Ilona Lewandowska: Trasa, którą zamierzacie pokonać, liczy ponad 1000 km w jedną stronę. W podróż wyrusza siedmioro kierowców wolontariuszy, a nad całą organizacją, relacjami i kontaktem z mediami pracuje kilkanaście kolejnych osób, w tym Pan. Jak narodził się pomysł na zorganizowanie tak dużego przedsięwzięcia i jak wyglądały przygotowania do tej wyprawy?
Piotr Szymański: Elementem kulminacyjnym akcji jest przejazd starym samochodem marki Żuk z Krakowa do Wilna. To nie jest zwykły przejazd typu „jedziemy i tyle”. Żuk wystartuje spod Krakowa, potem Łagiewniki, pojedzie do Niepołomic, gdzie spotka się z myśliwymi, później do Rzeszowa, gdzie prawdopodobnie odbędzie się spotkanie i niewielki koncert. Mamy trzyosobowy skład, który będzie dawał takie koncerty po drodze – będziemy dawać świadectwo tego, czym jest hospicjum, z czym się wiąże i na czym polega wolontariat.
Dalej trasa prowadzi m.in. przez: Radom, Siedlce, Warszawę, Łomianki, Płońsk, Mławę, Działdowo, Łomże, Szczuczyn, Grajewo, Białystok, Augustów, aż do Wilna. Celowo zahaczamy o firmy, samorządy, instytucje i parafie, bo wiele z nich samo chciało nas przyjąć. Liczymy z ich strony na różnego rodzaju wsparcie, ale najbardziej zależy nam na finansowym – żeby zebrać jak największą sumę, docelowo równowartość miesięcznego utrzymania hospicjum. To kwota rzędu 350 tys. zł, czyli ok. 90 tys. euro. W tej chwili mamy już zebrane ok. 60 tys. zł, więc sprawa się rozkręca i bardzo nas to cieszy.
Akcję wspierają też artyści – wiem, że na swoich profilach już o niej mówiły Joanna i Kamila Moro, promując akcję „dla życia”. Każdy z nas, kto ma jakieś relacje ze środowiskiem biznesowym, zachęca je do współpracy – nie ukrywam, wiele firm odpowiedziało, że to nie dla nich, że nie mają na to środków; nie obrażamy się za to na nikogo. Po prostu jedziemy dalej, wierząc, że w tak szczytnym celu się uda i że zbierzemy zaplanowaną kwotę, a może nawet więcej.
Przejazd zwykłym samochodem raczej nie wzbudziłby aż takich emocji, dlatego stawiamy właśnie na Żuka.
Nasz egzemplarz to Żuk A-06 z 1962 r. – ma 64 lata, produkowany był w lubelskiej fabryce FSC, wozem tego typu w PRL-u przewożono wszystko: chleb, listy, ekipy budowlane. To stary, wiekowy pojazd, ale wierzymy, że jest w stanie technicznym naprawdę dobrze przygotowanym do takiej trasy.
Wasza trasa nie została wyznaczona najkrótszą możliwą drogą – zdecydowaliście się na bardziej rozbudowany wariant, który oznacza dodatkowe kilometry i większe wyzwanie dla całej ekipy. Skąd taka decyzja? Dlaczego zależało Wam właśnie na takiej trasie i co chcecie dzięki niej osiągnąć?
Chcemy dać świadectwo w jak największej liczbie miejsc. Poza tym skład ekipy, która wchodzi w skład tej akcji i będzie jechała Żukiem, sam w sobie jest różnorodny. Każdy z nas ma jakieś relacje w różnych stronach kraju, znajomych, którzy mogliby przyjąć nasz Żuk i dzięki którym moglibyśmy pozyskać dodatkowe środki – mówiąc najprościej, każdy ma jakieś relacje, i dlatego zajeżdżamy właśnie do tych miejsc, gdzie wiemy, że zostaniemy przyjęci.
Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że nie uda nam się objechać całego kraju wzdłuż i wszerz w tydzień czy dwa, dlatego na ten etap wybraliśmy konkretną trasę. Obecnie mamy już mnóstwo deklaracji przyjęcia nas po drodze, sporo deklaracji noclegów, a także wiele obietnic zatankowania Żuka – tu naprawdę liczymy na ofiarność ludzi. Stąd te różne punkty na trasie. Nie zamykamy jednak akcji na tym jednym wyjeździe – mamy w głowach plany, żeby w przyszłości działać na jeszcze szerszą skalę, ale na chwilę obecną zaplanowana jest właśnie ta trasa.
Obecnie przy akcji pracuje 30 osób, wliczając w to siostrę Michaelę, która także się w to angażuje. Bezpośrednio Żukiem jedzie siedmioro kierowców, ale to możliwe dzięki temu, że oprócz nich są też, można powiedzieć, bohaterowie drugiego planu – ludzie, którzy w trakcie trasy będą dbać o to, żeby wszystko sprawnie działało, będą przygotowywać relacje, opowiadać o wolontariacie, o tym, z czym się wiąże, i dzielić się własnymi doświadczeniami.
W zeszłym roku hospicjum objęło opieką ponad 340 osób. Jeśli podzielić to prosto przez liczbę dni w roku, statystyka nie napawa optymizmem – ale taka jest skala potrzeb. Dlatego właśnie tym osobom drugiego planu też należą się słowa uznania, bo one także dbają o to, żeby ta akcja się udała.
To bardzo dobry początek – jeszcze nie wyruszyliście, a już macie spory zebrany budżet. Jak Pan myśli, dlaczego ludzie tak chętnie angażują się w tę akcję i w ogóle w pomoc wileńskiemu hospicjum?
Myślę, że z perspektywy Polski mogłoby paść pytanie: Dlaczego mam wspierać jakieś hospicjum, gdzie ani ja, ani ktoś z mojej rodziny raczej nigdy się nie znajdzie? Tu jednak jest jedna podstawowa rzecz: mimo że hospicjum założyła i prowadzi siostra zakonna z Polski; i mimo że wiele trafiających do niego osób jest narodowości polskiej, wcale nie oznacza to, że miłosierdzie, otwartość i miłość, którą daje hospicjum, są zamknięte wyłącznie na Polaków.
W wileńskim hospicjum nie liczy się narodowość, nie liczy się język, jakim się mówi, nie liczy się nawet wyznawana wiara. Większość z nas – pracowników, wolontariuszy, a także sama siostra prowadząca hospicjum – to katolicy, ale przez hospicjum przewijały się osoby bardzo różne, i to nigdy nie zamykało im drzwi do pomocy i opieki.
Jeden z głównych inicjatorów tej akcji, który nie koniecznie chce, aby o nim mówiono głośno, po raz pierwszy odwiedził wileńskie hospicjum przed Kongresem Miłosierdzia w czerwcu br. W rozmowie z siostrą dowiedział się, że w hospicjum nikt za nic nie płaci – i to go zaskoczyło: jak to możliwe, żeby funkcjonował podmiot, który – jak każda tego rodzaju instytucja – wiąże się z dużym finansowaniem, a mimo to nikt za usługi nie płaci?!
Siostra wyjaśniła mu wtedy, że część środków finansuje kasa chorych, ale potrzeby hospicjum są znacznie większe, a resztę trzeba, jak sama to określa, „wyżebrać”, „wyskrobać”, „wyprosić”. To go zainspirowało, żeby zorganizować tą właśnie akcję no i powstała akcja „Żukiem dla Życia”.
Proszę opowiedzieć jeszcze trochę więcej o samej akcji i o tym, jak będzie ona wyglądała w praktyce. Co będzie się działo, kiedy dotrzecie do kolejnych miejsc na trasie, np. do Suwałk? Jak będzie wyglądało takie spotkanie z mieszkańcami, czy planujecie jakieś konkretne działania i w jaki sposób ludzie będą mogli włączyć się w tę inicjatywę?
Oczywiście wcześniej wszystko ustalamy, umawiamy kontakty, planujemy trasę już w szczegółach – gdzie i z kim się spotykamy. Planujemy każdy dzień zaczynać mszą świętą – to po niej wierni, którzy zechcą podzielić się tym, co mają, będą mogli wesprzeć akcję.
Większość wsparcia z góry zakładamy jednak, że będzie pochodzić z oficjalnej zbiórki na portalach Fundatorres.pl i Zrzutka.pl, którą prowadzi Fundacja Aniołów Miłosierdzia – to główne źródło funduszy. Wiemy jednak, że część osób, zwłaszcza po pięćdziesiątce, nie umie posługiwać się zbiórkami internetowymi, a mimo to chce się podzielić i złożyć jakiś datek na hospicjum. Właśnie dla nich będą puszki – będziemy je zabierać w trakcie całej trasy.

Ta akcja nie jest początkiem Pana działalności i zaangażowania na rzecz wileńskiego hospicjum. Wspiera Pan tę placówkę już od pewnego czasu i angażuje się w różnego rodzaju inicjatywy, które mają pomóc jej podopiecznym. Od czego właściwie zaczęła się Pana przygoda z hospicjum? Co sprawiło, że zdecydował się Pan zaangażować właśnie w pomoc tej placówce i jej pacjentom?
O hospicjum dowiedziałem się od mojej mamy. Ciągle opowiadała mi o siostrze zakonnej z Polski, która w Wilnie prowadzi hospicjum, i że sporo się o nim mówi w różnych mediach. W tamtym czasie moja mama przez dłuższy czas sama opiekowała się swoją mamą (moją babcią), a że jest jedynaczką, więc cały ciężar opieki spoczywał właśnie na niej. W pewnym momencie mama bardzo się tym zmęczyła, wręcz przeżywała swego rodzaju kryzys.
Pomyślałem wtedy: dobra, napiszę do tej siostry, poproszę o jakieś duchowe wsparcie dla mamy. Skontaktowałem się z siostrą i poprosiłem, żeby przygotowała, dosłownie odręcznie, kilka zdań, którymi mógłbym wesprzeć mamę. Siostra przysłała wtedy książkę poruszającą temat cierpienia i winy, dopisała też kilka słów wsparcia – i to był strzał w dziesiątkę. Dało to mamie ogromnie dużo energii, żeby dalej opiekować się swoją mamą i w ogóle pacjentami – to był mój pierwszy kontakt z hospicjum.
Niedługo potem okazało się coś jeszcze: niemal nie ma dnia, żeby ktoś nie odwiedził hospicjum z jakąś formą pomocy – ktoś przywozi paczki, coś przynosi. Kiedy raz zaproponowałem, że pomogę wnieść jakieś rzeczy, nikt mnie nawet nie pytał, czy chcę być wolontariuszem – w ogóle mi to nie przyszło do głowy, a i tak od razu zostałem przedstawiony jako wolontariusz. Potem doszły kolejne drobne sprawy – tu pomożesz, tam pomożesz – i tak już zostałem. Żartuję czasem, że zostałem raczej „mianowany”, niż zgłosiłem się sam. Od tamtej pory staram się pomagać hospicjum w każdy możliwy sposób.
Proszę opowiedzieć, jak w tej chwili wygląda Pana wolontariat na rzecz hospicjum. Na czym przede wszystkim polega Pana zaangażowanie, czym zajmuje się Pan na co dzień i ile czasu poświęca Pan na tę działalność?
Obecnie jest to wolontariat hybrydowy. Sam prowadzę własną firmę, więc mogę sobie sam organizować czas, ale ten, kto prowadzi firmę, wie, że praca tak naprawdę trwa 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu – nie zawsze udaje się wszystko pogodzić. Jednak kiedy wiem z wyprzedzeniem o jakiejś konkretnej potrzebie, w większości przypadków staję na wysokości zadania i pomagam.
Jestem raczej z tych, którzy coś przywiozą, przywożą, rozładują, naprawią jakiś drobny problem z elektryką czy sprzętem. Poza tym, kiedy odbywają się większe wydarzenia – np. Pielgrzymka Suwalska, która zawsze gości w hospicjum, albo pielgrzymka motocyklowa, w ramach której przyjeżdża sporo osób – wtedy trzeba przyjąć tych wszystkich ludzi: zadbać, żeby mieli się gdzie rozłożyć, odpocząć, coś zjeść. To też jest część mojej pomocy.
Ale w hospicjum może się odleźć każdy, ze swoimi możliwościami, jeśli tylko ma chęci. Wolontariat dzieli się właściwie na kilka funkcji. Są osoby, które najlepiej odnajdują się przy samych pacjentach, inne bardziej sprawdzają się w kuchni, jeszcze inne – przy drobnych porządkach, nawet przy podlewaniu kwiatów. Są też młode wolontariuszki – wśród nich moja córka i córka kolegi – które czytają pacjentom. One nie są w stanie pomóc w sensie opieki pielęgniarskiej, ale samo bycie przy tych ludziach, poczytanie im, porozmawianie z nimi – to też ogromne wsparcie.
Jest też koordynatorka wolontariuszy, która wie, do kogo z jaką sprawą się zwrócić – to bardzo dobrze zorganizowany system, bo wolontariuszy jest sporo i rzadko kiedy wszyscy spotykają się w jednym miejscu naraz. Nie cały wolontariat odbywa się zresztą w samym hospicjum – czasem to zbiórki pieniędzy na jego rzecz, jak akcja „Kwiatek dla hospicjów”, organizowana na początek i koniec roku szkolnego.
Można powiedzieć, że jest jeszcze trzecia płaszczyzna wolontariatu – informowanie o hospicjum. Od kilku lat przygotowuję kalendarz, którym wspieram placówkę w ten sposób, że o niej informuję. Ostatnia strona kalendarza jest poświęcona temu, jak można wspierać hospicjum, niezależnie od tego, czy mieszka się na Litwie, czy w Polsce, oraz temu, że wsparcie można odliczyć od podatku. Żeby kalendarz w ogóle powstał, muszę pozyskać sponsora, który sfinansuje jego wydanie. Ze swojej strony wkładam pracę: dbam o skład, o to, żeby drukarnia go wydrukowała i żeby trafił tam, gdzie trzeba. To też jest swego rodzaju mój wolontariat.
Nie mam wątpliwości, że to dobrze wykorzystany czas i siły, bo wileńskie hospicjum to wyjątkowe miejsce.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 33 (95) 22-28/08/2026




