ma problem, a nie jego „święte” dziecko. Świętych nie ma. Dobrze by było, żebyśmy wszyscy tę prostą zasadę zrozumieli, także rodzice.
Badania na razie nie potwierdzają korzyści z włączania telefonów do procesu nauczania, choć takie pomysły się pojawiają. Jaki jest Pani pogląd w tej kwestii?
Niewielu jeszcze z tego korzysta, ale ja sama od czasu do czasu wykorzystuję telefon na lekcji – nie po to, żeby dzieci od razu znalazły gotową odpowiedź, tylko żeby wykonały zadanie twórcze: wyszukały informacje z kilku źródeł i wyciągnęły wniosek. Nawet sztuczna inteligencja może w tym pomóc, a dzieci są na tyle sprytne, że traktują to jak rozrywkę.
Pracują w grupach po trzy, cztery osoby, a telefon jest jeden na grupę – więc muszą się dogadać. Nawet gdy korzystają ze sztucznej inteligencji, muszą przeredagować odpowiedź, uargumentować ją. Nie chodzi o to, żeby telefon towarzyszył całej lekcji – to są konkretne zadania na 10–15 minut.
Ważne jest, jak takie zadanie się przygotuje. Proste pytanie z prostą odpowiedzią nie ma sensu – ale jeśli odpowiedź ma przyjąć formę artykułu gazetowego, reklamy czy broszury turystycznej, dzieci muszą dopasować do tego swoją wypowiedź. Nawet sformułowanie pytania do sztucznej inteligencji wymaga zastanowienia. To bywa dla nich trudne, ale w dużej mierze zależy od pomysłowości samego nauczyciela.
A gdyby szkoła prowadziła własną gazetkę? Czy to zaciekawiłoby uczniów?
Kwestia finansowa jest tu główną przeszkodą – wydawaliśmy taką gazetkę w szkole, ale trzeba ją wydrukować, kupić atrament itd. Dochodzi do tego sprawa zdjęć. Szkoła pozyskuje zgody rodziców na zdjęcia albumowe, ale gazetka tworzona przez same dzieci to inna sprawa – one same robią zdjęcia i tu pojawia się problem z ochroną danych osobowych: twarze, wizerunek, prawo do publikacji imienia i nazwiska. To się dziś bardzo skomplikowało. Co innego, gdy materiał przygotowuje administracja szkoły, co innego, gdy robią to same dzieci – rodzicom czy dzieciom może się to nie spodobać.
Sama praca nad gazetką to jednak zajęcie twórcze, ciekawe dla dzieci zainteresowanych dziennikarstwem, pisaniem. Można by je w ten sposób zaangażować w szkole. Kwestia w tym, żeby znaleźć dobre tematy.
A prenumerata „Kuriera Wileńskiego” w szkole, jako alternatywa dla telefonu?
To byłoby świetne rozwiązanie! Taka treść naprawdę rozwija – to realna alternatywa. Wymagałoby to jednak zaangażowania samego nauczyciela, który by do tego zachęcił. W tej kwestii bardzo dużo zależy od konkretnego nauczyciela, jego podejścia i aktywności. Samo z siebie wątpię, aby coś się zadziało.
Z czytaniem jest problem, ale i z pisaniem różnie bywa. Kiedy proszę dzieci, żeby coś napisały na dany temat, to naprawdę duży wysiłek – trzeba prosić i prosić. Ale gdy już napiszą i nauczyciel to sprawdzi, a tekst trafi do szkolnego albumu, są zachwycone – widzą swój tekst podpisany własnym imieniem. To daje im dużo satysfakcji.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 31 (89) 08-14/08/2026





