Do „Wilii” trafił w 1955 roku jako młody student Uniwersytetu Wileńskiego. Jak sam wspominał, wystarczyło jedno ogłoszenie i jedna próba, aby zakochać się w zespole.
– W „Wilii” nie opuściłem ani jednej próby, ani jednego spotkania – mówił podczas swego ostatniego wywiadu.
To jedno zdanie najlepiej oddaje jego charakter – człowieka odpowiedzialnego, wiernego i bezgranicznie oddanego temu, co kochał. Z wykształcenia inżynier był jednym z tych ludzi, którzy tworzyli historię „Wilii” od jej pierwszych lat. W czasach, gdy zespół dopiero się rodził, nie liczyły się godziny prób ani zmęczenie. Liczyła się wspólna misja pielęgnowania polskiej kultury na Wileńszczyźnie.
W zespole poznał swoją przyszłą żonę Zofię Subocz – jedną z pierwszych tancerek „Wilii”. Znali się siedemdziesiąt lat, z czego sześćdziesiąt dwa przeżyli jako małżeństwo. Razem stworzyli piękną rodzinę – dwoje dzieci – syn Leszek i córka Małgorzata, dwoje wnuków i przez całe życie pozostali wierni sobie, zespołowi oraz polskim tradycjom.
Zanim rozpoczął taneczną przygodę, trenował lekkoatletykę. Sam przyznawał, że właśnie taniec zastąpił mu sport.
– Pokochałem taniec. W „Wilii” taniec wszedł w moje ciało i duszę. To była fizyczna potrzeba – potrzebowałem ruchu, potrzebowałem tańczyć. Ćwiczenia przy drążku, praca z ciałem – to wszystko stało się codziennością – wspominał.
Kochał scenę, ludzi, wspólne koncerty i spotkania. Dla niego „Wilia” nigdy nie była jedynie zespołem. Była wielką rodziną, z którą pozostał związany do ostatnich dni życia. Uczestniczył w spotkaniach Klubu Weteranów „Wilii”, we wszystkich jubileuszach, z ogromnym zainteresowaniem śledził rozwój zespołu i cieszył się z sukcesów młodych artystów.
Jeszcze kilka miesięcy temu, przygotowując się do jubileuszu 70-lecia „Wilii”, z dziecięcą radością mówił, że marzy o tym, aby raz jeszcze zatańczyć mazura. Spełnił swoje marzenie. Podczas jubileuszu razem z ukochaną żoną zatańczył krakowiaka i mazura. Ich występ wzruszył wszystkich. Dawni i obecni wiliowcy nagrodzili tę niezwykłą parę owacją na stojąco. Dziś tamten taniec nabiera szczególnego znaczenia – był to ostatni i najpiękniejszy ukłon Jana Kuncewicza wobec ukochanej „Wilii”.
Jan Kuncewicz był człowiekiem niezwykle pogodnym, pełnym optymizmu, serdeczności i wewnętrznej szlachetności. Pochodził z rodziny o szlacheckich korzeniach spod Ejszyszek. Był wielkim patriotą. Wierzył, że język, kultura i pamięć o przodkach są największym dziedzictwem, jakie można pozostawić następnym pokoleniom.
– Nie byłem w zespole na darmo. To, czego doświadczyłem w „Wilii”, przeszło na moje dzieci. Ukończyły polskie szkoły, później studia. Cieszę się ogromnie, że nasz rodzinny los tak się potoczył – z polskością, która przetrwała – mówił.
Zapytany, co daje mu siłę, odpowiedział bez chwili zastanowienia:
– Pomaga optymizm. Pomagają dobre wspomnienia, bo kiedy patrzy się wstecz – widać, że żyło się zgodnie z sercem. Że jest rodzina, są wnuki, jest żona – wszyscy jesteśmy szczęśliwi.
A „Wilia” wciąż nas mobilizuje, dodaje siły, sprawia, że chcemy dalej uczestniczyć – choćby na chwilę – w tańcach, w spotkaniach.
Żegnamy nie tylko wybitnego tancerza i weterana „Wilii”. Żegnamy człowieka, którego uśmiech, dobroć i życzliwość pozostaną w pamięci wszystkich, którzy mieli szczęście Go poznać.
Panie Janie, dziękujemy za każdy taniec, za piękne świadectwo życia i za pozostawione pokoleniom dziedzictwo. Pozostanie Pan na zawsze w historii „Wilii”, w pamięci wiliowców oraz wszystkich, którym bliska jest polska kultura na Litwie.
Rodzinie, a szczególnie Pani Zofii, dzieciom, wnukom oraz całej społeczności „Wilii”, składamy wyrazy najgłębszego współczucia.
Cześć Jego pamięci.
Uroczystości pogrzebowe
Jan Kuncewicz będzie wystawiony od 17 lipca w domu pogrzebowym „Nutrūkusi styga”. Uroczystości pogrzebowe odbędą się 18 lipca o godz. 12:00, po czym nastąpi pochówek na cmentarzu na Sołtaniszkach.

