Agnieszka Skinder: Za nami już 31. Festiwal Kultury Kresowej. Jak Pan ocenia tegoroczną edycję – co było w niej szczególnie ważne lub wyjątkowe z perspektywy reżysera?
Edward Trusewicz: Po wybrzmieniu ostatnich akordów koncertu galowego zawsze rodzi się pytanie: czy udało się opowiedzieć jedną spójną historię? Widz nie przychodzi oglądać kolejnych punktów programu, przychodzi przeżyć emocje. Rolą wszystkich, którzy udzielają się na scenie i za kulisami jest zbudowanie widowiska, w którym każdy występ ma swoje miejsce, dynamikę i znaczenie, a kolejne obrazy tworzą logiczną opowieść.
Na Festiwalu Kultury Kresowej na jednej scenie spotykają się zespoły artystyczne o diametralnie różnych temperamentach, doświadczeniach i sposobach wyrażania swojej kultury. Zadaniem reżysera nie jest ich ujednolicanie, ale wydobycie tego, co w każdym z nich najcenniejsze, i sprawienie, by wspólnie stworzyły harmonijną całość. Scena jest niezwykle wymagającym miejscem, nie wybacza braku profesjonalizmu, braku dyscypliny czy przypadkowości.
Każde wejście, każde światło, każda sekunda ciszy ma swoje znaczenie, dlatego ogromny szacunek należy się wszystkim artystom, którzy przyjechali do Mrągowa doskonale przygotowani. Dzięki temu mogliśmy skupić się nie na rozwiązywaniu problemów, ale na budowaniu emocji, które pozostają z widzami. Festiwal po raz kolejny potwierdził, że kultura kresowa zasługuje na profesjonalną oprawę sceniczną, a nie wyłącznie sentymentalne wspomnienia.
Festiwal ma już ponad trzy dekady historii. Czy przez te lata zmieniła się jego rola?
30 lat temu nasi rodacy mieszkający w Polsce potrafili się spotykać w Mrągowie i za pomocą występów artystycznych, wystaw, plenerów, miłych spotkań czuć satysfakcję z tego, że kultura kresowa jest pielęgnowana. Wtedy bardzo ważnym było zachowanie pamięci. Dziś równie ważne jest umiejętne jej opowiedzenie też współczesnemu odbiorcy, w takim języku, by zachować szacunek do tradycji i łączyć go z otwartością na młode pokolenie. Kultura kresowa może w pełni tętnić życiem, wzruszać i zachwycać także młodego widza, który na co dzień żyje w świecie mediów społecznościowych i bardzo dynamicznych obrazów.
Dlatego współczesny festiwal nie polega wyłącznie na prezentowaniu zespołów. To takie budowanie narracji, odpowiedniego rytmu koncertu, kontrastów pomiędzy żywiołowymi tańcami a chwilami refleksji. Wtedy tradycja nie traci swojej autentyczności, a wręcz przeciwnie, staje się bardziej czytelna.
W tegorocznym programie ponownie bardzo wyraźnie obecna była Wileńszczyzna. Jak Pan ocenia jej reprezentację i co artyści z Litwy wnoszą do tego festiwalu?
Zespoły prezentują bardzo wysoki poziom, wynika to z ogromnej systematyczności ich pracy. Za kilkunastominutowym występem często stoją miesiące prób, praca instruktorów, choreografów, muzyków i całych rodzin. To widać na scenie. Artyści z Wileńszczyzny wnoszą coś jeszcze – naturalność. Oni nie odgrywają polskiej kultury, oni w niej żyją, a to sprawia, że występy są wiarygodne. Publiczność bardzo szybko dostrzega różnicę pomiędzy dobrze wyćwiczonym układem a autentycznym przeżyciem.
Festiwal w tym roku połączył artystów z Litwy, Białorusi i Ukrainy. Czy dziś takie spotkanie nabiera jeszcze innego znaczenia?
Od strony organizacyjnej przygotowanie takiego widowiska jest ogromnym przedsięwzięciem, ale znacznie ważniejsze jest to, że na jednej scenie spotykają się ludzie, którzy często funkcjonują w bardzo różnych realiach politycznych i społecznych. Nie trzeba wielu słów, by uświadomić sobie, jak trudne bywają warunki, w których zespoły z Ukrainy czy Białorusi prowadzą swoją działalność i pielęgnują polską kulturę. Tym większy szacunek budzi ich obecność. A w tym miejscu, pozwoli Pani Redaktor, że podzielę się informacją, że trzy zespoły z Białorusi i Ukrainy nie dotarły na tegoroczny festiwal… W kulisach bardzo szybko znikają granice, zostaje muzyka, wspólna praca, wzajemna pomoc i ogromna życzliwość, i to jest chyba najpiękniejszy wymiar tego festiwalu.
Czy jest jakiś moment tegorocznego festiwalu, który szczególnie Pana wzruszył albo który zostanie z Panem na długo?
Chyba najbardziej poruszające są chwile, których nie da się zaplanować – kiedy kilka tysięcy osób spontanicznie śpiewa razem z artystami albo kiedy po występie na twarzach wykonawców widać wzruszenie i satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. Największą nagrodą podczas koncertu galowego jest moment, kiedy uświadamiasz, że scenariusz, który masz przed sobą, zaczyna żyć, a artyści i publiczność tworzą wspólnotę.
A patrząc już w przyszłość – czego życzyłby Pan Festiwalowi Kultury Kresowej na kolejne lata?
Życzyłbym, aby nigdy nie utracił swojej autentyczności i pozostał miejscem spotkania ludzi, którzy wierzą, że kultura kresowa, która stanowi część bogatej kultury polskiej, jest ogromną wartością. Chciałbym również podziękować wszystkim, którzy od lat dbali i nadal dbają o to, by ten festiwal mógł się rozwijać.
Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej Oddział w Mrągowie z Barbarą Morawską na czele, burmistrz Mrągowa Jakub Doraczyński i pracownicy Centrum Kultury w Mrągowie tworzą zespół, dzięki któremu to wydarzenie od lat utrzymuje bardzo wysoki poziom organizacyjny. Dzięki ich pracy uczestnicy wyjeżdżają z Mrągowa z pięknymi wspomnieniami i z przekonaniem, że warto tu wrócić.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 32 (92) 15-21/08/2026

