Stefan Wyszyński, patron na trudne czasy

Prymas Stefan Wyszczyński

Polska zawdzięcza kard. Stefanowi Wyszyńskiemu niezmiernie dużo: przede wszystkim wybuch Solidarności, wyniesienie Karola Wojtyły na tron papieski, wreszcie wolność – mówi Ewa K. Czaczkowska, biografka prymasa Polski w trudnych latach 1948–1981, zwanego Prymasem Tysiąclecia, który 12 września zostanie przez Kościół beatyfikowany.

Pierwotnie uroczysta msza święta z obrzędem beatyfikacji zaplanowana została na 7 czerwca ub.r. Ze względu na wybuch pandemii covid-19 dwa miesiące wcześniej została bezterminowo zawieszona. Ostatecznie rozpocznie się w niedzielne południe 12 września w świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie pod przewodnictwem kard. Marcella Semeraro, prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, legata papieskiego. Oczywiście – także z udziałem episkopatu Polski i kapłanów reprezentujących poszczególne diecezje. Ze względu na związane z pandemią obostrzenia sanitarne w uroczystości będą mogły uczestniczyć wyłącznie osoby posiadające karty wstępu.

„To będzie zaledwie cząstka Polaków, ale dzięki wielkiemu zainteresowaniu mediów uroczystość będzie obszernie transmitowana, co umożliwi ludziom jak najliczniejszy w niej udział. Przygotowania rozpoczęły się już ponad 30 lat temu, od momentu, gdy zaczął się proces beatyfikacyjny Stefana Wyszyńskiego. Najpierw na etapie diecezjalnym, a potem już w Stolicy Apostolskiej” – mówił na poprzedzającej wydarzenie konferencji prasowej kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski.

– Proces beatyfikacyjny, w moim przekonaniu, nie był bardzo długi – komentuje dla „Kuriera Wileńskiego” Ewa K. Czaczkowska, autorka monumentalnej biografii „Kardynał Wyszyński” oraz książki „Prymas Wyszyński. Wiara, nadzieja, miłość”. – Można mówić o nim w kategorii pewnych standardów, jeśli chodzi o procesy w Kościele rzymskokatolickim. Czasami trwają one nawet dużo dłużej. Mamy przykłady wznawianych procesów, kończących się czasem po wiekach, jak w wypadku królowej Jadwigi. Aczkolwiek, znamy też procesy szybsze, chociażby Jana Pawła II czy Matki Teresy z Kalkuty.

„Proces beatyfikacyjny Stefana Wyszyńskiego wymagał czasu. Świadczy o tym choćby obszerna dokumentacja zapisków prymasa »Pro memoria« i jego kazania, które należało przeanalizować. Positio, czyli dokument stwierdzający heroiczność cnót kandydata na ołtarze, liczy trzy tomy po 500 stron każdy” – wyjaśniał dziennikarzom kard. Nycz.

Czytaj więcej: Jerzy Giedroyć nie był wrogo nastawiony wobec litewskich Polaków

Eша K. Cзацзкошска, autorka monumentalnej biografii „Kardynał Wyszyński” oraz książki „Prymas Wyszyński. Wiara, nadzieja, miłość”. Jej wiedza o życiu i działalności prymasa jest imponująca

Gdyby nie twoja wiara

„Dlaczego ta beatyfikacja jest ważna?” – zastanawiał się w trakcie spotkania z dziennikarzami kard. Kazimierz Nycz. „Starsze pokolenie wie, jak ważny był Wyszyński dla Kościoła w Polsce w okresie tak przedwojennym, jak i w powojennym czasie komunizmu. Wiemy, jaki pewnie byłby świat ludzi żyjących w Polsce i samego Kościoła, gdyby go nie było. Nie byłoby też pewnie papieża Polaka. Mówił o tym Jan Paweł II słowami: »Gdyby nie twoja niezłomna wiara…«. To nie był komplement wygłoszony w 1978 r. Kto żył wtedy w Polsce wie, że to była realność jego życia” – tłumaczył metropolita warszawski.

– Polska zawdzięcza prymasowi Wyszyńskiemu trzy podstawowe rzeczy – uważa Ewa K. Czaczkowska. – Po pierwsze, ma on ogromny wkład w solidarnościowy wybuch w 1980 r., a w konsekwencji w odzyskanie przez Polskę wolności. Gdyby nie to prymasostwo, z całym jego wielkim programem milenijnym, którego celem było umocnienie wiary, moralności i wewnętrznej wolności, bez której nie ma wolności zewnętrznej – prymas mówił o tym już w 1957 r. – naprawdę nie wiadomo, jaki charakter miałby społeczny wybuch w 1980 r., który był jednak inny niż poprzednie. To było przede wszystkim upominanie się o wolność i godność o prawa człowieka pracy. Oczywiście, olbrzymią rolę w tym odegrał też Jan Paweł II, ale bez wcześniejszych kilkudziesięciu lat pracy prymasa Wyszyńskiego, który budował fundament, ten zryw nie byłby możliwy. Po drugie, dzięki olbrzymiej pracy duszpasterskiej prymasa Polacy zachowali w swojej większości wiarę, tożsamość chrześcijańską i związki z zachodnią cywilizacją europejską. No i wreszcie trzecia z najważniejszych zasług – wybór Karola Wojtyły na papieża. Na to złożyły się dwie rzeczy. Gdyby Karol Wojtyła nie był w sensie ducha i intelektu człowiekiem światowego formatu, toby nie został papieżem. Ale gdyby taka postać wyrosła w kraju, gdzie Kościół żył w podziemiu, jak choćby w innych krajach bloku wschodniego, to nie miałby możliwości i szans bycia poznanym przez Kościół powszechny. To dzięki Wyszyńskiemu polski kościół był silny, miał dużą reprezentację na Soborze Watykańskim II i później dzięki jego pozycji w PRL Wojtyła jako kardynał mógł wyjeżdżać, podróżować po świecie. Dał się poznać w Kościele powszechnym, co było dźwignią jego wyboru na konklawe w 1978 r.

Miłość przebaczająca

– Spośród cnót kandydata na ołtarze Stefana Wyszyńskiego do beatyfikacji doprowadziła bez wątpienia przede wszystkim wiara – mówi Ewa K. Czaczkowska. – Nie tylko w sensie ścisłym wiary w Boga, ale też zawierzenia. Często mówił, że nie wystarczy w Boga wierzyć, trzeba jeszcze Bogu zawierzyć. On, wódz Kościoła, przewodnik narodu, zawierzył swoje życie, ale także wszystkich tych, wobec których pełnił posługę kapłańską, w akcie oddania się „Przez Maryję jedynemu Bogu” w 1953 r.

Postulatorzy procesu beatyfikacyjnego podkreślali także męstwo kandydata w sensie siły jego charakteru, niezależności ducha, w myśleniu, działaniu, ale połączonym z ogromną chrześcijańską roztropnością. Wyszyński mówił, że nie sztuką jest ginąć za ojczyznę, ale sztuką jest pracować dla niej niezależnie od okoliczności.

– To wszystko razem składało się na największą cnotę, czyli miłość, która ma wiele odmian i barw – kontynuuje Czaczkowska. – Mnie osobiście zachwyca jego cnota miłości wyrażającej się w przebaczeniu. W tym wymiarze praktykował tą cnotę w sposób heroiczny. Mówimy przede wszystkim o okresie trzech lat uwięzienia. W Wigilię w 1953 r., na początku internowania, w swoim dzienniku „Pro memoria” pisał o rachunku sumienia z przewodniej chrześcijańskiej cnoty miłości. Notował, że nie ma w nim nienawiści do tych, którzy go aresztowali i pilnują. W moim przekonaniu to był naprawdę heroizm, bo on przez trzy lata musiał codziennie robić rachunek sumienia wobec osób, które go szykanowały, prześladowały, inwigilowały. Zarówno wobec tych, którzy to zlecali, jak i bezpośrednich wykonawców.

Czytaj więcej: Klucze do Wilna dla Napoleona Bonapartego

Prymas Stefan Wyszczyński i kard. Karol Wojtyła, przyszły papież Jan Paweł II

Człowiek opatrznościowy

Kościół katolicki podkreśla, że osoby wynosi się na ołtarze nie tylko po to, by przypieczętować ich świętość, ale też by coś pokazać współcześnie żyjącym. W wypadku Stefana Wyszyńskiego zwraca się szczególną uwagę na fakt, że jest beatyfikowany nie dlatego, że był prymasem, księciem Kościoła, ale dlatego, że będąc nim, pozostał pokorny, posłuszny, wrażliwy i ubogi. Beatyfikuje się nie urząd, nie tytuł, ale człowieka, który w swojej trudnej codzienności wyrastał na osobę świętą. Wyraźnie akcentował to w swoich wypowiedziach po procesie o. prof. Zdzisław Kijas, relator w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie, który kierował pracami osób zaangażowanych w powstanie positio Stefana Wyszyńskiego.

– Mnie postać beatyfikowanego Stefana Wyszyńskiego pokazuje dwie bardzo ważne rzeczy – mówi Ewa K. Czaczkowska. – Uświadomiłam sobie niedawno bardzo mocno, że prymas swoim życiem, działalnością, tym wszystkim, co zrobił jako człowiek opatrznościowy dla Kościoła w PRL, pokazuje, iż w Ewangelii znajduje się odpowiedź na wszystkie pytania człowieka żyjącego w każdym, również najtrudniejszym czasie. Dzisiaj często słyszę pytania, co prymas powiedziałby, co zrobił, jak zareagował. Unikam odpowiedzi, bo, po pierwsze, nie wiem, mogę się jedynie domyślać, nie mając żadnej pewności, a po drugie, jestem naprawdę przekonana, że to był człowiek Opatrzności na tamte czasy. Zresztą prymas, umierając, mówił, że nie zostawia testamentu, bo przyjdą nowe czasy i nowi ludzie i Bóg da światło, poprowadzi, trzeba tylko umieć czytać jego znaki i Ewangelię. Chodzi o to, że nie można przenosić tamtego czasu i tamtego nauczania prymasa na dzisiaj. Naszym obecnym problemem jest to, że nie mamy takich wielkich postaci opatrznościowych na nasze teraźniejsze czasy. Prymas dał świadectwo, że będąc osobą bardzo wysoko postawioną, pełniącą najwyższe funkcje, można zachować świętość. To jest to drugie przesłanie płynące z beatyfikacji. W każdym czasie można być świętym i odkrywając w sobie świętość, tak żyć. Zarówno w tamtych czasach ateizacji, jak i dzisiaj, w tej wielkiej sekularyzacji. Można oczywiście dużo więcej czerpać z prymasa, z jego licznych przymiotów, cech, cnót, które były podnoszone w procesie. Są i mogą być taką światłością dla nas dzisiaj.

Zdjęcie rodzinn Stefana Wyszyńskiego, przyszły prymas drugi z prawej na kolanach ojca

Módl się pracą

Prymas Wyszyński, sam będąc niezwykle pracowitym człowiekiem, w swoim nauczaniu podkreślał ogromną wartość pracy. Uważał, że rozwija ona człowieka moralnie i duchowo. W ujęciu prymasa praca może mieć wręcz charakter zbawczy, ale oczywiście tylko ta, która jest wykonywana przez człowieka w zgodzie z wolą Bożą. Taka praca jest wykonywana w miłości do Boga i drugiego człowieka. Prymas zauważał, że człowiek pracuje oczywiście dla siebie i najbliższych, żeby zaspokoić ich potrzeby, ale pracuje też dla społeczeństwa. Chodzi o to, by umieć rozeznać swoje powołanie w zakresie życia zawodowego i zaangażowania społecznego. Człowiek, trudząc się w ten sposób, składa też ofiarę, która wyprzedza czyściec, ma zadośćuczynić za jego winy.

– Powszechnie znane jest hasło św. Benedykta „ora et labora”, módl się i pracuj. Wyszyński mówił inaczej: „Módl się pracą” – tłumaczy Ewa K. Czaczkowska. – Praca spełniająca warunki zgodnej z wolą Bożą może być modlitwą. Wprawdzie teolodzy mówią wyraźnie, że praca nie może zastąpić modlitwy – zresztą sam prymas bardzo dużo czasu spędzał na modlitwie – ale jego praca też była modlitwą. Potrafił być złączony z Bogiem w czasie pracy, co nie jest na pewno rzeczą łatwą.

Patron izolowanych

Relator procesu beatyfikacyjnego Stefana Wyszyńskiego o. prof. Zdzisław Kijas stwierdził, że może on stać się patronem osób, które znalazły się w sytuacji bez wyjścia.

– Zaskoczył mnie tą wypowiedzią – komentuje Ewa. K. Czaczkowska. – Po czym zaczął się lockdown związany z pandemią i wówczas sama pomyślałam, wręcz mnie to uderzyło, że mógłby być właśnie patronem wszystkich osób przebywających w przymusowej izolacji. On tego doświadczył podczas internowania. Byłby więc dobrym beatyfikowanym na czas pandemii, bo ma wiele do powiedzenia, jak przeżywać taki czas zamknięcia w sposób duchowy. On przeszedł to świetnie, co nie znaczy, że to było dla niego łatwe i proste. Wręcz przeciwnie, to było bardzo trudne doświadczenie, ale on dzięki zawierzeniu się Bogu przez Matkę Bożą wyszedł z tego wolnym, zwycięskim człowiekiem. Słucham teraz i czytam o różnych pomysłach ludzi na to, czyim patronem mógłby być Stefan Wyszyński. Wymienia się całą Polskę, Kościół, duchowieństwo, kierowników duchowych, kobiety, do których miał ogromny szacunek i widział ich ważne miejsce w Kościele, instytuty osób konsekrowanych i wiele jeszcze innych środowisk. To rzeczywiście ukazuje, jak szeroka była jego działalność. Każdemu ma coś do powiedzenia i mógłby być patronem w zasadzie wszystkich. Trudno wyróżnić jakąś jedną grupę, ale z pewnością jest dobrym patronem na trudne czasy.


Fot. Materiały prasowe wydawnictwa ZNAK, Aga Mikłaszewicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 37(106) 11-17/09/2021