Tajemnice Westerplatte

Pomnik Obrońców Wybrzeża na Westerplatte
| Fot. Jarosław Tomczyk

Gdy zaczynaliśmy, byliśmy wyśmiewani. Mówiono, że na Westerplatte wszystko już zbadano. Tymczasem wciąż rozwiązujemy kolejne zagadki – mówi Filip Kuczma, kierownik Działu Archeologicznego Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W przededniu kolejnej rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę „Kurier Wileński” odwiedził miejsce, w którym wybuchła wojna.

Najlepiej przyjść tu w gumowcach, teren jest mocno rozkopany, to taki chleb powszedni archeologa – śmieje się na przywitanie Filip Kuczma. Żeby zbytnio nie przeszkadzać, stajemy nieco na uboczu. Rozmawiając, obserwujemy uwijających się pracowników zespołu, którym kieruje nasz rozmówca.

– To, co widzimy to teren dawnej willi oficerskiej – wyjaśnia. – Gdy w 2016 r. zaczęliśmy badania, odkryliśmy jej część. W tym roku wróciliśmy, żeby przebadać resztę. Większość budynków na Westerplatte przetrwała walki w 1939 r. Uszkodzeń doznały głównie w trakcie bombardowania 2 września. Przykładem zniszczonego budynku jest wartownia nr 5, którą też w tym roku odkrywamy w całości, a która otrzymała dwa bezpośrednie trafienia bombami. Ukryta pośród drzew i wbudowana w wał została trafiona raczej przypadkowo. To właśnie willa oficerska stojąca tuż obok była prawdopodobnie celem bombardowania, bo była o wiele większa, widoczna z powietrza, a została tylko w niewielkim stopniu uszkodzona. Dachówki zerwane, powybijane szyby. W wartowni natomiast całkowicie zniszczona została górna kondygnacja. W dolnej doszło do eksplozji nie tylko bomb, lecz także gromadzonych tam granatów i amunicji. W tym obiekcie zginęło co najmniej sześciu polskich żołnierzy. To najtragiczniejszy epizod najkrwawszego dnia walk, jeśli chodzi o obronę Westerplatte. Łącznie drugiego dnia walk zginęło dziewięciu lub dziesięciu obrońców – opowiada Kuczma.

Już 8 września, czyli dzień po wyjściu obrońców, Niemcy spędzili na Westerplatte Polaków aresztowanych na terenie Wolnego Miasta Gdańska, a następnie jeszcze mieszkańców Gdyni, do oczyszczania pola bitewnego. Jednym z elementów tego oczyszczania była systematyczna rozbiórka wszystkich budynków. – Nie wiemy, czemu Niemcy z wyjątkiem budynku koszar postanowili wszystko rozebrać – wyjaśnia Kuczma. – A i stan koszar, który teraz widzimy, też nie jest związany z walkami w 1939 r., ale z wysadzaniem przez sowieckich saperów amunicji, którą tu zgromadzono po zajęciu terenu przez Armię Czerwoną.

Wizerunkowa klapa

Zdobycie polskiej Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte miało być dla Niemców formalnością. 1 września 1939 r. o godz. 4.45 pancernik „Schleswig-Holstein” rozpoczął bombardowanie placówki. Obrońcy mieli jej bronić 12 godzin. Wytrwali aż siedem dni.

Dla Niemców to była porażka wizerunkowa – mówi Filip Kuczma. – Hitler i dowództwo chcieli spektakularnego sukcesu, a tymczasem mały polski oddział nie dawał się pokonać. Niemcy wiedzieli, ilu mniej więcej żołnierzy może być na Westerplatte, na podstawie ilości zamawianego chleba. To była jedyna rzecz, jaka z Wolnego Miasta Gdańska przyjeżdżała codziennie do składnicy. Mieli też zdjęcia lotnicze z końca lat 30. Abwehra rozpracowała cały pierścień obrony, ale tych informacji atakującym nikt nie przekazał. Atak był tak naprawdę kompletnie nieprzygotowany.

1 września, w trakcie drugiego z ataków, na skutek strzałów, jakie padły z wartowni nr 5, ciężko ranny w pierś oraz brzuch został dowódca kompanii szturmowej por. Wilhelm Henningsen, który zmarł następnego dnia. Jego oddział został zdziesiątkowany. Meldunek dotyczący tego zdarzenia brzmiał: „Zajęcie Westerplatte przez kompanię niemożliwe. Dowódca kompanii ciężko ranny”

– Atakujący nie wiedzieli, skąd dostają ogień, wspominali, że strzelali do nich Polacy, którzy byli na drzewach – kontynuuje Kuczma. – Twierdzili, że są tu olbrzymie systemy bunkrów połączone podziemnymi korytarzami. Rozstawione snopki siana rozpoznawali jako kopuły pancerne. A tu był raptem system sześciu wartowni i placówek polowych. Gdy w końcu zajęli Westerplatte, tak naprawdę nie mieli się czym chwalić. Widać to również po wizycie Hitlera, który tu był i wszystko oglądał. Przygotowano dla niego przyjęcie na „Schlezwigu”, ale je ominął. Nie był zadowolony z tego, co zobaczył. Niemcy świadomi, ile dni zmagali się z garstką polskich żołnierzy, starali się ukrywać swoje straty.

Ruiny budynku koszar, w których mieszkali polscy żołnierze
| Fot. Jarosław Tomczyk

Skarby w śmietnikach

– Do tej pory udało nam się przebadać kilka reliktów budynków związanych z historią Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte – relacjonuje Filip Kuczma. – Wśród nich kasyno oficerskie, największy kubaturowo budynek na Westerplatte, wcześniej główny budynek kurhausu, czyli uzdrowiska i kąpieliska, które funkcjonowało tu od lat 30. XIX w. Budynek badaliśmy przez dwa sezony. W przyziemiu miał powierzchnię niemal 1600 metrów. Wcześniej przebadaliśmy budynek starych koszar, również odziedziczony po kurorcie, który zanim stał się koszarami, był domem dla kuracjuszy.

– Dokładnym badaniom poddaliśmy również namierzony przez nas lej po bombie o wagomiarze 250 kilo, która eksplodowała tuż przy północno-wschodnim narożniku wartowni nr 5. To była tzw. salwa lotnicza. Wybuch przyczynił się do destrukcji budynku. Lej miał średnicę ponad 10 metrów, głębokość 3,5. Udało nam się przestudiować go w całości i pozyskać z niego wiele elementów związanych z rozbiórką willi oficerskiej. Również jej wyposażenie. W ten sposób odnaleźliśmy np. elementy ozdobnej zastawy WST ze znakami KOW, czyli „Kasyno Oficerskie Westerplatte” – mówi z dumą Kuczma.

– Oprócz tego przebadaliśmy kilka mniej spektakularnych obiektów, jak szalety, które tutaj funkcjonowały. Jak to często ma miejsce w badaniach archeologicznych, najciekawsze rzeczy są w śmietnikach i szaletach – nie kryje archeolog. – Śmietnikami były tutaj właśnie leje po bombach, gotowe doły, do których Niemcy wrzucali rzeczy uznane za zbędne, a dla nas bardzo cenne, jak orły czapkowe, plomby z wagonów, które wjeżdżały na teren składnicy, czy guziki wojskowe, których wydobyliśmy ok. 2 tys. W szaletach też znaleźliśmy ciekawe przedmioty związane z oczyszczaniem Westerplatte, np. portfel z monetami Wolnego Miasta Gdańska. Nie wiemy, niestety, czy należał do westerplatczyka, czy któregoś z jeńców cywilnych.

Czytaj więcej: Skrzydlata wojna. Rozmowa o operacji „Chastise” oraz początkach polskiego lotnictwa

Archeolodzy przy pracy nad reliktami willi oficerskiej i wartowni nr 5 na Westerplatte | Fot. Jarosław Tomczyk

Pochówek symboliczny

Dwa lata temu archeolodzy pod kierownictwem Filipa Kuczmy postanowili podjąć próbę odnalezienia westerplatczyków, którzy polegli w trakcie walk o składnicę w 1939 r. Już w 2016 r., gdy tylko powstał Dział Archeologiczny Muzeum II Wojny Światowej, zaczęli zbierać informacje dotyczące losu zwłok poległych wojskowych, który był w większości niewyjaśniony.

– Przyjmuje się, że w trakcie siedmiodniowych walk poległo piętnastu polskich żołnierzy – wyjaśnia kierownik badań. – Czterech z nich zostało pochowanych najprawdopodobniej na cmentarzu na gdańskiej Zaspie, na którym wcześniej chowano jeńców rosyjskich z pierwszej wojny światowej. 1 września 1939 r. Niemcy zaczęli tam chować Polaków. Grzebano ich w mogiłach imiennych, prowadzono nawet zapiski grabarzy, coś zbliżonego do księgi cmentarnej. Ta księga cudem się zachowała. Przeanalizowaliśmy ją, częściowo nadpaloną, zniszczoną i niestety z często poprzekręcanymi przez Niemców nazwiskami oraz brakami w zakresie miejsca pochówku. Są tam wpisy odnośnie do co najmniej trzech obrońców Westerplatte. Chodzi tu o osoby, które gdy Polacy wycofali się z przedpola, Niemcy znaleźli na zajmowanym terenie w pierwszym dniu walk. Według relacji niemieckich dwie osoby były ciężko ranne, ponoć chcieli ich przetransportować do gdańskich szpitali, ale zmarli w trakcie przewożenia. Kolejnym pochowanym na Zaspie żołnierzem jest radiotelegrafista Kazimierz Rasiński. Przeżył obronę, ale w niewoli został przez Niemców oddzielony od reszty więźniów i zabrany na przesłuchanie, z którego już nigdy nie wrócił.

W 1946 r. z inicjatywy kpt. Franciszka Dąbrowskiego, czyli zastępcy dowódcy komendanta składnicy mjr. Henryka Sucharskiego, został założony na Westerplatte symboliczny cmentarz. Usypana mogiła upamiętniająca poległych westerplatczyków. Pierwsze szczątki na tym cmentarzu znalazły się dopiero w 1971 r. i nie były to szczątki poległego w trakcie walk, tylko mjr. Sucharskiego, który wojnę przeżył i zmarł w 1946 r., służąc w drugim korpusie we Włoszech. Tam go pochowano, a po 25 latach z wielką pompą przeniesiono. Cmentarz ten zmieniał swoją formę. Istniał jeszcze na początku tego roku. Wówczas szczątki mjr. Sucharskiego zostały ekshumowane i obecnie są w kościele św. Brygidy w Gdańsku. Tam czekają na uroczysty pochówek na nowym cmentarzu, który zaplanowany jest w miejscu, w którym faktycznie grupa pod kierownictwem Filipa Kuczmy znalazła szczątki poległych westerplatczyków. Projekt obejmuje budowę cmentarza wraz z pokazaniem reliktów wartowni nr 5 i willi oficerskiej.

Czytaj więcej: Ta wojna zaczęła się w Wilnie

Filip Kuczma, kierownik badań archeologicznych na Westerplatte, z pasją opowiada o efektach prac swojej grupy
| Fot. Jarosław Tomczyk

Kto szuka, znajdzie

Nasuwa się pytanie, dlaczego nikt wcześniej nie podejmował prób odnalezienia westerplatczyków? –Skoro już na cmentarzu z 1946 r. był napis, że tu znajdują się szczątki poległych, to zaspokajało to ciekawość ludzi, wszyscy zakładali, że oni tam są – odpowiada Filip Kuczma. – Gdy zaczynaliśmy prace, też byliśmy wyśmiewani. Pytano, po co to robimy, po co wydajemy publiczne pieniądze. Przecież o Westerplatte wszystko już wiadomo. To wynikało z powierzchownego podejścia do tematu i nieświadomości, a wystarczy się wgłębić i zagadek dotyczących Westerplatte wciąż jest wiele.

– Nasza analiza wskazywała, że na symbolicznym cmentarzu jest 16 krzyży, a pochowane dwie osoby i nie ma pewności, czy jest ktokolwiek inny – kontynuuje Kuczma. – Prowadziliśmy kwerendy archiwalne, porównywaliśmy zdjęcia, relacje jeńców cywilnych, którym Niemcy kazali pochować poległych, zwłaszcza tych z zawalonej wartowni. Ci żołnierze w środku zostali rozerwani, przygnieceni gruzem, ich koledzy w trakcie walk nie byli w stanie ich wydobyć i pochować. Niemcy kazali to zrobić jeńcom prawdopodobnie 10 września. Można sobie wyobrazić, co wyciągali. Widać na zdjęciach archiwalnych, jak Niemcy wychodzą z tej wartowni i zasłaniają twarze chusteczkami.

– Niemcy zrobili bardzo dużo zdjęć zniszczonej spektakularnie wartowni. Dobrze to wyglądało propagandowo. Dowody wskazywały, że do pochówku doszło blisko wartowni i willi oficerskiej – opowiada Kuczma. – Najbardziej przydatne okazały się zdjęcia archiwalne Niemców robione z trzech kierunków, bo na podstawie zachowanego krajobrazu, w tym drzew, udało nam się zawęzić obszar poszukiwań do około stu metrów. Wśród relacji natknęliśmy się też jednak na wspomnienia zakonnika, ojca Kaczmarka, który jako jeniec cywilny przebywał tu w styczniu 1940 r. W relacji złożonej w latach 80. twierdził, że Niemcy kazali tych wcześniej pochowanych westerplatczyków ekshumować i że było ich ok. 20. Wspominał, że zwłoki załadowano na ciężarówki i wywieziono w nieznanym kierunku. Zakładaliśmy że ojciec mówił prawdę i znajdziemy co najwyżej resztki szczątek pozostałe po tej zimowej ekshumacji. Ku naszemu zdziwieniu, po niecałych dwóch tygodniach od rozpoczęcia prac, 24 września 2019 r., 80 lat po walkach, odnaleźliśmy zarys pierwszej mogiły, a w niej szczątki pojedynczej osoby. Mocno zmasakrowane, wrzucone bez żadnego szacunku do płytkiego grobu. Byliśmy pewni, że to jeden z żołnierzy poległych w wartowni.

– Rok później w wyniku badań genetycznych okazało się że był to jej dowódca, plutonowy Adolf Petzelt. Tuż obok niego znaleźliśmy kolejne cztery mogiły – relacjonuje archeolog. – Ostatnia, jak wcześniejsze, też wyglądała na pojedynczą, ale wkopując się w głąb, odkryliśmy mocno zmasakrowane szczątki kolejnych pięciu żołnierzy rzucone w workach. To zgadzało się z relacjami osób, które chowały westerplatczyków. Okazało się, że nie było ekshumacji, o której wspominał ojciec Kaczmarek. Można to prosto wytłumaczyć psychologią i działaniem ludzkiego mózgu. Ojciec przebywał w obozie z osobami, które dokonywały tych pochówków, być może stąd ich relacje po 50 latach jego mózg przetworzył na własne wspomnienia. Do relacji zawsze trzeba podchodzić z dozą ostrożności.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 35(100) 28/08/-03/09/2021